|
24 kwietnia 2007
3 miesiące przed
To, że ciąg dalszy camino nastąpi, było właściwie oczywiste już 2 lata temu, przed dojściem do
Santiago. Kwestia kiedy, z kim, jaką trasą - otwarta, ale to, że na camino trzeba wrócić - to właściwie pewne.
W 2006 z góry było założenie posiedzieć grzecznie na miejscu, poremontować chałupę, odłożyć odrobinę groszy. Ale potem... sprawa otwarta.
W ostatnią niedzielę, przedwczoraj, nagle myśl... jest egzamin gimnazjalny, można nieco czasu wygrzebać, robi się sucha pogoda, ... nasze polskie camino nie tak daleko przecież! No więc pozbierać co trzeba i dziś w południe w auto. Plan był ambitny: dziś dojazd do Jakubowa, marsz do Grodowca, tam się przenocować i jutro marsz do Polkowic co najmniej, a chętniej jeszcze dalej - tyle, żeby po południu móc dostać się do auta.
Plany - ładne, realizacja - taka sobie. Najpierw test gimnazjalny się przeciągnął, a zwłaszcza procedury po nim. Potem zbieranie się, karmienie Caminy - też nieco zeszło. No i droga nie do popędzenia. Ruch spory, wyprzedzanie prawie zerowe, w paru miejscach korki, roboty, wahadełka - w Jakubowie, bez obiadu byłem o 15.30. Gorzej, że do Grodowca nijak się nie dało dodzwonić. Iść w ciemno z wizją dojścia po ciemku - zwątpiłem.
Rozejrzałem się po okolicy, zwiedziłem Głogów, zjadłem w końcu obiad. Zaklepałem nocleg. No i pod kolegiatą w Głogowie myśl... a może jednak camino w wersji max... od własnego domu do samego Santiago? Myślę, że to nie jest niemożliwe.
Na razie myśl niech kiełkuje. Dziś ma być dobre spanie, jutro możliwie wcześnie w drogę. Do Polkowic niecałe 30 km, do obiadu trzeba się wyrobić, na wieczór na Mszę dojechać. Dobranoc.
***
Dopisek dużo późniejszy.
Droga była piękna. Nie zabrakło niespodzianek, mała zmyłka w trasie, trochę ciepełka, jakiś bąbelek - wszystko, czego trzeba na normalnej pielgrzymce. A przede wszystkim była cudna wiosna, piękna trasa, radość z marszu... I jak tu nie wyruszyć w coś konkretniejszego? Siedzieć w domu to chyba jednak nie dla mnie.
17 lipca 2007, wtorek, dzień 0
Zapiski zaczęły się nieco wcześniej, ale rozważne pakowanie jakoś nie chce stać się moją specjalnością. Lekka polka z tego wyszła, bo zacząłem układać rzeczy z dużym wyprzedzeniem, a jak przyszło do wyjazdu, to kanapki, kiełbasa i zeszyt zostały w domu, a baterie w aparacie okazały się wyczerpane. Ciekawe co jeszcze; na razie zauważyłem tyle.
Michał Nikodem był po mnie o 0.30, dowiózł mnie do Gorzowa. Upał akurat straszny, noc duszna do bólu. Zajechał stary Mercedes, jeszcze nigdy nie jechałem czymś, co tak kiwało na boki. Za granicą drzemka (ostatecznie to było po 3ciej...), pobudka w Berlinie. Jeden z pasażerów na Schoenefeld - tam w Mercu zaczęło coś stukać, coś prawie, jakby miał się zacierać. Zaraz za lotniskiem pstryk... fotka z radaru. A potem autobanę zamknęli i dobre pól godziny lataliśmy po Berlinie, żeby Tegel znaleźć. Ja w miarę spokojnie, ale chłopak obok miał odlot 6.05. Dojechaliśmy po 5tej. Przy odprawie pani zrobiła mi jakiś problem. Coś było o pieniądzach, ale po angielsku to ja pani nie pojąłem. Karty pokładowe dała. Na starcie opóźnienie, ciężko wyczuć czemu. Zaraz po starcie zasnąłem, więc lot minął. Widoki miejscami okrutne. A naładowane baterie były na dnie plecaka, zaś te w aparacie padły na lotnisku. Jedna fotka poszła.

W Madrycie lotnisko ogromne. Był czas, to pochodziłem, włącznie z jazdą podziemnym tramwajem do drugiego terminalu. Robi wrażenie. Gdzieś wymknąłem się poza zamkniętą strefę i ponownie przez bramki musiałem iść. Bez problemów.
Mój lot opóźniony - zaszedłem do McDonaldsa bo najtaniej. Ładnie kazali sobie poczekać, choć w sumie i tak nie za bardzo miało mi się gdzie spieszyć. Samolot niewielki; chyba CRJ 900, było tam gdzieś (nieco podobny w typie do MD 90, ale mniejszy). Pasażerów może ze 30tu. Ledwo się wznieśliśmy, już prawie zaraz schodzenie w dół. Zarypiaste podejście do Irun - miałem wrażenie, że zawadzamy o maszty łódek. Cudo, wszyscy w oknach.
Na lotnisku błyskawicznie, plecak nie zginął. Do Irun na piechotę, może z pól godziny (pas startowy kończy się prawie w mieście). Droga logicznie prowadzi. W OdT pani mówi, żeby nie iść do Asociacion, tylko do albergu - pokazuje drogę.
Alberg sprawia miłe wrażenie, Felix bardzo miły. Na początek credential dostałem, miła i przychylna rozmowa z hospitalero. Market na rogu, więc zakupy szybko. O 19tej Msza Święta - kościół przedziwnie schowany wśród bloków, chyba pod galerią handlową, ciężko znaleźć. Potem lekki spacer, kupno zeszytu (czyli cuaderno) i do albergu. Kolację zjadłem, woda ciepła, choć łazienka mała, teraz pewno padnę.
Jeszcze jakoś do mnie nie może dotrzeć, że jestem na camino. Jak się wyjdzie, to może dotrze. Na razie cywilizacja w pełni. Jutro pustawa okolica, ale potem plaże i San Sebastian, więc też nie pusto. Dobrze, że o chleb nie muszę się martwić.
To drugie wyjście na camino jest inne. Ledwo wszedłem do albergu, już jestem u siebie. Towarzystwa nie poznałem, bo się mijaliśmy, dopiero wrócili z hiszpańskiego winka.
Nocy poprzedniej prawie nie było, więc powoli dryfuję do wyrka. Nie wiem, czy dadzą pospać, ale oczka się kleją. Na pisanie czas będzie. Spróbuję do mamy zadzwonić, niech info będzie.
18 lipca, środa, dzień 1
Pierwszy dzień tak naprawdę na pielgrzymce, bo w drodze. Siedzę w południe na głazie. Cudownie jest wiedzieć, że przez miesiąc przede mną takie życie: łąki, pola, drogi, głazy. Jak daleko jest szkoła i inne problemy. Cudo.
Obiecałem poznaniakom, że spróbuję przewodnik redagować, więc na gorąco notatki o trasie. Do sanktuarium MB Guadelupe wg mundicamino miało być 2,2 km - szedłem 1,5h, z czego pół godz. ostro. Kościół na głucho, pieczątki nie będzie.
Woda podobno nie do picia - ja piłem i żyję. Parę fotek na miasto i do góry. Pól godziny ostrego podejścia - jest mokro, więc koszmarnie ślisko. Na górze łagodne zbocza i całkiem miły spacer. Tylko czemu w butach mokro. Po godzinie punkt widokowy i parking na Mont Jaizkibel. Niemiec z busa poczęstował kawą - niezłą, bo ciepła, ale lura. Śniadanko na murku i dalej. Kawałek mocniej do góry, potem uciążliwe obejście stacji radiowej (kamienie i wertepy), potem lekko w dół po trawach. Po 1,5h siedzę w siodełku przy małym parkingu. Buty kompletnie mokre, dam nogom chwilę odpocząć. Rano nieco popadało, tu wyżej rosa wciąż ogromna. Temperatura idealna, a podobno u nas się smażą. Hihihihi.
Dalej było już prawie sucho, pod wieczór buty prawie doszły do siebie. Od tej przełączki droga mocno zarośnięta paprociami. Przy ostatniej baszcie za czerwonymi znaczkami w prawo do asfaltu - tak okazało się lżej. Ostre zejście w dół - trud wynagradza cudny widok na port. Dwie wioski naprzeciw siebie - Pasajes chyba, najpierw San Juan, potem San Pedro. W San Juan sklepy małe, ale są i wszystko jest, także fuenta na ulicy. Potem promem-łódką na drugi brzeg. Stamtąd kierunek plaża, po drodze sporo ławek. Na końcu deptaka dość ostro w górę - od latarni niezły widok na wejście do portu. Mewy w ilościach ogromnych i z hałasem niewąskim.
Do San Sebastian droga urozmaicona, w samym mieście jak to w metropolii. W OdT dostaję planik miasta, do albergu trafiam bez problemu, tyle że ok. godziny dygania po samym mieście. Alberg obszerny, ludzie mili, sklep za rogiem, tyle że kuchni nie ma. Jedzonko na małym stoliku, potem pranie i suszenie.
Kościół Św. Sebastiana przedziwny, liturgia tym bardziej. Nie mogłem się dogadać, bo msza pogrzebowa, ale w końcu do koncelebry dali. Proboszcz ma chyba fioła na punkcie lampek i reflektorków (włączniki pod nogą i przy pulpicie i pod ołtarzem). Po Mszy spacer - plaża blisko, ale chłodno - 18 stopni. Małe piwo w barze i zbieram się na jutro.
No to walnąłem numer fajny. Moja piękna, nowo nabyta piżamka została w Irun. Na pierwszym noclegu! Wszystko przez tą ładną Niemkę, bo rano stała w kolejce przed łazienką i wszystko robiłem biegiem. Nauczka na zaś ładna. Teraz jedna koszulka będzie robiła za piżamkę (okazuje się, że i tak ciasnawa... jak ja ją zabrałem?), no i pewno dokupię na prowincji jakieś tanie portki.
Na drodze dziś parę razy mijałem fajnego Hiszpana, raz łysego w okularach, poza tym pusto. Rano wyszedłem chyba jako drugi. Tu w albergu byłem chyba trzeci, ludzie poschodzili się wieczorem. Niemki dobrze po 20tej. Zajęte może z 15 wyrek. Zobaczymy, jak dalej, ale robię się hiszpański: dumam nad dochodzeniem do albergów możliwie wcześnie. Na jutro napisali nam tu 30 km. Tak wychodzi z musu, bo do Orio jest jeszcze 13, więc bez sensu. Okazuje się, że dziś było 28, więc całkiem mocno, zwłaszcza jak na pierwszy dzień, no i te makabrycznie mokre buty. Pod wieczór ze dwa razy moje nogi powiedziały dość, plecy mnie bolą, ale w ogóle nie jest źle. Poprawiłem paski w plecaku, powinno być lepiej.
Niby doszedłem przed 17tą, a w sumie wieczoru mi zabrakło. Jakoś muszę podumać nad paskami do zaczepienia maty. Nieforemna ona nieco, a lepiej nawet mieć ją na zewnątrz - na postojach będzie pod ręką. Pasek mam, sprzączki też - trzeba podumać i zrobić. Dziś dnia zabrakło.
Właśnie bije 22ga, będą zamykać drzwi. Tu cisza o 22,30, więc jeszcze popiszę, kompleta i tyle.
Dziwne, że mi komórka sieci nie może znaleźć. Wczoraj w Irun bez problemu. Może tu żelbetowe mury, a może w tej szkole mają jakieś blokady. W sumie i tak nie będę nigdzie dzwonił, ale myślałem, że może ktoś jakiegoś smsa pośle.
Jutro z rana straszna góra. W sumie lepiej, że rano, bo potem byłoby gorzej. Na świeżo może damy radę. Potem już jakby z górki. Nieco się rozczarowałem na danych z mundicamino - profile mają takie b. mocno przybliżone. Dziś rano miało być 130 m, a wieczorem 180 - coś mi się wydaje, że było odwrotnie. Chociaż kto ich wie - to podejście za portem było konkretne. A jutro ponad 300... No, zobaczy się. Ostatecznie do Tatr to nam jeszcze nieco brakuje.
Wcześniej zapisałem, że cudownie jest mieć przed sobą cały miesiąc takiego życia. Ledwo wyszedłem, już cały się czuję tutaj. Ludzi mniej, niż na frances, ale nie wiem, czy nie konkretniejsi. Może mniej przypadkowych gości. Z moim Hiszpanem wieczorkiem pogadalim na schodach - czytał M. Kunderę. Wygląda na myślącego gościa.
Zobaczymy, jak dalej z planowaniem kilometrów. Na mundicamino rozpisali na 32 dni, plus chyba 2 do Santiago z Arzua. Wiadomo, że coś się przeskoczy, bo tam parę jest po 16. Na razie nic nie planuję do przodu, celuję w konkretne albergi, bo wyboru w sumie nie ma. Ciekawe, czy pod koniec nie będę miał po 20 km, żeby za wcześnie nie być. A celuje się chyba na 13go sierpnia. Ta zbieżność... Teraz maść na pupę (znowu...) i dobranoc.
19 lipca, czwartek, dzień 2.
Rano prawie euforia, potem zwątpienie, dalej nadzieja, a teraz robi się laba.
Wyjście z SS jak napisane. Po ok. 30min na parkingu nowe znaki - piszą, że nowy szlak i tak będzie lepiej iść. No to idę. Za kawałek stolik z wodą i sello. Kapitalny gringo (nie wiem, czy nie Niemiec) tłumaczy, jak iść. To on wyznakował ten nowy szlak - nie wchodzi się na szczyty, ale trawersem, bez dużych gór, no może ze 3 miejsca. Miły boczny asfalt, potem las. Dalej asfalt i kawałek ścieżki. W Orio na wejściu do miasta albergo - amigo przy stoliku radził, żeby tu się zostawić, na lekko iść do Zubaia, wrócić pociągiem na nocleg, a rano dojechać na trasę. Tak robię.
Za miastem piszą, że do Zubaia 4 km, ścieżka lasem pod górę. Siedzę na skraju, miasto pode mną, popiłem teraz leżę i dycham. Jest 13ta, a ja prawie na mecie. Cóż, inaczej nie wychodzi, tylko jutro do Deba - coś 23 km, a potem do Marquina - tam 25 km, góry i żadnego innego albergu. Bez głowy byłoby dziś gonić dalej. No to poleżymy, odpocznijmy, popatrzmy.
***
Oj poleżało się, a potem ciężko się szło. Znaczy jak zawsze najgorzej ruszyć, zwłaszcza jak człowiek rozleniwiony, a i motywacja taka sobie, skoro wiadomo, że to parę km, a do wieczora daleko.
Przed miastem camping i fuenta - odpoczywam tylko chwilę. Na poboczu jakiś obóz wędrowny (przechodzili koło mnie, gdy odpoczywałem, teraz oni kwitną tu). Zejście do miasta krótkie. Miasteczko wybitnie wczasowe. Na wejściu oczywiście gubię strzałki. Potem się okazuje, że strzałki kluczą po zabytkach, a i tak trzeba trzymać kierunek zachód, przechodzi się całe miasto na wskroś. Na końcu kościół Santa Maria del Real - oczywiście na głucho. Pieczątkę dostałem w OdT. Spokojnie do dworca, pociągiem powrót do Orio. Wróciłem akurat na sjestę - do 17tej miasto wymarłe, zatem pół godziny przymusowego siedzenia. Zakupy i 10 min wspinaczki do albergu. Jak to w prywatnym i płatnym - atmosfera taka sobie. Gospodarze starają się, ale jakby drętwo. Najechało Francuzów autami - nas pielgrzymów chyba stała trójka - czarny od Kundery i łysy w okularach.
Pojadłem, skosztowałem wina, wcześniej kąpiel; teraz ledwo minęła 19ta - co tu robić? Jak już się nogi rozejdą, to mocno liczę na to, że po sjeście odpali się jeszcze parę km, i takie dzionki po 20 km przejdą do historii. Na razie patrzę na nogi - pod palcami po wczorajszych moczeniach są zawiązki ładnych bąbli. Albo dojrzeją i będzie bieda, albo wyschną i będzie super poduszka. Jak się wyrobi, to potem amortyzację będzie robiło na medal. Póki co boli z umiarem, po każdym postoju rozchodzi się w parę minut, da się iść na równych nogach, więc ścięgien nie narusza. 2 lata temu problem się zrobił stąd, że bąble się zrobiły spore i odruchowo utykałem, zwłaszcza po ruszeniu. To wbrew woli i silniejsze ode mnie - skutek: ścięgna niczego sobie dostały. Oby teraz inaczej.
Przez ten odcinek bez albergu za Deba siłą rzeczy etapy się układają po te 20 km z hakiem. Na początek zupełnie znośnie, wręcz idealnie. Do tego jeszcze pogoda - 3ci dzień bez upału, z chmurkami. Dziś po południu rozpogodziło się, słonko wyjrzało, ale o 17tej było 24 stopnie - zupełnie znośnie. Przed chwilą dość nagle się zachmurzyło, dmuchnęło, teraz lekko kropi - ewakuacja prania nastąpiła w biegu.
Usiadłem w altanie - kuchni, bo spokojnie i bez ludzi, a tu córka gospodarzy do kolacji nakrywa, oczywiście z winem. 8 nakryć, więc tak połowa z nas rzuciła się na te 7 euro. Śniadanie jest za 3, takie ceny, nic nowego. Ja wyszedłem o wiele taniej na polskiej/chińskiej zupce i pasztecie z chlebkiem, zresztą sojowym. Niezły.
Schodzą się Francuzy - nie będę siedział nad głową, przeniosę się na stolik przy wejściu. Wypada kiedyś Rewię Rozrywki napocząć.
20 lipca, piątek, dzień 3.
Dwa lata temu już byliśmy razem, już biegliśmy do SdC. Ja tu na razie o biegu nie mam co marzyć.
Dziś z rana afera. Noc taka sobie, może to wino wczorajsze nie posłużyło. Budziłem się mnóstwo razy, zegarek sprawdzałem. Rano ktoś się kręcił... uchylił drzwi - na zegarek - 6.45. 20min do pociągu, lekki bieg. Pociąg pojechał, gdy dochodziłem, więc ze 3 min zabrakło. W tył zwrot - za 10 min był autobus. Rundka po Zarautz - szansy na chleb nie ma. Tu miasta budzą się o 9tej. Koło 8 w drogę - oczywiście pod górę. Koło ermitii zarzucam pokrowiec, kurtki mi się nie chce wyciągać i słusznie. Santa Barbara - parę domków po polach. Potem wioska na G... , szlak omija, ale można zboczyć do sklepu. Pan podpowiada drogę, znajduję SPARa. Za miastem śniadanko przy samym skrzyżowaniu. To mi się podoba. To lubię.
W Zumaia deptak - idę bulwarem, po drugiej stronie jakaś stocznia, przy nabrzeżu całkiem spory serwisowiec. Strzałki pokazują, gdzie OdT - biorę sello i siadam na ławce przy deptaku. Dogonił mnie Helmut - Niemiec poznany wczoraj w Orio.
Średni miałem ochotę z nim gadać, więc się zebrałem i w drogę. Za Zumaia dość ostro do góry, rozległe pola, miłe widoczki. Mijam wioskę Elloriaga - trzy domki, ale bar jest. Ostrzejsze zejście w dół, prawie przeskakuję przez dość ruchliwą drogę. Wkrótce na wzniesieniu strzałka 300 do albergu - nie będę z ciekawości aż tyle nadkładał. Wydaje mi się, że droga zatacza jakieś wielkie koło, ale za bardzo innego wyjścia nie widzę. Droga przez dość nagrzany las, na polanie robię dłuższy postój. Wkrótce zejście w dół do głównej szosy i zaraz parking z barem. Ciężarówek w czasie sjesty cała masa. Za chwilę ścieżka ucieka w prawo, najpierw spokojny las, potem ścieżka. Przed Itziar koło 1 km mocniej w górę. Wychodzę prawie na rondzie, rozglądam się po okolicy i łapię kierunek na miasteczko. Dość ładnie góruje nad drogą. Przy samej szosie widokowa restauracja, oczywiście mijam.
W miasteczku cisza i spokój, sjesta w najlepsze. W pobliżu kościoła zacieniony placyk z ławami pod ścianami - rozciągam się na dłużej. Fuenta po drugiej stronie drogi, pragnienie nie dokucza. Gdy ruszam dalej, okazuje się, że tuż za miastem przy cmentarzu jest ławka i cudny widok - na drugi raz tu zrobię postój.
Do Deba spokojne zejście, końcówka ostrzej. W samym mieście dobra pani mi pokazuje, że mogę zjechać w dół windą. Całkiem fajna alternatywa, winda okazuje się nawet dwuodcinkowa, ale drugi etap daruję sobie. W mieście zataczam małe kółko, ale trafiam do albergu przy parku, wpuszczają mnie do środka i można oddychać.
Postarałem się dziś odrobinę i w nagrodę siedzę sobie pierwszy w albergu, w perspektywie plaża i spoko wieczór.
Ranny deszczyk więcej straszył niż zmoczył. Szybko dał spokój. W sumie najbardziej zmęczyły poranne hece: bieg do pociągu, potem na busa, szukanie chleba i wyciąganie pałatki. Przy śniadaniu werwa była średnia. Potem już poszło, to poszło. Nastawiłem się na góry dość konkretnie, a nie było tragedii. Może i kondycja nieco się wyrabia. Najlepsze (i najdziwniejsze), że na razie nogi idą i z bąblami spokój. Na obu pod palcami są zawiązki, ale na razie to nie problem.
Koło południa stwierdziłem, że Stachanow to ja nie będę i zaległem na ładnej łączce, chyba nawet przysnąłem, więc potem ruszanie trudniejsze. Akurat też słońce wyszło i do Itziar podejście się do góry zrobiło, ale z dobrym nastawieniem - dałem radę. W Itziar miła ławka w cieniu, więc też odpoczynek no i reszta to już w dół - prawie wczasy.
Strzałki w mieście się gubią, na szczęście każdy powie, gdzie albergo. Dziadek z ulicy mnie wołał i otworzył - jestem dziś pierwszy. Albergo przedziwne - jeden pokój i łazienka, 8 miejsc, donativo, bez kuchni, po praniu można sobie powirować. Jakieś stowarzyszenie dziadków to prowadzi, szef już mnie odwiedził, hihi pytał czy dziś jeszcze idę dalej.
A dalej to jutro sobota i wspinaczka, a potem niedziela. Strasznie mnie kusi jutro dociągnąć do cystersów do Zenarruza. Do Markina jest 21.5 km wg tutejszych danych, a 23.5 wg mundicamino. Początek 4 km w normie, potem na czterech km na 332 i w dół na 212 i clou: na 6 kilometrach na 500 m i w dół. No to w sumie po 15 km będzie wiadomo, na czym stoimy.
Bardzo jestem nastawiony na ranne wstawanie, jak pogoda dopisze, to naprawdę te niecałe 30 km jest do zrobienia. Nawet po górach. W tym Zenarruza mnichy mają 8 miejsc - jest to nieco ryzykowne, ale jutro sobota, pojutrze niedziela - nic tylko u nich na Mszę liczyć, a może i na dwie. Tak ja tu sobie knuję i planuję... bez rannego wstania ani rusz, aniołkowie niech się postarają, a od czego tu staranie Szefa?
Helmut właśnie doszedł - jest 17.30, nie będę sam. A dziadek właśnie coś mi tu zaczął klarować nt. klucza do albergu i że trzeba iść do OdT. No to niech się Helmut myje, ja pójdę. Może jaki sklep załapię.
***
No to już wiem wszystko. Wchodząc do miasta należy zajść do OdT i dostaje się klucz. Wychodząc należy go zostawić i zatrzasnąć drzwi. Albergo jest gratis, ale można wrzucić jakieś donativo.
Helmut chyba godzinę oglądał mapy i przewodniki, poszedł w miasto. Przed chwilą doszedł kolejny znajomy, pucołowaty Hiszpan - prawie umiera i stęka. Przyszedł z Zarautz. Chyba ze mną nie jest aż tak źle, skoro właśnie się na plażę wybieram?
Grzech było nie spróbować... do piasku może ze 30 m. Woda nie za ciepła, więc dość szybko wyszedłem, ale fale fajne. Plaża nie tyle długa, co szeroka, ludzi w normie. W wodzie nawet niewielu. Inna rzecz, że to po 18tej.
Kolejny spokojny wieczorek, właściwie popołudnie, nie bardzo aż wiadomo, co robić. Zaraz spiszę następne albgergi i za krzyżówki się wezmę.
Nie bardzo chce mi się jeść. Na postoju - wiadomo - z rozsądku, bo inaczej nie pójdzie się. Potem praktycznie obiadokolacja, dziś troszkę serka i litr mleka. Na wieczór jakiś pomidorek. Brzuch się trzyma, na siłę nie będę się napychał.
Dzwony dzwonią porządnie, idę się rozejrzeć.
Uzbierało się nas czterech. Stękający poszedł w miasto, wcześniej opowiadał przez telefon, jaki to on bohater i jaki niesamowity dzień jutro go czeka. Nie mogę przypomnieć słówka, ale było coś o jakby ekstremalnym dniu.
Wieczorem dojechał Słoweniec na rowerze. Z Helmutem plotkują, a bardziej Słoweniec się chwali. Ciekawe, jak ze spaniem będzie.
Bałem się, że telefon mi coś nie łączy: pchnąłem go przez ręczne ustawianie sieci - wybrałem Amena i pokazuje Orange. Zadzwoniłem do Sławka, sms do Ani - działa, jak należy. Ufff. Głupio byłoby, gdyby był problem z kontaktem.
Wyszedłem chwilę na ławkę... zimnica!!! I kto mnie straszył upałami? O 21szej bez swetra nie wychodź. Zbieram się powoli (o ile mi dadzą), bardzo chciałbym juto ruszyć naprawdę rano.
21 lipca, sobota, dzień 4.
Wieczorem doszedł ktoś tam jeszcze, o 22giej rozgadali się na potęgę. Aż słówko rzekłem - pomogło. Nie wiem, czy potem tak cicho się kładli, czy ja tak dobrze zasnąłem.
Rano oczywiście małe odkładanie pobudki. Helmut wstał pierwszy. O 6,45 na drodze.
W mieście wzdłuż torów do ładnego mostu i na drugą stronę. Około pół godziny do góry, potem różnie. Ermitia Kalwaryjska po nieco ponad godzinie. Znajduję wodę za murkiem - niespecjalnie smakuje. Szukam miejsca na jedzonko - rozsiadam się w portyku przy kapliczce - dopiero na odejściu widzę, że tu zakazane jedzenie. Trudno. A smakowało fajnie, z widokiem dość ładnym na okolicę. Pod koniec jedzonka Helmut mnie doszedł, pokazałem mu gdzie woda, napił się i poszedł dalej.
Po jedzeniu jakby ciężej się szło - przysiadłem po godzinie w Olatz, odetchnięcie, poszukam wody. Przede mną teraz 6 km do Larruskain - na tym odcinku góra 500m - na te dni największe wyzwanie. Oby.
***
Praw fizyki pan nie zmienisz i nie bądź pan głąb. Albo inaczej - nie chwal dnia przed zachodem. Ta końcówka też była niczego sobie.
Kawałkami dziś marsz to była przyjemność, kawałkami doświadczenie. W sumie pewno znowu cały rok będę marzył, żeby tu stanąć (oj, zobaczymy, co za rok...), jak nie jest za ciężko, to marsz jest przyjemnością, a chwilami to się człowiek siebie pyta, co ty tutaj robisz. Chłodno, do domu daleko, a pełnia szczęścia, jak się wciągnie ciapatę i popije litrem mleka; pode mną trawa, nade mną cień, a w plecaku zakupy na niedzielę. Naprawdę to jest dobre, że tu tak niewiele człowiekowi potrzeba. Bardzo niewiele, a może jeszcze mniej.
No i bez najmniejszych wątpliwości jestem pielgrzymem. U nas to się bywa na pielgrzymce. Jedzie się gdzieś. Tu, żeby powiedzieć, kim jestem - proste: io pellegrino. I sprawa jasna. Pasuje.
Olatz to była taka rozciągnięta wioska w dolinie. Jak się schodziło do niej, to ładny widok na całą polanę. Dookoła góry. Ładnie. Postój przy małym białym kościółku, oczywiście zamkniętym na głucho. Naprzeciw bar, też pozamykany. Przed wejściem stolik - przy nim gadam z Dawidem; chmurki lekkie, nie wiem, czy na deszcz się nie zaniesie. Szukam wody - okazuje się, że w barze pani urzęduje, zagaduję przez okno, wodę dostaję i to schłodzoną.
Droga najpierw po płaskim, potem systematycznie w górę, ale dość szeroki asfalt. Pod koniec wyprzedzają mnie rowerzyści - cała ekipa. Dochodzę do nich na przełęczy. Oczywiście przepocony jestem dokumentnie, oczywiście na wodę zero szans, dobrze, że mam ze sobą. Kolarze spadają w dół - jak nic ekipa przełajowców. I motocykliści z tej samej branży hałasują. Wkrótce sobie pojechali - jak cicho i ładnie. Idę dalej, początkowo nieco w górę, potem tak po stoku. Na przełęczy dom, po lewej duża wiata ze źródłem wody. Przysiadam na paręnaście minut. Bardzo dobra woda, świetne miejsce na odpoczynek.
Dalej droga wiedzie drugą stroną tej doliny - obchodzi się ją prawie dookoła. Krajobraz po wyrębach, ale droga raczej lekko w dół. Mijam dom jakby z basenem ppoż, za chwilę drewniana ławka w cieniu. Zasiadam. Po odpoczynku spokojną drogą 1,5 godz do Markina. Droga w sam raz, ale na końcu ekstremalnie w dół (kto tę drogę wymyślił!?!). Po deszczu to tu musi być polka. W mieście na początku kościółek, chyba wesele się zbiera. Ciekawie, bo w sobotę w południe. Taki widać obyczaj. W mieście po strzałkach (raz pytam o drogę) trafiam pod alberg. Sjesta, więc zamknięty; niedaleko Eroski, kupuję wszystko na niedzielę, mleko na dziś i uwalam się na trawniku. Koło mnie jakaś para z dwoma wielkimi psami. Też do albergu???
Zobaczymy, jak tam u cystersów. Zostało do nich 8 km. Przed 16 tą można ruszyć. Helmut też się tam wybiera (doszedł do mnie spał po drodze, nawet nie obudził się, gdy przechodziłem). Idę po sello.
***
No i w sumie nie wiem: żałować, czy nie żałować, że w tym albergu nie zostałem. Wyjście z miasta takie sobie spokojne, wzdłuż szosy, a potem wzdłuż potoczku. Z daleka widzę, że Helmut goni za mną. Tempo mniej więcej równe mamy, więc idziemy każdy sobie. Za jakieś 45 min wioska z barami - dróżka robi łuk i wchodzi w las. Przysiadam na mały odpoczynek, Helmut za chwilę leci dalej. Mnie żołądek coś wysiada.... a papier toaletowy na dnie plecaka, oj duży błąd..... Więcej go nie powtórzę.
Po uwolnieniu się jest nieco lżej, ale samopoczucie takie lekko średnie. W dodatku droga zatacza nie wiadomo po co łuk i schodzi do Bolibar. Te kółka mnie moralnie wykańczają. Wioska nieco dziwna, bo na początku osiedle kolorowych bloków, a potem ściśle historyczne centrum z pomnikiem Simona Bolivara. Widać, że cała Ameryka koło tego chodzi.
Za pueblem w górę w las. Drogowskaz mówi, że 35 min do klasztoru - jakoś tak mi wyszło. Gdy go zobaczyłem - jakaś spora radość i nadzieja, że będzie miło. A tu w klasztorze - prawie same buraki. Gdyby nie padre superior, to bym stracił resztę sympatii dla cystersów. W kościele pusto, widać, że turystycznie. Z braciszkiem na podwórzu nie rozmowa, ojczulek w sklepiku robi za biznesmena, nie zakonnika - szukać superiora. Trochę długo mi zeszło, obszedłem wszystko dookoła, w końcu go mam. Na Mszę od razu się zgodził - aż go w mankiet wycałowałem. Pieczątkę przyniósł, na rano bez problemu się umówił. Na 8mą to chyba nie zaśpię?
Szukając go zalazłem do albergu - mały pokoik z boku, wyra piętrowe, młodziaki zalegają, brudne gary na progu. Spytałem o sello - dogonił mnie rechot naśmiewających się z frajera. Nie było wyjścia (padre w sklepie mówi że komplet i tyle), zszedłem 100 m - jest albergo privado za 12 euro. Tyle że nie co dzień niedziela, wyro duże, podłogi drewniane, łazienka jak należy. No, ale stolika nawet w pokoju nie ma, suszyć też nie wiadomo gdzie. Zszedłem na piwo, żeby to przy stole popisać - też tego piwa jakby niewielka porcja, a cena jak za większe. Ciągną na tych pielgrzymach, jak się da - alternatywy tu nie ma, las dookoła.
A ja cały zły dumam nad pojęciem pielgrzymowania. Przecież te albergi jak wół mają napisane i są robione dla pielgrzymów. Myślałem, że skoro cały dzień na szlaku spotkałem tylko Helmuta, to jakieś miejsce bez problemu trafimy. Oj naiwny, naiwny... Jakieś żłoby z plecakami wcześniej przybiegły i tyle. Po frytkach. A co to ma wspólnego z pielgrzymowaniem? Temat otwarty i na długo. No właśnie. Akurat przechodzą obok mnie ci, co zasiadali przy kolacji w Orio. Jak nic też robią za pielgrzymów. Tempo to by się nawet zgadzało, tylko kiedy i jak oni wędrują? Może nocami. I jak tu nie zatęsknić za porządnymi refugio na camino frances - tam, gdzie bez credencjalu ani rusz. Z drugiej strony jest tu parę tych albergów i to donativo - mam nadzieję, że dalej nie będzie wiele gorzej. No to może i wydatki noclegowe mi się wyrównają, bo oczywiście kasa przecieka jak choroba.
Nie wiem, co na ten temat (tzn. pielgrzymowania) sądzą właściciele i prowadzący schroniska, zwłaszcza te donativo. Może nie widzą problemu, może się cieszą, że chata pusta nie stoi. A ty człowieku leć z garbem cały dzień i wcale bez pewności, że głowę będzie gdzie skłonić.
Póki co plan jest jeden i bez alternatywy: co najmniej ze 3 dni nic tylko się trzymać stałych odległości, lecieć możliwie wcześnie i zajmować miejsce. Poprzednio sam się z tego śmiałem na frances, a teraz przejmuję wyrobione wzorce. Tyle, że tu nie ma alternatywy - odcinki są takie, że nie ma co szukać innych noclegów - bo ich nie ma! Jak dziś miał być, to wyszło jak jest. Są i plusy - Mszy jutro szukać nie muszę, odprawię rano, a do Guerniki zostanie mi może 16 km, a i jestem tu prawie najwyżej (jutro zatem z górki). Co prawda profile z mundicamino są co najmniej mało precyzyjne, ale na pewno wielkich szczytów jutro się nie przewiduje.
Te dzisiejsze góry to z jednej strony nie najgorzej poszły, a z drugiej po południu ledwo człapałem. Może i coś się wyjaśniło - żołądek swoje powiedział.
Z rana była polska konserwa (jeszcze) i pomidorki - one mi są pierwszym podejrzanym. W Markina była buła i litr mleka, potem nieco gazowanego - to drugi podejrzany. W każdym razie od Markiny tak raczej średnio goniłem, w końcu do lasu pogoniło. Aż tak trochę niezdrowo. Do klasztoru jakoś doszedłem. Teraz jeść się nie chce, więc nie wysilam się (stołu nie ma....), to małe piwo sączę przy tym pisaniu i na dziś będzie na tyle. Skoro i tak mnie za bardzo nie ciągnie, to nie będę się wysilał.
Dodzwoniłem się do Ewy, do Ściechowa nie. Myślałem, że p. Maria będzie w domu czekała na Alojza, a może że oni wcześnie dojadą. Na razie pudło. Spróbuję jeszcze przed spaniem.
Po raz kolejny upewniam się, że ta droga (przynajmniej jak dla mnie) to gigantyczna lekcja pokory. Od rana czy od wczoraj sobie marzyłem, jaki to dzisiejszy nocleg będzie - zostało w końcu jedno: Msze i dziś i jutro. I tak właściwie, to ta wersja była dokładnie z tej przyczyny - Msza na niedzielę. No i jest. A że moje wyobrażenia i plany inne - czas najwyższy przestać marzyć, a zacząć się poddawać. Mniej będzie rozczarowań, mniej nerwów, mniej szoków. Bądź wola Twoja i tyle. Jak będzie wola, żebym się przespał za 12 E to też się da. Jak trzeba będzie gdzie na trawie - też damy radę. Już się dziś rozglądałem. No, ale śmierdzieć przy niedzieli - trochę nie bardzo. Odłożymy tę wersję na kiedyś.
Na prawej nodze zalążek bąbla się powiększył i chyba dojrzał. Dalej nie przebijam, póki nie muszę. W marszu zupełnie nie ma z nim problemu, więc nie ruszam. Może się wchłonie, skoro etapy krótkie. Na prawym ramieniu coś jak potówki, na lewym odciśnięcie od plecaka. Też pewno się ułoży.
Stale myślę, czego się mogę pozbyć. Chyba Małego Księdza, bo waży sporo a przydatny zupełnie nie jest. I pewno dalej też noclegi głównie w miasteczkach, więc jakoś damy przy kościołach radę. Tu mniej takich minialbergów w miniwioskach bez kościoła - Msza na ogół realna, byle nieco wcześniej dojść.
Według rozpisanych etapów do SdC ma być 33 dni. Zacząłem się oswajać z myślą, że może nie pójdę na Finisterę. Musiałbym nadrobić dobre kilka dni, a na razie o tym mowy nie ma. Później może da się coś podgonić, na razie nie ma tematu. Finistery by było szkoda, ale może musi poczekać na ten następny raz? Przynajmniej w tym pełna pokora, niczego na dziś nie planuję.
Francuzi zdaje się w drugiej sali ucztują. W łazience jakiś ciemnoskóry mnie minął. Gdzieś na oknie buty się wietrzą, ale właścicieli nie widać. W moim pokoju jestem sam, choć gość pokazał, że jedno wyro zajęte. Może da się spać. Po wczorajszych "pielgrzymach" jestem dobrej myśli. Nie wiem, kto to doszedł koło 22ej, ale raczej nie wędrowiec. A Słoweniec nawet nie próbował udawać: robi rutę po Francji, ogląda Tour de France i tak jest mu taniej. A gaduła....
Może ja stary jestem, może taki pryncypialny, może niedzisiejszy, a może za wiele ta Droga dla mnie znaczy. Pewno to ostatnie. Ale mi trochę przeszło. Oki.
22 lipca, niedziela, dzień 5.
Jest zupełnie inaczej, jak się rano odprawi...
Droga - faliście, nawet lekko w dół, urozmaicony las, potem kawałek mocniej w dół i spory kawałek przez wioskę. Pueblo chyba się Martimar nazywa. Siadam na rynku, pustawo jest, czuje się niedzielę. Śniadanko zjadam, dłuższa chwila odpoczynku. Zaraz za wioską droga mocno do góry szerokim asfaltem. Potem plątanina różnych dróżek, na ogół mniejszych i bardziej asfaltowych. Na polanie drogowskaz że do albergu 300 m - nie sprawdzałem. Zejście w dół i na przełęczy przy skrzyżowaniu dróg bar, fuenta, parking. Pani od Francuzów auta najwyrażniej pilnuje, chce mnie chlebem częstować. Grzecznie dziękuję, łapię wodę i dalej w drogę. Zejście ładnym lasem do wioski St Tomas. Fuenta za kościołem, ławka, cień, cisza, osioł się pasie, strasznie go muchy jedzą.
Taki zrywany dzień dzisiaj. Niby krótki, ale nie chciałbym być w Guernice na wieczór, więc nie ma co leżeć. Ciepło się zrobiło - pierwszy dzień ze słońcem. Więc i nie ma co się wystawiać. Jak jest miejsce i woda to siadam. Skutek taki, że dochodzi 13ta, do Guerniki mam 6 km. Posiedzę tu koło osła pod kościołem; potem nabiorę wody, a przed Guerniką jeszcze gdzie siądę na małą sjestę. W sumie jak się siada z marszu, to i tak za chwilę zimno się robi - organizm sam mówi, kiedy można się ruszać.
Czuje się tu dzisiaj niedzielę. W Martimar chłop w piżamie na balkon między kwiatki, papierosek, gazeta... Tu dojechałem po Mszy, pogawędki, plotki. Miło.
***
Uczymy się całe życie., tak. Aterpetxea - po baskijsku albergo i proszę to zapamiętać.
Od St. Tomas koło 1.5 godziny. Najpierw w dół do potoku, potem kawałek ostro do góry i już widok na Guernikę. Reszta główną drogą. Przed osiedlem wspinam się na skarpę po prawej, bo tylko tu widać sensowny cień. Posiedzieć się da, zjadam coś, ale z dłuższym spaniem kłopot - zjeżdżam po skarpie. A okazało się, że w wiosce (jeszcze przed Guerniką) ładne miejsce przy kościele, posiedzieć by się dało spokojnie. Gdy siedzę, mijają mnie ekipy idące. No to i ja w końcu się zwijam, choć nie za późno jeszcze. W mieście dwa razy przechodzę koło niebieskiego domu z powyższym napisem, zanim ktoś mnie nie uświadamia, że to schronisko. Trochę dziwne wejście w przyziemiu, szklane drzwi. Miejsc koło 20tu, cena 13 e, dla pielgrzymów łaskawie 12. Drzwi na kod.
Zeźliło mnie to 12 e - poszedłem w miasto. Strzałek mało i kołują - jakby się nie poszło na wskroś przez miasto, dochodzi się do ronda na końcu - tam w prawo i dalej po strzałkach. Oj, nie spodobała mi się ta Guernica. Baskowie piszą Gernika - niech im będzie.
Oddaję honor Francuzom - jedna osoba ciągnie furę, reszta idzie, choć na lekko. W sumie nie byłoby źle ich przegonić, zawsze to 6 miejsc na raz zajętych. Tylko nie wiem, kiedy i jak; moje namiary na schroniska są zerowe, a oni się telefonicznie uprzedzają.
Skoro dziś taka niedziela na luzie - może kiedyś coś się nadrobi. Nogi to w sumie idą, zawiązki bąbli czuję głównie wieczorem. W marszu nie dokuczają. Na teraz to najbardziej plecak uwiera, ale za chorobę nie wiem, co z niego wyrzucić. W sumie brewiarz najcięższy.... żartowałem.
Nogi się chyba do tych górek przyzwyczaiły, mniejsze wzniesienia biorę prawie z marszu. Tu prawie nigdy nie ma płasko i wypada się do tego przyzwyczaić. No to spojrzę w moje mapki.
***
No to całkiem zgłupiałem. Wg jacobeo.net w Bilbao żadnych albergów. Po drodze w niejednym miejscu było, że w Bilbao są albergi. A poza tym to wielkie miasto i należy się nastawić na uciążliwe dyganie całymi kilometrami. I jeszcze wypadałoby się nie zgubić. No, Anioł Stróż będzie miał robotę. Jakby nie patrzeć, wychodzi na jutro koło 26 km, z rana podejście na 330 m, potem też górka, więc będzie co maszerować. Dzisiejszy odpoczynek wypada odrobić.
Właściwie to nie wiem, czy odpocząłem. Jednak presja jakiegoś noclegu działa i siłą rzeczy człowiek goni. Jak przysiadłem w lesie przed Guerniką, to znowu krzywo było i zjeżdżałem - taki sobie odpoczynek. Ale w sumie jak do tej pory to kawałki znośne, a ja się powoli rozpędzam.
Zły jestem trochę na siebie, że się tymi noclegami przejmuję. Niby po to zabrałem matę i śpiwór, żeby w razie czego być niezależnym. A jak przychodzi co do czego, to jednak człowiek lgnie pod dach i do łazienki, choćby i pieniądze to kosztowało. Widać ta odrobina luksusu w nas siedzi, albo ja się jeszcze całkiem od domowych przywiązań nie uwolniłem. A to zupkę by człowiek wciągnął, a to coli się zachciewa. Może i nieco za dużo tej cywilizacji jest po drodze. Jakby się musiało pić wodę z fuenty i spać pod krzakiem, to pewno tak by i było bez gadania.
Zupkę to sobie przed chwilą wciągnąłem, choć trochę problem z grzaniem wody w mikrofali. Teraz zaś znowu się grzeje - wypróbujemy herbatkę - pierwsza będzie od tygodnia. No i nawet jakoś się zaparzyła, na pewno będzie dobra.
23 lipca, poniedziałek, dzień 6.
Oj, dołożyło do pieca... Przy wstawaniu wyjąłem komplet deszczowy. Portki zdjąłem przy fuencie w mieście, ale kurtka się przydała. Chociaż tak czy inaczej człowiek mokry, czy od potu czy od deszczu. Piszę sobie w Larrabutxa pod marketem zdecydowanie małym. Do południa właściwie cały czas w deszczu. Trochę podsuszyłem, zagrzałem, dopiero teraz śniadanie zjadłem, zaraz ruszam, bo chłodek dochodzi. Słonko powoli się przebija, jakoś może dożyjemy.
Nigdy nie przepadałem za dużymi miastami, ale Bilbao to czysta przesada.
Ale najpierw: doszło info o tragedii pielgrzymów ze Szczecina. 26 ofiar, nie wiadomo co z ks. Redesem. Mam intencję na jutro.
Droga: niedaleko za Larrabutxa wchodzi się w przedmieścia Bilbao. W Lazema odbiłem pod albergo - w południe oczywiście zamknięte, ale pozytywnie to wygląda. Od Lazema już stale w zabudowaniach, w końcu droga odbija w lewo i wychodzi na górę. Stamtąd widok z dala na lotnisko, ruch w powietrzu spory, pól dnia drogi pod lądującymi samolotami.
Po zejściu do miasta dałem się zwieść strzałkami do alberge privado. Nie wiem, gdzie zgubiłem te ogólne, ale zatoczyłem kółko do tego prywatnego. Ładnie podziękowałem i chodu. Pokierowali mnie do bazyliki Begonia - przy niej mapka dla pielgrzymów - od bazyliki prosto w dół, przy parku w lewo na ogromne schody (naprawdę robią wrażenie) i nimi na starówkę. Jakoś trafiłem na most, nim na drugą stronę rzeki i cały czas główną ulicą prosto (ul. San Francisco, potem Autonomia). Oj, długa ta ulica, długa.... Parę razy pytam o albergo - wszyscy jednoznacznie pokazują prosto tą długą ulicą, potem kierują na dzielnicę Basurto. Bardzo to piękne i miłe, tylko to nie albergo ale kolosalny hotel. A albergo jest w szkole tuż przy podwójnym wiadukcie nad ulicą Autonomia. Lidl naprzeciwko, kościół też. Donatiwo, całe boisko nasze.
Nie wiem, czy to Włoszki, czy Hiszpanki (głosuję za Italią) wyprzedziły mnie rano i wpędziły w doła. Wstały wcześniej ode mnie, wypiły kawę - ja widzę deszcz, ubieram komplet, a one ulalala. Dogoniły mnie na pierwszym podejściu i poszły.
No nie powiem, leciało się przez ten deszcz, kilometry się robiły, ale nieco zdrowia poszło. Za to zaraz po południowym śniadanku słońce i upał. Do Lazamy to jeszcze szło (z widokami na lądujące samoloty - zarypiaste to), ale potem na podejściu tak sobie. Trochę wyluzowałem, zrobiłem postoje - i bardzo dobrze, bo nie wiem co by było. W miasteczku za Lazemą zobaczyłem moje Włoszki z przodu i próbowałem nie stracić kontaktu. Gdzie tam. One lekkie, pod górkę dawały jak złoto. Dobrze, że usiadły, bo bym się z kompleksów nie wylizał. Potem na podejściu upałek niczego sobie, z górki też niewiele lżej.
Dałem się oszukać i zaszedłem do privado albergu. Pewno z pół km w bok, a może więcej. Pan kazał mi autobusem do Basurto jechać, nawet numer podał - potem żałowałem, że nie wsiadłem.
Koszmarnie długie to miasto, a i tak je zaledwie w poprzek przecinamy. Na moje oko to dobrze ponad milion tu musi siedzieć.
Za mostem niesłychanie zakazana dzielnica z Afryką i Azją na każdym kroku (i z kupą policji na rogach), potem ta koszmarnie długa Autonomia. Pytam o albergo - jak najbardziej, każdy pokazuje. Aż się zdziwiłem, że wiedzą. Z daleka widać: wieżowiec. No, no... na miejscu wychodzi szydło: normalny hotel i to niezły. Usiadłem, prawie padłem. Pani zza lady popatrywała, czy żyję. No, na szczęście na początek miasta nie wracałem, tylko z 15 minut. Ale moje nogi gotowały się równo... po mokrym przecież, buty nie wyschną tak od razu. Zobaczymy, jak będzie jutro. Co do albergu: jak kto ma pecha... okrążyłem całą szkołę, bo wejścia nie widziałem, a ze sklepu dodatkowa runda, bo chleba nie było.
Ciemnawo się robi, brewiarz dokańczam.
Ta dzisiejsza woda dołożyła bąbelkom - była mała operacja. Z tych na poduszkach: lewy był suchy, prawy nieco mokry, natomiast wyszedł taki fajny na lewym paluchu. Opatrzenie, niech wysychają. Dziś było w intencji Ewy. Widać potrzebuje, skoro trochę dołożyło do pieca. Jutro za tych, co w drodze zginęli. Nie mogę ochłonąć.
Zdaje się, że sporo ludzi stąd zaczyna Norte. Nowe twarze i świeże ciuszki się kręcą, suszarka prawie pusta (moje rzeczy i Włoszek). Jutro wszyscy każą iść nie górami, ale wzdłuż rzeki do Potrugalette. Posłucham. A dokąd dojdę - zobaczę, jak pójdzie rano. Po dzisiejszym naprawdę nie sposób planować. Spać.
24 lipca, wtorek, dzień 7.
No i tydzień mi w drodze jak nic zleciał.
Kazali iść wzdłuż rzeki. No i wyszły małe przeboje: potraktowałem to dość dosłownie i ruszyłem nabrzeżem. Aha, w Bilbao jak się pójdzie od albergu w dół, to na rzekę się trafi. No więc nabrzeże się skończyło, po prawej rzeka, po lewej mur, nie skarpa nawet, na górze pociąg. No to wstecz, spory niestety kawałek. No to jestem na jezdnej drodze, chodnik jest - lecimy. W pierwszym chyba mieście: Zorrotza - chcę ja wzdłuż rzeki. Skończyło się na kółku wkoło portu i chodzeniu po torach. Wróciłem na główne skrzyżowanie i do głównej drogi. W następnym miasteczku - coś na B - nawet się strzałki pokazały, ale szybko znikły. Ludzie pytani o Portualette też średnio zorientowani. Na czuja wyszedłem na prostą i złapałem system: trzeba iść po żółtych przystankach i autobusach Bizkaibus - kierunek Santurzo. Na przystankach nawet rozpisane kolejne miejscowości i przystanki w nich - jak już byłem w Sestao to nieźle mi szło czytanie. Zawsze to dobrze wiedzieć, ile drogi zostało.
W Portualette strzałki w chodniku - najpierw prowadzą w dół pod kościół, potem ładny widok na port i coś jakby autobus na linach na drugi brzeg, potem do góry (można po prawej ruchomym chodnikiem podjechać kawałek za darmo!) i potem główną ulicą cały czas do góry. Na szczycie miniskwer, fuenta, market za rogiem. Uwaga, potem żadnego zaopatrzenia!
Dalej 11 km ścieżki rowerowo-pieszej, nawet wygodnie. Na końcu ścieżki Playa la Arena, stamtąd skrajem plaży i częściowo plażą do mostu i do Pobena - tu albergo. Kupa ludzi się zbiegła (pewno ze względu na bliską plażę), więc nie wiem, o której trzeba tu być żeby być. Otwarte jest od 15tej.
Z kłopotów dzisiejszych to najbardziej dały się te nadrabiania drogi no i bąble. Pokręciłem się nieco po okolicy, ale aż tak wiele kilometrów nie nadrobiłem, a góry ominąłem. Tyle mojego. Włoszki minęły mnie gdy siedziałem przy skwerku w Portualette - ciekawe jak szły. Teraz - tak jak wszyscy - poleciały na plażę. Prawie sam siedzę w albergu.
No, nie bardzo siedzę. Pierwszy raz nadmuchałem matę: leżę sobie, wietrzę bąble. Tak czułem po drodze, że po wczorajszym moczeniu na sucho mi się nie upiecze. Do tego dziś równe tuptanie po asfalcie... No i zrobiła się taka wredota na środku na lewej. Między innymi dlatego, że czułem iż coś się dzieje, chciałem tu być możliwie szybko (no, plecak też doskwierał). Pierwsza rzecz to buty zdjąć, jak tylko łazienka wolna to się wykąpałem, a teraz zdobyłem się na odwagę i jest po operacji. Nie wiem, na ile skutecznie, ale poszło. Do nocy jest kilka godzin, mam nadzieję, że przebite bąble przyschną i powoli się to ułoży. O tyle mnie to martwi, że nie raz to przerabiałem.... odruchowo człowiek inaczej stopę stawia, zwłaszcza jak taka wredota na środku się usadzi, i problem ze ścięgnem gotów jak nic. No, co mogłem zrobić, to zrobiłem, reszta w Wiadomych Rękach.
Ta dzisiejsza intencja jednak chodzi za mną. Straszne. Nie mogę.
Lekko zgłupiałem na jutro. Pan twierdzi, że do El Pontaron będzie 25km, moje rozpiski mówią, że dobrze ponad 30. Się zobaczy, bo innego wyjścia absolutnie nie ma. Trzeba tam siadać i tyle.
Coraz bardziej się nerwowy robię na towarzystwo po albergach. Właśnie weszła cała kolonia dzieciaków - jak nic tu nocują. Ekipa Niemców właśnie koncert śpiewaczy uskutecznia. Pielgrzymi jak choroba. Chyba przyjdzie albo przywyknąć, albo nie zwracać uwagi. Póki co mam gdzie spać, to jeszcze źle nie jest.
Na razie kończę śliwki nabyte w Portualette. Do jedzenia mnie dalej zupełnie nie ciągnie. Jem, bo trzeba, ile trzeba, ale przesady nie ma. No i dobrze. Ze 2 dni temu problemem się robiły takie wredne wypryski, głównie na prawym przedramieniu. Poprzednim razem była z tym bieda - swędziało okrutnie. Wychodzi na to, że się powoli rozchodzi. I tak właśnie Szef działa: ledwo się jakiś problem pojawi, zaraz bywa skutecznie rozwiązany. I jak tu nie zaufać?
Na Finisterę już nie liczę. Z tymi górkami wykluczone są etapy po 40 km, niewiele tu nadrobię. W Monte do Gozo muszę być 15go, 16go Msza w SdC, 17go odlot. Inaczej nie wyda, a wyścigi na siłę - nie tym razem.
***
Cholera jasna by tych "turystów" wzięła. Wyległa ta kolonia bachorów, czyha tego 14 sztuk, jeden zaczął kaczki ganiać. Ładne pielgrzymstwo, nie ma co... Idźmy dalej, może dalej od plaż będzie normalniej.
No to się całkiem porobiło, tego jeszcze nie grali. Leżę tu sobie na schodkach, po poczytam, to popiszę, to śliwkę zniszczę, a tu życie kwitnie. Najpierw z Niemcami - okazało się, że ktoś zabrał 15 bachorów bez zabezpieczenia i bez znajomości hiszpańskiego - nawet nocujący tu Niemcy szwargocą i kiwają głowami, że coś nie tak. A ludki komentują "turystów".
Jeden z tutejszych gdy zobaczył mnie z brewiarzem pyta, czy ja ksiądz. Tyle to zrozumiałem, nie wypieram się. Pytają, czy mszę mogę im odprawić. Pogadali, wsiedli w 4 do auta, kto wie czy klucza i wina nie załatwią. No, ale jutro święto Św. Jakuba - dziś po nieszporach... Zabieram się za teksty, żeby cokolwiek po hiszpańsku rzec - choćby znak krzyża wyłapać. Ale heca...
Z Mszy nic nie wyszło - przywieźli księdza miejscowego, ale gadali o jutrze. Jutro to ja idę dalej i to skoro świt.
Piorun smsa przysłał - Przemek Redes i ks. Zenon Łuczak. Co tu mówić. Jedno, że to w czasie pielgrzymki. Ale jak tak dalej... mało nas się robi.
Z Włoszkami dogaduję się, wystartowały dzień później, z Santiago wracają 20go. Jutro pewno znowu razem, co najmniej do Castro Urdial, ale chcemy do następnego albergu. Klucze w barze, więc powinno być normalnie, pielgrzymkowo, a nie plażowo. Dziś więcej nie piszę.
25 lipca, środa, dzień 8.
Dziś dzień Św. Jakuba - i to chyba widać od rana. Najpierw imponujące schody, potem cudny spacer przy wschodzącym słońcu. Po prostu upojnie. Kto takich chwil nie przeżył, ten na pewno nigdy nie zrozumie co to znaczy pielgrzymować. Iść do przodu, czerpać radość z samego marszu, niewiele dbając o siebie, ufając, że i jedzenie i spanie gdzieś czeka a tyko chwaląc Boga. Rano jak tylko nieco ruchu się zrobiło, wstałem bez pobudki. 4 osoby nas się zbierało, oprócz Włoszek jeszcze ostrzyżony opalony nie wiem skąd. Dostałem kawę i kanapola, jeszcze na śpiąco.
Ruszyłem pierwszy. Do Onton ścieżka na klifie - cudo i brak słów. W Onton nadłożyłem drogi i dzięki temu dziewczyny mnie dogoniły, uniknąłem szalonych kilometrów. Górami do Castro Urdiales jest 16 km, dołem chyba połowa. We wsi krótki postój, potem dołączył się ktoś jeszcze - idziemy w czwórkę. Na podejściu dziewczyny lecą do przodu, ja od razu zostaję. Jest stacja benzynowa przy rondzie - skręcam. Wody podobno nie mają, ale wodę sprzedają. Odżałowuję. W Saltacaballos przystanek w cieniu i restauracja na zakręcie - siadam pod wiatą.
Z nogami różnie. Jak się rozchodziłem, to poszło. Ale bąbel na lewym paluchu rośnie artystycznie. Co pod spodem - okaże się wieczorem. Na razie suszę.
Zjadłem coś, zapisałem i ruszam, bo co ujdę przed silnym słońcem to moje. Reszta w pobliżu brzegu więc może upał nie dopiecze.
***
Właściwie to Jakub dał święto na całego. Nic tylko się cieszyć i Bogu dziękować. Do Castro Urdiales droga w większości wśród zabudowań. W centrum ładny zacieniony plac obok mariny. Do Eroski lekko w lewo, market obok starej hali targowej. Potem wyjście z miasta na zachód, główną ulicą. Na jej końcu arena byków - zaglądam do środka i robię zdjęcie.
Na poprzednim postoju zjadłem, posiedziałem, urwało się sznurowadło (po tutejszemu cordones), będę sztukował na razie. Zejście w dół spoko, potem oczywiście miasto koszmarnie się ciągnie. To Castro to całkiem spore miasto, w dodatku na taki trochę tutejszy Sopot mi wygląda. W mieście nieco tłoku, w sklepie zeszło, na wyjściu zeszło - znowu 2 godziny butów nie zdejmowałem. Na skwerku gość coś mi zawzięcie tłumaczył o sello w credencjalu, ale ważne, że kierunek pokazał. On chyba chciał nocować w Castro.
Wydobyłem się za miasto i zaległem na pierwszej trawie w cieniu. Cisza, prawie jak nie tu (w oddali autostrada szumi). Do noclegu mam z 11 km, jest południe, ujdę za chwilę co się da i postój obiadowy. Dziś nie gonię do albergu, jak będzie tak będzie, matę jakby co posiadam. Zrobimy po naszemu.
Rano próbowałem iść z ragazzami, ale się nie dało. Mała narzuca pod górę takie tempo, że wysiadam od razu. Pucołowaty jakoś z nimi leciał, pewno zobaczymy się wieczorem. Kto wie, czy one już tam nie siedzą.
Bąbel na paluchu dojrzewa imponująco. Pod spód wolę nie zaglądać. Wystarczy, że wieczorem tam popatrzę. Ale iść się da. A duchowo to św. Jakub buduje, że ho. Przed chwilą w brewiarzu Ps 94: ledwo mnie weźmie trwoga, Ty Panie już mnie pocieszasz. Niedokładnie cytuję, ale do sytuacji to pasuje nieludzko. Nabyłem chłodne picie, jedzonka mam i na jutro, kilometrów zostało w normie, nogi jakoś stąpają, czego więcej chcieć? Kwintesencja radości z pielgrzymowania. Tylko pamięć o tamtych spod Grenoble mąci wiele.
<
br> Dziś rusza SzPP. Przemek napisał pierwszą konferencję. Za chwilę poczytam. Dziś idę w intencji całej SzPP. Niech tam się chłopakom powodzi jak należy.
***
Po moim postoju na skraju lasu mocno falisty kawałek wzdłuż autostrady - nieco uciążliwe. Za drugą wioską (chyba Cerdigo) zejście w stronę morza i rzadki las - kamieniście, jakaś ścieżka przyrodnicza, bardzo ciekawie. Z daleka widać kolejną wioskę Islares. Na końcu wioski duży camping, przy nim bar. Dalej żadnej wody. Wychodzi się na główną drogę (z widokiem na całą dużą lagunę) i w słońcu w dół, niedaleko do El Pontarron. Wioska niewielka, pod koniec bar i tam klucz do albergu.
Jak przystało na Dzień Patrona, szło się pięknie. Po zakupach i uciążliwościach Castro bardzo ładnie odpocząłem w tym lasku, zero problemów. Wystartowałem z nastawieniem na 2 spokojne etapy. Przy ruszaniu minęli mnie znajomi z Pobeny z brodaczem na czele - cały peleton. Wyprzedziłem ich na pierwszym skrzyżowaniu, pytali o drogę. Trochę nie chciałem iść z nimi, trochę mi się rozpędziło, trochę na wodę czekałem - bez problemów zaleciałem do Islares. Myślę, że oni stanęli na którymś z parkingów, ale nie uśmiechał mi się tłum. W Islares zero wody, ale coś tam w butelce było, więc chodu, żeby gdzie usiąść. Upał na asfalcie przypomniał, że to czas sjesty. Prawdę mówiąc lekko przesadziłem - 1,5 godz w słoneczku. Zanim znalazłem cień, jeszcze chwila zeszła. Za to jak spojrzałem na mapę - z 30 min do noclegu! I tak było. Na spokojnie.
W schronisku naprawdę starsza pani z Anglii. Sama się wybrała, ale coś słabuje. Odważna.
Pomyłem, poprałem, opatrzyłem i czekam. Ciekawe, gdzie moje Włoszki... może na plaży? A tu w ciągu paru minut zwaliły się 4 ekipy, z brodaczem na czele - momentalnie pełno. I jak tu liczyć na wieczory? Oj, chyba nie będę ryzykował. A może?
Najważniejsze nogi. Wczorajsze wietrzenie i grzanie chyba skuteczne. Najgorzej wyglądająca wredota pod spodem chyba sucha. Ślicznota na paluchu odnawia się, pojawiło się coś na samej zewnętrznej krawędzi - dwa cięcia i po nim. Teraz suszę i wietrzę. Opłaca się.
Atmosfera dziś taka świąteczna. I sam marsz właściwie jedna przyjemność. A może to Przemek z góry tak pomaga?
Popatrzyłem na mapki. Jeszcze trzeba lekko dopytać jakich tubylców, ale na jutro plan wychodzi do Colimbres - koło 30 km. No, a potem to jak nic wychodzi następny etap Santander - tyle, że 40 km, albergo koło 20 miejsc i w mieście. Albo będzie miejsce, albo nie. Albo się dojdzie, albo nie. Tylko gdzie tu iść te kilometry, jeżeli nie na tych odcinkach, gdzie bardziej płasko? Łatwiej to na tym Norte już nie będzie. Jak mam być przed 16tym, to trzeba pogonić. Zostało wg planu z Bilbao 604 km. Prawie jak szczecińska, nie? Koło Santander są jakieś wersje z barką lub bez. Za Laremą trzeba pytać.
Bałem się, że z tą ekipą będzie marudnie. Panienki w połowie po francusku gadają, ale nie jest źle. Młody dryblas Niemiec to ledwo wszedł, a już wyszedł skrzywiony, że scheisse. Hiltona się qrna spodziewał?
Koło 19tej zwaliła się cała ekipa imprezantów z wczoraj, włącznie ze zdrową niby-blondyną, co przed Pobeną tak koło mnie śmignęła. Wyglądają na zmęczonych. Ciekawe, czy spali do południa, czy pól dnia leżeli na plaży. Innego wyjścia nie bardzo widzę.
Kwestia turystów - pielgrzymów wczoraj nie ode mnie wyszła. Sami tubylcy mocno przy mnie pomstowali, wieczorem z Włoszkami też o tym poplotkowaliśmy. I tak muszę oddać, że spodziewałem się, iź mniejszość wyruszy w drogę pieszo - dziś się okazuje, że jest nas niemało, ale i tak turystów nie brak.
Babcia z Anglii jest mocna. Oceniam ją na 5 km. I to maksymalnie. Coś mówi o jechaniu busem do Santander. Bieda. Tylko miejsce zajmuje.
Ekipa z brodaczem jest francusko-hiszpańska. Duży, który dowodzi jest Angel. Jutro znów jeden cel. Tylko żebym ja to Colindres znalazł, bo to gdzieś w bok od drogi. Od Lezamy trzeba mocno pytać.
Najmilsza chwila wieczoru: ekipa od Angela poszła do baru, Niemcy też się wynieśli, ja wciągnąłem moje kiełbaski targane od Castro, tylko Angielka cicho się kręci. No i nowi młodzi na dworze hałasują. Szykuje się spanie na betonie - dobrze, że blaszana wiata duża. Ciekawe, którego dnia ja tak wyląduję? Oj, nastawiam się na pojutrze na 40 km do Santander - może tam z albergu nie wyrzucą, byle opłukać się dali i matę pozwolili rzucić.
Co ja tu za ambicję mam... gostek co koło mnie siedzi jutro idzie 50 km do Santander... malutki się zrobiłem. Tyle że obiecał mnie obudzić.
Klimat tu na północy jak najbardziej cudny. Prawie nigdy nie za gorąco, choć w słońcu w południe i na asfalcie to jasne, że mrozu nie ma. Po południu ładna bryza, zwłaszcza w dolinie (tak jak tu), a pod wieczór to w koszulce w cieniu nie bardzo wysiedzę. Albo na słońce (!), albo - jak teraz - chowam się pod dach. Chata pusta, można poleżeć. Do spania 2 godziny, chyba Rozrywkę wyjmę. No i telefony odpękać. Ale do Świnoujścia to potem.
Chyba złapałem - gostek nie idzie camino, tylko leci do Santanderu szosą. I tak tylko podziwiać.
Dobrą godzinę była cisza, teraz się złazi towarzystwo na nowo. Chyba nawet woda im się nieco zagrzała. A w przedsionku 3 materace wielkie - no to je wynoszą pod wiatę. Dobrej nocy. Ten od Santander gaduła straszliwy, nawet jak na Hiszpana. W sumie da się z tym towarzychem żyć.
26 lipca, czwartek, dzień 9.
Oj mało się wczoraj wieczorem nie uniosłem, bo z układaniem się spać znowu bieda. Strasznie rozgadane to towarzycho.
Dziś rano okrutnie się wstawało, wyszedłem kompletnie zaspany. Hiszpan poleciał koło szóstej, burak nawet na mnie nie spojrzał. Młodzi z dworu też chyba poszli. Ja nieco dospałem, 6.45 na drodze.
Do La Magdalena przysiółkami i wioskami bocznymi. Przy kościele bardzo mocno w prawo i ostro do góry w las. Przez 10 min naprawdę mocno. Od szczytu szeroka kamienista cementówka w dół. Potem za Liendo kawałek to w górę to w dół, przejście pod autostradą, wreszcie Barrio Sta Anna (dziś Ani - szykowano jakąś większą imprezę; gotowała ekipa kilkanaście osób, na wodę z węża się załapałem). Zaraz za wsią widać żółty wieżowiec - zaczyna się Laredo. Ładny widok na miasto, nie powiem, zejście średnio uciążliwe, wąskim zaułkiem do miasta. Od głównego placu wlotową ulicą, cały czas prosto, na końcu miasta supermarket. Chyba trochę tu dołożyłem do pieca, ale widać tak miało być.
Rano szło się zupełnie nieciekawie - to już napisałem. Później koło Lianes niby się rozpędziłem, ale noga cały czas uwierała. Goniło tylko to, że później będzie ciepło, więc lepiej iść teraz. No to gonię.
Za Lianes na górce przy skrzyżowaniu postój na picie i Dawida. Ochota do marszu średnia, ale trzeba. Chyba koło 11tej start z nastawieniem na godzinę, może kawałek. Etap wybitnie niewdzięczny, wciąż góra - dół, i kołuje ta droga wokół autostrady. Już się nie dziwię, że chłop careterą się wybrał non stop do Santander, bo jak widzę jak ścieżka kręci, to się słabo robi. Ale tak się nastawiłem.
Koło 12tej (tak na Anioła) super widok na zatokę, plaże i w ogóle. Gdzie tu będzie iść ?!? No to idę jak strzałki dają. Do miasta fajnie, pierwszy zaułek miły, ale na placu od razu strzałek brak. Wolę pytać do upadłego i tak od człowieka do człowieka wyszedłem z miasta. Muszelki na słupach i to bardzo raz kiedyś. Nie lubię miast.
W markecie na wylocie moje kiełbaski, picie (tym razem Fanta, wiem, że zaraz stanę) i szukam oranżadek. Niechby były i witaminowe, ale żeby rozpuszczalne, smak wodzie dawały. Nigdzie tego nie ma, szukam po marketach.
Siadłem w pierwszym cieniu pod murkiem, właśnie mnie dogoniła ekipa z Angelem. Nieźle nadgonili, skoro jeszcze spali, jak wychodziłem, a nie sądzę, żeby bez śniadania ruszyli. Oj coś głośno plotkują. Ktoś im drogę tłumaczy. No, dziś się z nimi nie ścigam, i tak zaraz polecą. A ja posiedzę.
Mimo uciążliwości, idzie się w miarę. Jak się już rozpędziłem, to nawet te kilometry się nabija. Chciałem dziś do Colindres, moi od Angela też tam nocują (właśnie przechodzili, zagadnąłem). Tyle, że oni jutro statkiem do Santona i nocują w Guemes, a ja bym chciał do Santander. W Guemes parafialny alberg i mówi, że ciekawie, no zobaczymy. Kazali mi nie w tą tutaj boczną ulicę, bo to po górach, ale do Colindres iść drogą. Oni tak poszli. Pewno po postoju dojdę do nich i popytam, co dalej. Niemiec się doczytał wczoraj, że w Santona gwarantowany nocleg, jak nie w domu to pod namiotami. Baaardzo by mi to pasowało. Tym bardziej, że w Santona już byłbym po tej przeprawie - rano można lecieć dalej.
W każdym razie z góry było widać, że same domy i kurorty przede mną - nastawić się na łojenie. A co do kilometrów - naprawdę to się nie spodziewałem, że w tym Laredo tak fajnie się znajdę. Jak rano nie upalisz, to inaczej nie pojedzie.
Ech, lecę po południu dalej. Najwyżej nocleg będzie w świecie - jutro w Santander się domyję. A Włoszki przypuszczam że wczoraj sprawdziły kilometry i drogą doleciały, kto wie czy nie do Colindres.
***
No, jak na teraz: zadowolenie 10. Ale najpierw o trasie: z drogą do Santona to jest tak: po zejściu do Laredo należy iść wzdłuż plaży cały półwysep, na którym to miasto leży. Jak się zapyta ludzi o camino - to pokazują drogę do Colindres. Do Santona też się tam dojdzie, ale to będzie z 14 km, dookoła całej zatoki. W Colindres jest albergo po 5 euro - Angel tam zostawał z ekipą. Fajnie, bo zgłasza się na policji lokalnej. Ja się cofnąłem dobry kilometr do ronda przy markecie i dalej jak policjanci kazali: do świateł (...wiele ich tu nie ma, były za dobry kilometr), obok szpitala (kolejny kilometr) i dalej śliczną Ulicą Prawych Ludzi. Cudowne, no nie? Tyle, że mniej cudownie wyszło to, że ja się nastawiałem na lekki spacer w porze sjesty, a wyszło koło godziny! Aha, zawsze można pytać o barkę do Santona. Dla leniwych: z samego Laredo też stateczek pływa, ale rzadko i nie w sjestę - kto chce niech się dopyta.
Mój prom bardzo mi się spodobał, płynąłem sam. Fotki są. Zero informacji (sjesta), więc ławka w cieniu i sjesta do 17tej. No to od barki dwie drogi: prosto do albergu - w lewo wzdłuż nabrzeża - albo do OdT prosto i potem w lewo. Obie wersje schodzą się przy pomniku wioślarza z psem - stąd idzie się tak, jak pies patrzy i za mostem po lewej szkoła czy stanica wodna - choroba wie, co to.
Albergo ciekawe, ludzi się kręci masa z jakąś kolonią na czele. Ciszę mają napisaną o 23.30... ale oni chyba na dole. Pokoje są po 6 osób z prysznicem, prócz tego łaźnia na dole. Na dziedzińcu namioty - Niemiec się wczoraj dopytał, że nikogo nie wyganiają, tylko kładą w namiotach. Cena 5 euro, jest kuchnia, można kupić kolację.
W moim pokoju laski zalegają i gadają, ciekawe co będzie w nocy. Nogi pozwoliły - po kąpieli do miasta. Najpierw trafiłem na internet - za 1 e sprawdziłem pocztę, odpisałem parę listów i co tam najważniejszego popatrzyłem. Potem rundka przez miasto, szukanie cordones (były tylko cieniutkie, nie brałem), zakupy jedzeniowe i piciowe - to schodzi. W domu 20.25. Szybko jedzonko, teraz Dawid i to pisanie, słonko szybko opada, więc będę się zbierał. W sumie pakowanie mam opracowane, byle pranie zebrać i prawie gotowizna.
Nie bardzo wiem, jak kilometry liczyć dzisiaj, ale tak z przymiarek to by było, że pewno z 30 mam w nogach. Jeśli tak, to wypadnie się naprawdę przerzucić na kawałki po 40, bo dziś wcale rzeźni nie było. Nie powiem, bym rano się oszczędzał, ale ani bieg to nie był, ani zarzynanie. Doszedł spacerek do promu, ale i z nim o 15.30 byłem wolny. Reszta dnia na ławce, w albergu, na spacerze, przy stoliku. Jak trzeba będzie, to się akcenty rozłoży inaczej.
Na jutro podobno koło 35 km do Santander. Pewno będzie chwila prawdy, bo to i kawałek i spore miasto na końcu. Oczywiście nastawiam się na ranne wyjście, a resztę niech tam Szef dysponuje.
Nogi chyba o wiele lepiej, skoro spacer wyszedł. Zaraz z igłą sprawdzę, co tam nowego i starego, ale na jutro chyba wypada być dobrej myśli.
Właśnie podjechał kolejny autobus z dzieciakami - ciekawe, ile tej kolonii tu siedzi. Oby tylko dali spać.
***
Ten wieczorek siedzę sobie przy stoliku z widokiem na zatokę. Łódek pełno, życie kwitnie, widoczki niczego sobie. W sumie nieźle tu. Gdyby nie nogi i lekka niepewność jutra, to 100 proc sielanka. Ten Jakub to umie to i owo załatwić... Tylko czemu skoro ja tu mogę być, to tak mało ludków tu bywa i przeżywa to, co ja? Pewno pytanie retoryczne. Ja zawsze powtarzam: najtrudniejsza część pielgrzymki to wyjście z domu. Wyszedłem no i coś tu mam. Idę sprawdzić pranie i nogi. Powoli będzie szarzeć.
27 lipca, piątek, dzień 10.
Ciepło się robi, będzie bolało.
Droga: wyjście z Santona przez główną ulicę, potem odbija nieco w prawo i idzie pod wielkimi murami obwarowań, potem wzdłuż plaży (z rana mnóstwo młodych z deskami leci do wody). Na końcu prostej w prawo i bardzo stromo do góry. Podejście krótkie, ale uciążliwe - WSZYSTKO KŁUJE. Długie spodnie niezbędne. Z góry śliczny widok, a po łatwym zejściu spacer plażą. Przed nami na horyzoncie Noja. Stamtąd można strzałkami, ale można (tak, jak mi przemiły gość w barze narysował) główną drogą do Somo.
O dziwo rano panienki zerwały się o 6tej - nie było co leżeć. 6.30 na drodze. Leniwo coś mi się dzisiaj ruszało. Wczoraj po południu miałem wrażenie jakby słońce mi dopiekło - rano ciąg dalszy takiego uczucia.
Lekko zgubiłem drogę - podszedłem pod te wielkie mury i znalazłem. Trzeba będzie sprawdzić kiedyś, co to za fortyfikacje. Jak się akurat rozpędziłem - wspinaczka na skałę. Co tam górka..., ale te kolce!!! Podrapałem się dokumentnie. Widoczek ładny, zejście łatwe, ale uciecha na dole: jeszcze nie pielgrzymowałem po plaży. Z plaży już tak. No i nie było kłopotu z miejscem na śniadanko.
Każde miasto rozbija, więc Noja też. I zwalnia się i entuzjazm gaśnie. Gdy przy placu rozglądałem się gdzie tu strzałki - zaczepił przemiły pan i rozrysował trasę. Chciał kawę stawiać, poprzestałem na wodzie. Idę główną drogą, bez zbaczania z trasy. Jak widzę to pasmo w lewo ode mnie, to już sobie wyobrażam podskoki i zejścia. Trudno, dziś nabijam kilometry po asfalcie.
Miejsce na postój trafiło się w cieniu i przy fuencie akurat jak różaniec skończyłem. Te postoje to ostatnio jakoś głównie ze względu na plecak się robią. Nogi by jeszcze coś uszły, ale ramiona wołają o wolne.
Wredota na stopie wczoraj była sucha, dziś chyba zarasta, bo lekko swędzi. Głupie to, bo niby bąbla już nie ma, ale tam wszystko świeże i jak się na to stanie (np. na kamieniu) to boli okrutnie. Ale się idzie, zwłaszcza jak po równym. Do Somo ok. 18 km.
Oj, ciężki się dzionek zrobił. Ale to przez ciepełko. Tyle, że żeby być w Santander z rezerwą, trzeba iść w dzień. Ten ranek jakoś się rozdyźdał czasowo.
***
Od tego postoju pod drzewkiem droga początkowo fajna. Potem niby asfaltowa, ale okazało się dość okrutne podejście. Na górze lekko padłem. Okazało się, że woda, którą w tamtej fuencie nabrałem, ma smak mydlin. No nie przepadam. Ale że postój w cieniu (równa trawa na poboczu), więc i przysnąłem chyba z pół godziny. No to trzeba dalej - z nastawieniem na jaką godzinę, bo ciepło. Skoro tam w górę, więc teraz w dół. Jest miasteczko - Galizzano i jest szlak - zeszedł z gór. Zbacza do miasta, ja idę swoje - z daleka widać że droga jak strzelił. No, tyle że patelnia, a ja bez wody. No to do miasta - cudem jest tzw. Supermercado, wielkości może dwóch Fraszek, ale KAS jest. Nabywam 2 litry i siadam w cieniu pod barem, prawie na drodze, ale chłodek jest. Opróżnię nieco Kasa, resztę zabiorę, za ten czas może upał zejdzie. Pewno nie, ale można się połudzić. Do Somo 6-7 km, potem jeszcze 4.
***
Czasami można sobie podarować odrobinę luksusu, prawda? Tym bardziej, że nie wiadomo co przed nami. Jak to w drodze.
Od Galizzano droga po poboczu głównej trasy, czerwoną ścieżką dla rowerów. Po drodze 3 fuenty, ławki. 2 km przed Somo szlak z głównej skręca w prawo i zaraz w lewo, przechodzi przez Latas i prosto na port. Tramwaje wodne do Santander chyba co pół godziny, w 1 stronę 2.10 e. Po przybiciu w lewo nabrzeżem, w OdT dają plan - albergo bardzo niedaleko, ja miałem pecha, bo dezynsekcja.
No więc mieszane mam dziś te uczucia, ale jedno jest pewne - co nieco już się w to chodzenie wprawiłem. Ciepełko naprawdę dziś dość dawało, ranek się rozjechał, a ponad 30 km w ludzkim czasie uwaliłem. Głupi ten ranek wyszedł - jakoś wolno z Santona, potem ta kłująca górka, śniadanie na plaży, tuptanie przez Noja - późno się zrobiło. No to potem wyszło takie uporczywe łojenie w pełnym słońcu. Karczycho opaliłem, mimo odwrócenia czapki.
W Somo byłem koło 16tej. Stateczek fajny, rejs dość długi, ponad pół godziny. Wielka ta zatoka i widać, że żyjąca. Optymisty się kręcą na samym torze wodnym, motorówki śmigają - pełnia życia. Ech........
W albergu (a raczej w barze poniżej) szok. Akurat dziś trują owady. Czy pech, czy szczęście? Dwie Czeszki z Hiszpanką dumają co dalej - ja idę na pensjonat za 15 e. Pani przychodzi do mnie, bo blisko, Hiszpanka też idzie, Czeszki dalej kombinują. W drzwiach jest i wielki Niemiec. W ogóle pani nabija sobie dziś, kręci się nas parę osób, ale na razie jestem solo (jest 20.20). Za oknem zaczął się koncert na placu, ale chyba coś z nagłośnieniem nie tak. A ja nawet telewizorek mam i pościel... To tak raz kiedyś.
Wyskoczyłem (hihih mocno powiedziane...) na miasto. Msza w katedrze była zaraz, nie wracałem po papiery, uczestniczyłem siedząc w ławce. Da się. Potem zakupy (raczej na jutro), po dojściu kolacja (z mleczkiem), dopiero potem pranie (nie wyschnie), zaległem i piszę. A telewizji mecz na boisku jak naszej Sparty, ale parę kamer daje. Drużyn nie wyłapałem.
Czeszki mi rzuciły (a może ich Hiszpanka), że następny etap do Santillana del Mar - koło 33 km. Pasuje. I podobno nocleg jest. No i teraz patrzę, że po drodze to ja niewiele kupię, a pojutrze niedziela. Jak nic ta Santillana na jutro musi pasować. Po niej na zielonej karteczce jest wielka otchłań - żadnego albergu chyba ze 100 km. Ale na moich rozpiskach coś tam jest. Jutro na miejscu się rozejrzę, bo od Mszy niedzielnej sporo zależy.
Bąbelki powoli się układają, choć do ideału sporo. Oczywiście rozchodzić się to bieda, potem leci. No i wieczorem odkleić się od klapka... brrrr.
Na jutro boję się też nieco wyjścia z Santander. Miasto naprawdę duże, a doświadczenia mamy różne. Na ogół nieciekawe. W chodniku wyłapałem ładne strzałki, początek drogi znam, ale czy wyjdę dobrze? Z rana zazwyczaj nie bardzo jest kogo pytać.
Tak sobie piszę, tak dumam i aż się stukam w głupi siwy łeb. Miało być spokojnie, miało być zaufanie, a ja bez przerwy o coś się martwię. I po co? Inwencja Jakuba jest przecież i tak większa od naszego planowania. My tu możemy sobie dumać i układać do woli, a On i tak zrobi po swojemu i to jeszcze zrobi dobrze. Może w końcu tego zaufania kiedyś się nauczę. Idę porządkować plecak.
Tak jak się spodziewałem - przy wyjeździe ledwo dopiąłem. Teraz wkrótce do połowy będę się mieścił. Na górze idą sobie pany bez gniecenia (po polsku chleby). Inna rzecz, że mata i śpiwór idą na wierzchu a piżamkę posiałem.
Z meczem to heca: Real Madryt z Dudkiem w składzie grał gdzieś w Austrii sparing (2-0). Głównie atakowali, Dudka zobaczyłem w wiadomościach. Głupio po 10 dniach wiadomości zobaczyć. O nas nic, więc dramatu nie ma. Tour de France się powoli kończy, Contador prowadzi, a oni o tym na samym końcu. Jutro czasówka 55 km, pewno w niedzielę koniec w Paryżu.
Dzwoniła Gosia, więc wiadomości dla rodziny będą przekazane. Niech się nie martwią, obiektywnie wszystko OK. Ten jeden bąbelek - wredota, a właściwie jego pozostałość to przecież nic takiego, że stawać na lewą nogę nie daje to szczegół drobny.
Koncert za oknem rozwinął się na całego. Nagłośnienie działa na full, publika słychać że się bawi - jak nic do środka nocy im zejdzie. Ciekawe, jak ze spaniem. Jak nie pośpię - ciekawe co z jutrem. Niech Jakub i aniołkowie się martwią. Spróbuję zasnąć.
Dziś było za p. Marię. Jak widać potrzeba jej cierpliwości i wytrwałości - tak mi się to jakoś układa z tymi intencjami w drodze, że wychodzi to, co w życiu.
28 lipca, sobota, dzień 11.
Droga: z Santander główną ulicą, strzałki w chodniku, nawet gęsto. Droga zupełnie prosta. Po wyjściu w pole duża ziemna budowa (ciekawe, co tu będzie za rok...), za chwilę tunel pod autostradą. W kolejnej wiosce siedzę. Czas na śniadanie, ławka jest, woda w studni bardzo żelazna. Sobota, cisza, spokój. Jakieś samochody do pobliskich szklarni się kręcą. Wioska jak wymarła.
Po tej wiosce zaczęła się polna droga. Ścieżka kręci się po osiedlach i domkach - chwili bez cywilizacji prawie nie ma, za to kręcenia do bólu. Szczyt wszystkiego na tym odcinku jest za Boo de Pielagos. Ja sobie usiadłem na skraju wioski, akurat wyprzedziło mnie paru ludków. Z dala widzę, że oni na tory kolejowe się ładują. Potem z górki widać, że pociąg na nich trąbi. No, ładna droga! Ale oni do Mogro mieli ze 2 km tymi torami... Ja natomiast zrobiłem nieludzkie koło - pewno pod 10 km, w dodatku strzałek na lekarstwo. Stanąłem w Arce za przystankiem, bo cień - zdrzemnąłem się nawet. Potem w dół do rzeki, skoro ludzie z torbami chodzą, znaczy jest mercado - zaopatrzenie na niedzielę nabyłem. Tuż dalej w Oruna - zabytkowy most z XVI w. - jedyny w okolicy! - stąd całe to koło. Dla moich naiwnych naśladowców - zaraz za mostem market, cień, ławki - nic, tylko stawać.
Wskrobałem się na górę i widzę, co się dzieje - kółko mi się zamyka, jestem po drugiej stronie rzeki, za mną 2 godziny kołowania. No i drogowskaz na Regejada, a tymczasem szlak idzie w góry. Zjeżyłem się, poleciałem careterą. Pewno nadłożyłem niewiele albo nic, a patrząc po okolicy górek uniknąłem.
Przed Requejada strzałki nie wiadomo jak się pojawiły, zaraz na rondzie w lewo. Pytam gościa, czy nie lepiej główną, on mówi że tędy krócej do albergu. No to niespodzianka, bo u mnie pierwsze objawy słabości, a słonko grzeje. Zaczęła się wioska Mar - jest albergo, to mikroskopijne. W barze narada z panią, czy nie iść do następnego albo do Santillana del Mar. Początkowo plan by iść dalej, ostatecznie zostaję.
Alberg 6 osób (ale turystów nie ma!!!), brak kuchni, 4 e, klucz w barze Quin. Plan na jutro - wstać rano i w Santillana ucelować w Mszę św - musi być coś rano.
***
I tak Święty Jakub zweryfikuje nasze planowania i poprowadzi po swojemu. Cały ranek zachmurzenie, wydawało się, że chłodny dzień będzie, po tym moim kołowaniu słońce się pojawiło i postój południowy (który wyszedł od 14.30) był w słońcu. Znaczy znalazłem sobie minidrzewko na poboczu na wzniesieniu drogi (taka szeroka nowa droga pod górę na wjeździe do którejś wsi), cień był wystarczający. Od tego postoju (do 16tej) dobra godzina, ale pod koniec oznaki przegięcia, więc zwolniłem i specjalnie nie broniłem się przed tym albergiem. Do Santiago kiedyś dojdę. Jak Jakub pozwoli.
Z marszu: od południa coś boli na zewnątrz prawej stopy - wczoraj tam nie oglądałem, bo było dobrze, a tu pewno się urodził zupełnie ładny bąbelek. Jaki nie urok...
Dziś trochę spotkań z ludźmi. Rano dogonił mnie wyjątkowo rozmowny Niemiec - Marcel. Nawet miło razem się szło, tyle że ja musiałem posiedzieć i z Dawidem pogadać. On poleciał dalej. Za chwilę chyba 3 Hiszpanów włącznie z babką, co wczoraj Czeszki zostawiła. Tuż za nimi starsze małżeństwo - cała piątka poleciała tymi torami.
Teraz w albergu najpierw Belgijka w zielonej koszulce, potem wchodzi to starsze małżeństwo - okazuje się, że Włosi z Trento. Dobrze po angielsku nawijają, z Belgijką sobie pogadali. Ja coś tam z melodii wyłapuję. Jakby człowiek się długo między ludźmi obracał i musiał gadać, to pewno coś by się nauczył.
Oni poszli na jedzonko - zjem i ja i w końcu pranie dokończę.
***
A miało być tak pięknie i spokojnie... Ja sobie jadłem, zwaliły się wczorajsze Czeszki z gadatliwym Hiszpanem, potem dwie Niemki, a przed chwilą jeszcze Hiszpanka solo. Ciekawe, kto i gdzie się pomieści. Niemki załatwiły taxi (takie tutejsze) i gdzieś je powiozło, reszta się kłębi.
W księdze wpisów znalazłem dwie Włoszki - wiek z grubsza by się zgadzał. No to już są o jeden dzień do przodu. Niezłe babki.
Wczoraj i dziś niektórzy się dziwią, że ja spore kawałki chodzę. Okazuje się, że są i lepsi.
Dziś miało być tak porządnie, od rana i solidnie. Naprawdę liczyłem, że do południa uczciwy kawałek odwalę. No i niby się nie obijałem, a i tak słoneczko dopiekło, bąbelki swoje dodały i efekt jest średni. A na pewno daleki od ideału. Teraz spojrzałem na zieloną karteczkę - wyszłoby, że dziś 28 km. Więcej chyba byłoby ciężko.
Z kartki spisałem pozostałe albergi w Kantabrii. Albo tego przybywa, albo to się zmienia - co rusz inne informacje. Moi tu dzisiaj konsultowali swoje przewodniki - też nie było jedności. A co dopiero, jak się języka nie zna i na strzałki się liczy. Ale tak to na camino - zaufać.
Pozytywne jest to, że kolejne miejsca mają większą pojemność, są po 40 i do 60. Może da się coś złapać, nawet jak później się dojdzie.
Niektórzy układają się na dworze, Czeszki jedzonko kombinują, atmosfera się rozluźniła. Fotki zrobione, niektórzy adresy wymieniają. Jest 21sza, zbieram się powoli. Pranie nie wyschło. Piwo w barze tylko puszkowe. Ale jakoś leci.
Coś kolejny wieczór nie idealnie się czuję, ale może to słońce. Bąble się niby zasklepiają, to co bolało w drodze, to i samo pękło. Trzeba spać.
29 lipca, niedziela, dzień 12.
No i proszę, przy Dniu Pańskim jakoś to leci, choć z Mszą na razie kłopot.
To dzisiejsze albergo to wg tablicy na drodze jest w miejscowości Mar, wg administracji Polanca, a najbliższe większe miasto to Requejada.
W nocy wściekle gorąco. Belgijka rano spała daleko na dworze, aż pod suszarką. Hiszpanka z Barcelony chrapała mocno, wyszła pierwsza. Tyle że z jej puszystością... przeskoczyłem błyskawicznie.
Droga: najpierw ładnie ostrzałkowana do Requejada - po prawej wielka fabryka Solvay. Przy fabryce z samego rana łapanka policyjna na całego - alkomaty w ruch i każde auto zatrzymują. Guardia Civil pracuje.
Potem droga schodzi w boczne polne, lekko faliście aż do Santillana del Mar. Wcześniej stanąłem przy ławce na zakręcie, ale jeść się zupełnie nie chciało. Przegoniłem Włochów, gdy usiadłem to oni mnie. Tak dziś już ze 3 razy - teraz, gdy piszę, też. Nieźle.
Santillana del Mar - sam jeden zabytek. Kolegiata piękna, Msza się kończyła, burak ochroniarz mnie nie wpuścił. Nie będę się kopał z koniem.
Miasteczko zachowane z dawnych wieków, kupa hoteli i to dobrych no i knajp, za miastem camping. Nie wiem, gdzie mi się strzałki zgubiły, ale droga dobra: od kolegiaty prosto do asfaltowej drogi i nią w prawo - drogowskazy na Comillas. Po prawej będzie camping, za 2 km Orena - my dalej główną drogą. Za jakie 4 km na wzniesieniu wielki wiadukt - tu odbijamy w lewo i za 1 km droga wyraźnie w prawo w dół (tu schodzimy się ze szlakiem) i w dole wioska Ciquenza. Piękny kościół, przy nim ławki, fuenta, cień.
O Mszę pytałem najpierw w małym kościółku przed Santillana - szkoda mi było czekać prawie godzinę. W Santillana właśnie się kończyła, a burak nie chciał mnie wpuścić. W Cobrenas mają być cystersi - liczę, że tam.
Na razie jeden postój na miniśniadanie (zupełnie nie chciało się jeść), potem na Dawida (na łuku głównej drogi za Santillana), teraz tu przy kościółku.
Właśnie Marcel mnie minął. Też wczoraj gonił dookoła te 10 km. Nocował pod Santillana (aha - tam jest to albergo, ale 300 m w bok, nie patrzyłem), dziś robi sobie prawie wolne.
Nogi dziś dość wyjątkowo idą (jak już się rozejdą, bo z tym bieda na początku), no i pogoda idealna - dalej chmurki i wręcz chłodno. Gonię, by to wykorzystać.
***
Niedziela się zrobiła, że hoho. Gdyby tak jeszcze ta Msza Św. ...
Od Ciquenza rzeczywiście tak ze 3 km do Cobreces. Trochę przez wieś, lekkie podejście, trochę głównej drogi (prawie aleja z fajnym cieniem) i już Cobreces, z tym, że tu jeszcze nieco błąkania po uliczkach. Szlak schodzi w dół (tu piękne miejsce na postój), i potem do góry do klasztoru. Kościół piękny, ale jakby lekko martwy. Klasztor okazały, ale za fortecę robi. Zakonnik na furcie miły, sello dał, ale z Mszą kłopot. Nie wiem, w czym oni mają problem, dogadać się nie umiem. Na wieczór w Comillas ma być parafia i Msza.
Przy wyjściu na drogę przy kościele zaraz po lewej jest tienda - nieduża, ale wszystko co potrzeba, nawet cola z lodówki. No to uzupełniłem zapasy i robię jak Pan Bóg przykazał porządną niedzielną sjestę. Co nieco zasłużyłem, a po drugie do Comillas ma być 7 km - przy dzisiejszych dobrych nogach to na jeden skok. Marcel miał tu nocować, ale też poleciał dalej, bo za wcześnie. Ciekawe, jaki tłum będzie w tym Comillas.
Poprzednim razem w którąś niedzielę podumało mi się "co ty tutaj robisz?" Dziś jakoś nie. W domu naprzeciwko odgłosy niedzielnego obiadku, ja właśnie wcisnąłem na siłę ile się dało pana i frankfurterka i wcale jakoś źle mi nie jest. Na niedzielne obiadki ma jeszcze przyjść czas.
Nogi też dziś niedzielne. Jak już się ruszy (z tym to zawsze bieda), to potem już gonią. Nowych bąbli jakoś na razie nie czuję, stare się goją, bo trochę swędzi. Pogoda właściwie idealna, dalej chmurki (chwilę było słońce), bryza od morza powoduje wręcz chłodek (leżę w polarze).
Więc niech już będzie niedzielna ta niedziela. Dalej jak do Comillas i tak nie pogonię, to i tak wyjdzie koło 26 km - na święto wystarczy. A jak tam się nic z Mszą nie uda - to ja naprawdę przestanę wierzyć w powszechność Kościoła.
***
Zobaczymy, czy się udało, ale jestem prawie szczęśliwy. Najpierw droga: od Cobreces jak się komu spieszy, niech idzie careterą - podobno koło 7 km. W połowie drogi też można na nią wskoczyć lub wyskoczyć. Camino idzie sobie bokiem, bardziej w cieniu, nawet spokojnie i ładnie, ale kręto i na pewno drogi nie skraca. Czy dużo dalej - nie wiem. Było z pełne 2 godziny. Za to widoki ładne.
Uwaga: w wiosce La Iglesia przed kościołem przy barze skręcamy w prawo i dalej droga już prowadzi. Tubylcy sami nie wiedzą, że mają camino, nie bardzo jest co pytać. Z prawej zostaje wielkie monasterio San Jose - w murze fuenta. W wiosce Concha (jak ładnie...) skręt w lewo i wkrótce widok na Comillas. Oczywiście ładnie. Na wejściu w lewo (są strzałki), prosto do centrum, tu najlepiej w pierwszą w prawo w górę i prosto wychodzi się na albergo. Do kościoła naprawdę blisko, tuż pod nim sklep, ostatnia Msza w niedzielę 20.30. W albergu ponad 20 miejsc, przyjmują TYLKO pielgrzymów (wycałowałem panią po rękach), w kuchni tylko mikrofala, nie mają naczyń. Nic nie jest doskonałe. Moje budynie idą dalej.
Ten popołudniowy kawałek w sumie nieco się dłużył, ale na dobrą sprawę wyszło, jak miało być. Może nieco późno się podniosłem. Dobrze, że nogi w miarę, po rozchodzeniu praktycznie można lecieć prawie bez hamowania.
W albergu jest Marcel i wczorajszy gaduła - Toni. Ten to ma gadane. Są dwie Austriaczki, ktoś jeszcze (rzeczy leżą, on pewno na plaży), w sumie cisza i fajnie. Oby tak dalej. Pomyłem się, poprałem, czas do kościoła, żeby nie na ostatnią chwilę. Obym się dogadał.
***
Nooooo....... Szef jest niepojęty. W życiu bym tego nie zaplanował!!! Kościół cudny, uderzają: wystrój sali koncertowej (z fortepianem), klimatyzacja, tłum ludzi na Mszy o 20.30. W dni powszednie tylko rano.
W zakrystii od razu ludzka rozmowa, na dodatek brodacz (okazało się że chyba diakon albo szafarz) mówi po rosyjsku!!! Zatkało. Proboszcz chyba młodszy ode mnie, nie ma nic przeciw. Celebruje młodzian z Madrytu, co ma jakiegoś księdza Polaka studenta u siebie w domu (tak wyłapałem). Świat jest mały.
Przeżycie Mszy Świętej oczywiście nieludzkie. Tym bardziej, jak dziś cały dzień za nią goniłem. Ale myślę, że było warto. Szef jest niesamowity.
Wbrew temu, co w ostatnich dniach, jest 21.40, a tu cisza prawie kompletna. Muszę zaraz lecieć się pakować, żeby potem na buraka nie robić. Na górze tylko 2 Austriaczki, ja i starsi Włosi. Na dole Marcel, Toni i facet z suczką, spotkany dziś na drodze (kawałeczek za tym małym zabytkowym kościółkiem). Spokojna, cicha sunia. Więcej ludzi nie widzę.
Mam wrażenie, że coś mi ważnego wyszło: większość moich bąbli to skutek starszych skarpet, długich czarnych. Tak sobie składam, że raczej w te dni, w które w nich szedłem, coś wyskakiwało. Od dziś idą w rolę rezerwowych. Oki, idę się pozbierać, potem dopiszę, żeby tylko wejść na górę i nie hałasować.
Porządek wieczoru się ustalił na dobre. Śpiwór na wyrko, ubranie na poręczy (dziś mam do dyspozycji dwie), butelka z piciem pod ręką. Latarka pod poduszką, koło niej pokrowiec na śpiwór (rano będzie szybciej), buty i mata na dole. Rano co na mnie to wrzucam, śpiwór w rękę i na dół, w jadalni czy na korytarzu zwijanie wszystkiego. Jeszcze kibelek (jelita pracują, codziennie rano wszystko jak na zawołanie), posypanie talkiem (nie daj Boże zapomnieć!), i właściwie ruszamy. Zwykle ze wszystkim wystarcza 15 minut. Jak kolejki do kibelka nie ma i nie trzeba się dobudzać za mocno.
Kończy się powoli Kantabria - nie wiem, czy jeszcze 1 nocleg się załapię, potem Asturia. W sumie nawet mi przypadł do gustu ten kraj, może i coś z tego, że barwy flagi mają biało-czerwone. Tylko pośrodku, jakieś godło dochodzi. Po Asturii tylko kawałek Lugo i już A Coruna. Hihihi jakoś tak blisko.
Wyszło na to, ze wczoraj był dzień psychola. Znaczy takiego mentalnego kryzysu. Jak porównam samopoczucie dzisiaj, to skoczyło z 6 kresek. Jak nogi w drodze nie bolą (bo przy ruszaniu to zawsze, na to nie widzę lekarstwa), to świat naprawdę nie jest taki zły. Góry póki co się skończyły (tam dalej chyba coś jeszcze załapiemy), więc spacer jest prawie idealny. No, o ile spacerem mamy nazwać dyganie prawie 30 km. Ale plecak trochę lżejszy, może jakoś będzie.
Marcel przyszedł, przegadaliśmy prawie godzinę. Nie ma to, jak niemiecki podszkolić. Spać.
30 lipca, poniedziałek, dzień 13.
W nocy kolarz 2 razy mnie budził, bo nie mógł spać. Nieźle. Albo ja dziś wyjątkowo z tym chrapaniem dałem do wiwatu, albo on taki wrażliwy.
Wieczorem tak chodziłem koło telefonu i nic do głowy nie przyszło. Z rana przypomniałem sobie: Marta miała imieniny, miałem życzenia wysłać. Taka lekka skleroza.
Z rana wszyscy wstali mniej więcej razem. Włosi w swoim kącie światło zapalili i wystarczyło. Na dole też chłopy jakoś tak wstali. Zbieranie raczej leniwe, na drodze coś po 7ej.
Wyjście z miasta jedyną główną drogą na zachód, po może 3 km na parkingu na obszernym zakręcie skręcamy w lewo. Bardzo ładna, urozmaicona droga, włącznie z polem golfowym (jak dla mnie z rana darmowy prysznic pod zraszaczem).
Na przystanku przy większym skrzyżowaniu śniadanko i chodu dalej. Zaraz mnie Toni dogonił. Trochę on wariat, ale fajny człowiek. Ma przewodnik (wyrywa zeszłe kartki), pokazał, że idzie do Unquera. Chyba na dziś nic innego nie wyjdzie.
Do San Tomas dłuuuugi most, potem szlak w lewo, ale to pewno runda po mieście, do kościoła i zamku, bo miasto na wyspie. Więc ja przy przystanku, wzdłuż parku, z placu na prawo i główną drogą przez drugi most i w lewo do góry. Tak coś kleję, jakbyśmy to właśnie tu w 1994 przystanęli sobie pod palmami jadąc do SdC. Tak to miejsce mi pasuje.
Zatankowałem na podejściu w Agipie, usiadłem w starym zakolu szosy, trawa ładna. Nogi idą wręcz rewelacyjnie, żeby nie zapeszyć. Toni pokazywał, że szlak robi tu ze 2 pętelki, więc lepiej iść careterą. Na razie tak robię - do Unquera wg tablic mam 10 km. Dopiero 11ta, więc dzień może być całkiem miły. Ale następny alberg chyba daleko, więc możliwość kombinacji niewielka.
Rano wręcz chłodno, teraz jakoś duchota się robi, ale chmurki wciąż jak na zawołanie. Niedługo pójdę, żeby tej korzystnej pogody nie tracić.
***
Bez przygód drogi by nie było. Dobrze, że się Toni trafił, bo może bym zginął.
Od San Vincente leciałem careterą - nawet znośnie. Z boku zostało Serdio - podobno bardzo ładny nowy alberg. Toni tam i pieczątkę dostał. Przed Unquerą mała wioska z placem zabaw - tam fuenta i ławki, posiedziałem, nawet pospałem mocno. Stąd ruszyłem już szlakiem - zdecydowanie po górach, żeby nam się nie zapomniało, że Hiszpania to górski kraj. Zejście nawet bardzo górskie.
W Unquera ZAMKNIĘTY alberg. Niemiło nieco. Za mostem siadłem na jedzonko - leci Toni. Przysiadł się. Mówi, że za 1,5 km jest alberg. Był, ale juvenil, a w nim kolonia. Dalej. Toni co chwila z kimś gada (bez niego bieda). W La Franca dłuższe debaty, on chyba chciał gonić do Llanes (jeszcze 19 km), ale mówię, że to nierealne. Miła pani umieściła nas w budynku wiejskim, sala na pięterku, nawet styropian pod leżenie dostaliśmy. Fuenta obok, kąpieli nie było, ale małe co nieco w barze tak.
Na jutro jak nic wychodzi Llanes, bo potem 30 km znowu żadnego noclegu. Tak trochę cienko z tym tu na Norte. Ale taki urok tej drogi. Niewiele się tu wymyśli, niewiele innego da się planować.
Od mostu za Unquera jesteśmy w Asturii. Zdaje się, że strzałek będzie jeszcze mniej.
Zdaje się, że niechcący poszło dziś koło 35 km. Gdyby nie zamieszanie z noclegiem, byłby miły dzionek. Chłodek cały czas, wieczorkiem wręcz się zachmurzyło. Samopoczucie 9. Jeść mi się nie za bardzo chce, więc się nie zmuszam.
Toni się układa, zacznę też się zbierać.
W sumie głupi wieczór oczywiście. Na dworze jasno, 20ta dochodzi, gadać nie ma z kim, na spanie za wcześnie, co konieczne to porobione - leżę i piszę.
Jakoś tak stale mi wychodzi liczenie kilometrów. W środę, pojutrze, połowinki. Inaczej być nie chce. I dniami i kilometrami wypada. Średnio do przejścia zostało mi po 27 km. W sumie niewiele, spokojnie można więcej, ale jak tu z noclegami trafić?
Na najbliższe 3 dni sobie rozpisałem - wg danych Toniego żadnej alternatywy. Między Llanes a Ribadesello nic przez 30 km. Trzeba się dostosować i tyle. Też pokory uczy.
Z Finistery dawno zrezygnowałem. Miło by było, ale nie przeskoczysz. Może 1 dzień to bym jeszcze wyciął, ale na 3 to nie mam co liczyć. A Finisterra bez 3 dni - na nic.
Mój Toni mieszka w Brukseli - stąd te jego francuskie gadki. O 20tej doszedł jeszcze jeden lokator - Hiszpan z pieskiem. Całkiem fajnie nam się alberge tutaj robi. No, ale jak takie niespodzianki wyskakują na drodze, to trzeba się ratować.
Dochodzi 21sza, dzieci za oknem na razie spać nie pozwolą. Hiszpanie gwarzą, psica się posila, ja się tak miotam po macie. Leniwy wieczór.
31 lipca, wtorek, dzień 14.
Oj, leniwo wczoraj było, ale z zaśnięciem problem. Chyba wszystkie bachory z okolicy zleciały się pod nasze okna. Oni nie potrafią normalnie mówić. Muszą krzyczeć.
Rano wstanie leniwe, dopiero po 7mej, ale wyspany jak rzadko. Gdyby jeszcze był kibelek...
Droga najpierw boczna asfaltowa, potem szlak odchodzi w lewo do lasu, wysokość i tak ta sama, co caretera, a spokojniej; potem wracamy na careterę i dwie wioski: Buelna - malutka i zaraz po niej Pendueles - tu szlak odchodzi w prawo do wsi, wyjątkowo sporo strzałek. Przy kościele cień i ławki, fuenty brak. Tu posiedziałem na śniadaniu, brewiarz, pisanie, teraz dalej. Nastawiam się na Llanes, bo dalej nocowania nie ma - zostało 10-12 km, a dopiero 9.30. Zobaczymy, nauczyłem się dnia nie chwalić.
***
Nie wiem, czy koło 15tej to już się da nieco pochwalić? Kasa co prawda znowu leci, ale źle nie jest.
Najpierw obowiązki: po moim postoju śniadaniowym w Pendueles z powrotem na careterę (prawie do samego Llanes). Po ok. 3 km wioska Vidiago - szlak zaraz w lewo, praktycznie równolegle do szosy, a spokojnie i w cieniu, po drodze 2 fuenty. Przy dużym parkingu z jakąś aulą (jest cień i fuenta) wracamy na careterę. Za 1 km po lewej camping, za 2 km San Roque - kompleks firm i warsztatów, jest bar i mała tienda. Za 2 km zbaczamy do Llanes. Na początku jest alberg w 2** hotelu Portillas - ciekawa sprawa, były komplet, więc niewiele wiem. Otoczenie ładne, budynki oczywiście zadbane, o miejsca dopytywałem się w jadalni z antycznym wiejskim klimatem. Aż mnie cena ciekawi, ale nie było tematu.
Przez całe miasto główną ulicą (co nie znaczy że prosto! hihi), gdy po prawej park z aleją platanów - w lewo do stacji FEVE. Alberg El Estation w zaułku po prawej. 15 e, duży salon (tylko mikrofala, brak naczyń), miejsc podobno koło 40 a i materace widziałem. Otwierają o 15tej, zapisałem się wcześniej.
Po wczorajszym prymitywie wypada dziś parę groszy odżałować. Pierwsze to poprałem rzeczy, żeby doschły. Sklepów multum, na jutro coś się nabędzie. Choć nie wiem, czy nie będzie trzeba - Ribesella też spore, a to jutro.
Dzień naprawdę wczasowy. Jeśli tak działa 19 km, to ja chyba jestem gotów na sporo więcej. Pozostałości bąbli intensywnie suszę, ale rozchodzenie ich to już nie godzina czy dwie, ale chwila. Oj, gdyby tu się dało coś z noclegami namieszać... A tak jestem skazany na to, co jest - też lekcja pokory.
Llanes to kolejne wczasowisko (jak coś takiego widzę, to od razu mi gorzej). Ciekawie być musi, skoro na zapleczu są góry po 2600 - Picos de Europa. Na razie były zasłonięte mniejszymi, ale na fotkach wygląda to naprawdę niczego sobie.
Toni właśnie doszedł i rozmawia z blondyną od Czeszek (w Santander mi zginęła). Ten ma gadane. Ale dobrze. Gdyby wczoraj się nie dogadał, to tylko plaża by została.
W normach dla albergu przeczytałem, że ze względu na odpoczynek w całym albergu obowiązuje cisza od 24tej. Hmmmm znając hiszpańskie dzieci.... A kręci się tu jakieś towarzystwo, kto wie, czy nie kolejna kolonia. Mają tego trochę.
Z planiku w recepcji wynika, że jesteśmy prawie na wysokości Leon, a do Ponferrady jakoś blisko. Na camino frances byłoby odliczanie dni do końca, tu jutro wypadają połowinki. I to te w kilometrach to tak koło obiadu. Fajnie wyszło.
Co prawda jest tu tylko mikrofala, ale kawę to chyba sobie zaraz zrobię. Jakaś szklanka jest, ja mam kubek metalowy, niech moje noszenie tej kawy jednak na coś się nada. Idę próbować.
Toni akurat zakończył mycie - biba na całego. On robi bocadille, ja zjadłem nektarynki i kawę piję. On poleca wino Xorojo (choroczo) z etykietą z korka. Ciekawe, czy takie znajdę.
***
Tośmy się tutaj zeszli niczego: jest Marcel, Belgijka, oboje Włosi - cała ekipa. Zobaczymy, jak długo razem, bo ja jutro mocno nastawiony na bieg do San Esteban, oni pewno te kilka km bliżej do Ribaczegośtam.
Marcel ma naprawdę fajny mały przewodnik z serii Outdoor - nawet jest taki bajer, że na dzień dzisiejszy inny wariant drogi - nie careterą, ale wzdłuż morza. Co prawda 2,5 km dłużej, ale o wiele ciekawiej. Dorwałem ten przewodnik i porównałem dalsze noclegi - jest optymistycznie. Raczej pasuje. Najlepsze: planowałem chyba na 3 różnych kartkach i spisach, w tym na rozpisce albergów - jak do tej pory ta rozpiska jak w mordę strzelił mi się zgadza. A i dalsze albergi jakby pasowały.
W OdT Marcel dostał wykaz wszystkich albergów w Asturii - zaraz tam lecę.
Przeszedłem się po wsi. Cudo, warto godzinę poświęcić. Port piękny, ciasny, przypływ działa. Uliczki urocze. Bazylikę Sta Ana znalazłem, Msza o 20tej. Nawet jakieś sznurówki wynalazłem, choć cienkie, dalekie od ideału na moje buty.
Toni się za telewizor zabrał, ja idę pobrewiarzyć, zabieram kasę i papiery i do miasta. Na razki.
Na tą chwilę (jest 21.30) zadowolenie 10. Mszę dali odprawić, wszelkie spisy albergów uaktualnione, na jutro jedzonko nabyte, właśnie zniszczyłem owocki, jeszcze czeka piwo na sen. Szaro widzę dzisiejsze spanie, bo pokój się zrobił chyba pełen, a na razie siedzę tu sam. Wieczorne życie kwitnie, niektórzy dopiero do miasta ruszają. Ktoś tu kolację rozkręca, Toni z Belgijką gadają przy drugim stole. O, właśnie wszedł pan z pieskiem (on Aragończyk, rejon Saragossy) i laska od Czeszek - może się powoli poschodzą. Ale na rychłe spanie nie liczę. Taki urok życia tutaj. Te tradycje na camino frances jednak są żywsze. No, ale prawdziwych pielgrzymów to ja w tej chałupie widzę nas paru. A jak to między wronami...
Miasteczko zrobiło mi się prawie cudne. Taki swoisty klimat ma. Port szczególnie ciekawy, a pływy w nim ogromne. Jak wchodziłem - łodzie stały na suchym dnie. Po południu - pełno wody. Teraz - znowu ubyło prawie metr (zapamiętałem poziom). W wodzie pełno ryb (i to sporych), a z nabrzeża kąpią się tubylcy. Pełnia życia.
Marcel wziął mi spis albergów (nie wyrobiłem się do OdT, miło z jego strony), sam nabyłem sznurówki (nieco cienkie) i zeszyt (ten obecny się kończy). I baterie w aparacie zaświeciły na czerwono - widać, że połowinki na całego. Wszystko odnawiamy.
Tu koło mnie biba na całego się rozkłada, a ja jednak pójdę spakować plecak. Niech na mnie nikt nie czeka - nie lubię tego jednak.
***
Jest 21.55, u mnie wszystko gotowe. Mogę wejść choćby i po ciemku, portki tylko zrzuca, śpiwór rozłożony, latarka pod poduszką - pełen klar. Rano też w sumie dopracowane. Prania jutro sporo do zawinięcia, ale to na wierzch idzie. Plecak przy samym wyjściu, ubranie i pokrowiec na śpiwór na poręczy wyrka - parę ruchów i mnie nie ma. Reszta szykowania może być na korytarzu, lub - tak jak tu - w salonie.
Naprawdę ciekawy ten alberg - większość budynku dworca zajmuje. Dworzec czynny, a jakże. Pociągi chodzą. Przy peronie od popołudnia stoi coś jakby nieco starego i to nawet długie. Albo objazdówka albo ciekawostka. Pasażerowie na pewno w mieście. Na noc wrócą.
Nie zdążyłem o następnych albergach: z tego, co widać, to na konkretne wydatki muszę się w Gijon nastawić. Wyboru tam raczej nie ma, trzeba płacić. Poza tym całkiem sporo albergów donativo. Bardzo a bardzo mi się to podoba. Urok trasy nadmorskiej jest taki, że jak jest plaża blisko, to i turyści muszą się zjawić - więc i biznes noclegowy kwitnie. Im atrakcyjniejsze miejsce - tym bardziej. Z pielgrzymami średnio się to zgadza. Jak uciekniemy na prowincję - zostaniemy sami. To i albergi inaczej wyglądają i inny w nich duch.
Wyboru wielkiego nie będzie, z etapami niewiele się zakombinuje - może jutro usiądę i obliczę, jak mogę dojść. Pewno i tak na styk. A może nie warto za wcześnie? Póki co i tak idę, jak mogę, a właściwie dokąd mogę. Możliwości kombinacji niewiele.
Belgijka jest lepsza ode mnie. Plecak ma całkiem spakowany i wyniosła do recepcji. Rano od razu w nogi.
Odebrałem i wysłałem smsy, nic się nie dzieje. No i bardzo dobrze.
Oczywiście cały czas idę razem ze Szczecińską PP. Dziś minęła mnie kawa w kapitularzu w Bierzwniku. Nie można mieć wszystkiego i zawsze. W ciągu dnia patrzę na zegarek i myślę, w którym miejscu trasy oni są. No a jutro oczywiście intencja za Ojczyznę - inaczej być nie może. Może i patriotyczne piosenki uda się pośpiewać? Nie będę pisał na siłę, spać się na razie nie chce (za mało kilometrów?), posiedzę na dworze. Dobranoc.
1 sierpnia, środa, dzień 15.
Zadowolenie spadło do 7, ale chwila i już jest lepiej. Ale najpierw o drodze, bo zapomnę.
Z Llanes wyjście jedyną główną ulicą. Na rogatkach po prawej duży parking - skręcamy w lewo i zaraz za torem w prawo. W pierwszej wiosce Poo przy kościele w lewo, potem plątaniną uliczek na wschód - byle przejść wiaduktem nad torami i dalej logicznie. W polu krzyżówka Y przy zielonej bramie - idziemy w lewo za tory. Potem nad autostradą, tuż za nią w prawo, zaraz tunelem pod autostradą, wkrótce Celorio. Kierunek morze, szlak wzdłuż plaży (tu nareszcie obfitość strzałek, wcześniej można mocno zwątpić w swoją orientację w terenie). Za miastem na wiejskiej asfaltówce kierunek Posadas. Droga mocno kołuje, za to ładna. Jak kto znajdzie prostszą - będzie happy.
Zaczęło boleć ścięgno na wierzchu prawej stopy. Śniadanie na trawie na brzegu rzek, po drugiej stronie biały kościół z cmentarzem. Jest miło i miło.
Wyszedłem 6.45 prawie ostatni z ekipy, po drodze tylko Hiszpanka od Czeszek (powiedzmy chłopczyca) w barze kawę zamawiała. Poleciało wszystko. Smacznego.
To moje śniadanie jest tuż za Barro (widać tablicę). Dziś będzie ciepło. Trzeba się ruszać.
Obchodzimy rozlewisko rzeki, zaraz za mostkiem przy białej kapliczce w lewo w górę. Odtąd bardzo przyjemny marsz, prawie po równym, urozmaicona droga i cień. Bardzo korzystnie.
Po 45 min plaża San Al... idziemy zostawiając ją po prawej. Po przejściu pod autostradą zejście w lewo - zaczyna się Naves. Od razu na początku trawa, ławki, cień, fuenta. Potem we wsi fuenta, brak tam trawy. Dalej podobnie miła droga - za 1 godzinę Nueva. Tuż za przejazdem plac zabaw, fuenta, cień, ławki.
Idzie się zupełnie miło, tyle że dziś się nie obijam, wiec nie ma tego luzu. Droga zupełnie fajna, prawie stale w cieniu. Nie za wiele asfaltu, więc ścięgno jakoś się trzyma. Wiadomo - dla ścięgien asfalt to zabójstwo.
Zachmurzyło się - jest krótko po 11tej, ale nie sądzę, by się zebrało na padanie. To takie górskie chmurki jakieś. No i pięknie, można w dzień coś jeszcze ujść. Do połowinek coraz bliżej.
No i pyknęła połowa. Hura. Toastu nie było.
Z Nueva wężykiem przez całe miasteczko - właściwie jedyna droga. Na wylocie za mostkiem MYLNA strzałka w lewo - trzeba prosto do góry na Ribadesella. Kawałek główną drogą i Pineres: w prawo pod autostradą i zaraz w lewo. Tu strzałka do albergu - nie skręcałem. Na końcu wsi nieoznakowane skrzyżowanie przy czerwonym domu szlak idzie w prawo do kościoła na wzgórzu. Ja poszedłem prosto -też da się dojść białą żwirówką. Po zejściu ze wzgórza dochodzimy do torów kolejowych - tu asfaltem w prawo wzdłuż wysokiego muru po prawej. Wkrótce skręt w lewo w dół - wąski asfalt. Strzałek umiarkowanie wiele.
Wioski nieoznakowane - chyba jestem w Toriello. Pan mówi, że do Ribadesella koło 5 km. Na obiad i posiedzenie dojdę. Zmieniam zeszyt na nowy.
***
W taką pogodę i z taką formą to coś można zawalczyć - jest 13ta, a ja mam koło 22-24 km. Może ciut więcej. Zachmurzyło się nawet dość, wiatr też mocniejszy, ale nie wiem, czy to nie kwestia bryzy i kondensacji na stokach. Na moje oko pasuje.
Wypracowałem picie. Z nocy zostało nieco Fanty - jak dochodzę do fuenty to leję trochę Fanty do mojej butelki i uzupełniam wodą. Piję głównie na początku postoju, żeby na drogę się nie obciążać. Z fanty nieco smaku jest, woda daje wodę.
Tak w sumie to pewno z 5 l w ciągu dnia przepuszczam. Zdaje się, że już nawet pot nie śmierdzi. Sama woda.
W Ribadesella plan: średni obiadek, posiedzenie dłużej, zakupy już na jutro i pod wieczór nie za wielki kawałek do San Esteban. Plan optymistyczny. Jak realizacja - ano przed zachodem słońca niczego nie chwalmy.
***
Oj, nie chwalmy, bo różnie bywa. Kilometry w sumie rano jakoś poszły, o ile to ranem można nazwać. Jak usiadłem na sjestę w Ribadesella, to była 15ta. Wcale nie tak wcześnie. Inna rzecz, że prawie 30 w nogach i bez biegu. Taki uczciwy marsz.
Droga: od tego ostatniego postoju prosta dróżka dwiema koleinami, łagodnie się wijąca. W jednym miejscu skrzyżowanie lekko wątpliwe - idziemy w prawo, na horyzoncie widać domki. Za tymi domkami w dół, zaczyna się Ribadesella, ale to od stadionu jeszcze z 1 km. Centrum zaczyna się dość nagle. Droga prosta: jest jeden most, więc przez niego i potem główna droga na Gijon. Strzałek zero zupełne. Asfalt, ale nie szeroki, kręto i po górach, chwilami uwaga na auta. Po 2-3 km stacja benzynowa i supermarket, fuent brak. Do San Esteban dobra godzina od mostu, alberg w prawo od kościoła, obszerne zabudowanie. Luźno, przestronnie, bo to były klasztor, 4 e, kuchni nie ma, chłopy pojechali busem 1 km do baru.
Zaraz za moim południowym przystankiem goniłem Marcela z jakimś dziadkiem (przeskoczyli mnie), ale gadać tym razem nie miałem ochoty. Duch jakby lekko siadł, trochę zmęczenie doszło. W Ribadesella nie widać marketu (oczywiście ja głupi nie spytałem), znalazłem jakiegoś SPARa, nieco sporo zapłaciłem, potem na straganach (multum tego na głównej ulicy) pan i pomidory. W OdT upewniłem się co do drogi i bum na ławkę na bulwarze. Pielgrzym jestem, no nie? Skarpety też pościągałem.
Otwieram karton... kupiłem litr śmietany!!! Trochę mniej dziwne, że drożej wyszło. Próbowałem z bułą... na dłuższą metę to się nie da. Jak tam było 32% tłuszczu, to ileż tego wejdzie? Swoją drogą u nas chyba nie widziałem śmietany UHT, w dodatku 1 l karton.
***
Odleżałem nieco, ale i chłód się zrobił i nogi mówiły o konieczności konkretnego odpoczynku. Prawa zaczęła nawalać. Bąbel pod spodem jakoś dał się czuć, odruchowe ratowanie naciąga ścięgno w stopie, siłą rzeczy chód się zaburza - ścięgno pod kolanem też daje się odczuć.
Po ruszeniu z postoju czuć to wszystko jak licho. Ruszam niespiesznie, bo 5 km na cały wieczór - konieczności biegu nie ma. Oczywiście strzałek zero. Dziadki mówili, że cały czas careterą - może nie zginę. Drewniana kładka sprowadza na drugi brzeg rzeki - głupio się wracać - dopytuję co chwila i następnym mostkiem przechodzę na lewą.
Droga zaczyna iść do góry, po rondzie i markecie (ja zakupy już mam) robi się wąsko i kręto. Na lewych zakrętach mocno uważam, na jednym chowam się w rów. Strzałki nie widzę ani jednej. Idzie się wrednie, prawe kolano zaczyna uciekać. Zadowolenie spada do 6.
O 17tej godzina W. Oczywiście staję (pobocze akurat szerokie), hymn, modlitwa. Tu się to jednak inaczej przeżywa. Jak daleko od domu, słowa Hymnu mają inne znaczenie. W Ribadesella była jakaś impra, chyba kajakowa. Na moście flagi różnych państw - biało-czerwona pierwsza. Też tak miło.
Krótko po 17tej majaczy wieżyczka iglesii. Na tablicy San Esteban. Ulga, ale po co te nerwy? Szkoda komuś grama żółtej farby? Może tu przyjadę kiedyś ze sprayem i porobię trochę flechy.
Pani bardzo miła, Polaków tu miewają, ale autobusami. Schronisko obszerne a proste, 4 e, stale ta sama ekipa: Toni, chłopczyca z czarniawym Ablem i ja. Doszedł pucołowaty, rano pierwszy raz widziany, jeden rowerzysta i strasznie brodaty Francuz wracający z SdC. Ciekawe, gdzie Marcel, Belgijka i Włosi? Może w Ribadesella co znaleźli, ale tam na pewno drożej. Dalej to nie poszli. A może i jeszcze dojdą, bo bardzo późno to nie jest.
Przed chwilą przerywałem pisanie, bo zaczęło padać. Nie żaden wielki deszcz, ale na tutaj to i tak mała sensacja. Oczywiście nadzieja, że rano będzie oki. A zrywałem się, żeby pranie przewiesić.
Wczoraj przyszedł mi do głowy chytry plan, by pojutrze Gijon przeskoczyć. Wymagałoby to etapu 50 km. Dziś nogi przywróciły mnie do świata - patrzmy realnie. Nie w tym klimacie, nie z tym garbem. Spokojnie. A swoją drogą siadam do mapek. Zaznaczę albergi i zbędne papiery (wraz z pierwszym zeszytem) idą na dno plecaka.
Jednak nas tu przybywa. Doszedł Aragończyk z pieskiem, a przed chwilą też Belgijka. Dalej nieco pada.
Przejrzałem albergi i wychodzi, że jest dobrze. Tak na normalnie to wychodzi, że 15go mogę być w Monte del Gozo. To zdaje się taka wersja optymalna, na dodatek właściwie wszystkie etapy wyglądają na zabezpieczone w albergi. Dwa wyjątki: gdyby pojutrze zdrowie było naprawdę cudowne, przeskoczenie Gijon mi się marzy. Byłoby to naprawdę lekkim szaleństwem (a może i nie lekkim), ale kto wie? Z wersją podskoczenia w samym Gijon przez centrum autobusem... kto wie. Ale tak mocno na to się nie nastawiam. Drugie miejsce to pod samym SdC - chyba 3 dni przed - gdyby jednego dnia strzelił 40 - zarabiam 1 dzień. I to już wcale nie jest niemożliwe. Za wiele na razie nie ma co planować. Ważne, że noclegi się widzą jako tako i tego się trzymajmy. A Gijon o tyle mi nie pasuje, że tam albergu żadnego nie ma i coś drogiego wypadnie łapać.
Spróbuję coś zjeść i nogę naproxenem potraktować.
Odpracowałem smsy i telefon do mamy. Złych wiadomości jakoś nie słychać.
Ciekawe, jak długo nam się stałe towarzystwo jeszcze utrzyma. W sumie nie zdziwiłbym się, gdyby do Arzua. Ostatecznie wielu alternatyw noclegowych nie ma.
Wczoraj Aragończyk pytał Toniego jak się rozumiemy. Ano po prostu. Toni nawet jak po hiszpańsku mówi to powoli i połowa na migi, żebym przynajmniej wiedział, o czym mowa. A ten jak szwargocze to jak karabin maszynowy, ani słowa się nie wyłapie.
Opatrzyłem nogi, jak umiałem, pozostaje czekać do rana. W sumie rano to zwykle jest oki, najwyżej potem coś wychodzi. Zatem jutro kolejny dzień prawdy. Nie jest strasznie daleko, więc okaże się, do czego moje nogi się nadają.
2 sierpnia, czwartek, dzień 16.
Jakoś powoli się drepta, a teraz powoli w pięknym cieniu się leży.
Droga: w San Esteban boczna droga od kościoła w dół, zaraz na górce w lewo i po muszelkach do przodu. Jest zasada: muszla wskazuje kierunek swoim krótszym, tępym końcem. Rano droga niezwykle urozmaicona i ładna. Przez lasy, wioski po plażę. Za plażą odcinek w trawach i krzakach, zaś dziś ranek wyjątkowo mokry. Pranie nic nie wyschło, rosa na potęgę. Portki od razu mokre, buty za chwilę. Gdy droga schodzi do asfaltu - gdzieś wkrótce odbija w prawo - ja nie znalazłem i poszedłem careterą, przypuszczalnie na jedno wyszło. Szlak wychodzi na plażę La Espasa. Tu na drogę (bo most jedyny) i zaraz wężykiem w bok. Jak mi zaraz szlak wrócił na drogę, to się zeźliłem na takie zwiedzanie Asturii i jej podwórek - poszedłem prosto do Colungi. Szlak oczywiście wężykiem obok.
Do Colungi wejście prościutkie, nie za długie. Z tyłu obok kościoła śliczny mały park, ławki, fuenta, supermarket uliczkę obok 30 m w dół.
Rano wstawanie leniwe, wszyscy grzecznie spali. Chłopczyca się tylko kręciła. Próbowałem po cichu zejść z górnego wyrka - średnio wyszło. Chyba zrobiłem generalną pobudkę. I tak bywa. Zbieranie jeszcze bardziej leniwe, na drodze chyba 7.45. Stopy zupełnie w porządku, ścięgno w stopie w miarę, kolano od rana ma tendencję do kiwania się. No to idę jak najspokojniej, bez skoków.
Przy przejściu na asfalt siadam na śniadanie. Słabo wchodzi. Paczkę wiedeńskich kiełbasek z trudem dopycham. Mijają mnie Toni i Aragończyk, ja wstaję. Nie za daleko doganiam ich - dyskutują ostro, Toni wyraźnie złapał kogoś do dyskusji. Stopniowo zostają z tyłu. Długa wioska z góry na dół, w niej 2 fuenty. Tankuję i tuptam dalej. Naprzeciw minął mnie pielgrzym z całym pociągiem za sobą: na sobie uprząż, na niej wózek z plecakiem, coś wielkiego kolistego pod spodem, z tyłu pudło dla psa na kółkach. Całość łomocze i grzechocze, pies biegnie obok. Gość cały radosny, tupta pewno od SdC. Miły.
Jest ławka przy skrzyżowaniu małym - siadam na Dawida. Średnio wyszło, bo słońce wyszło. Toni przebiega obok - widać dysputa skończona. Słońce nie da odpocząć - idę dalej. Przy plaży dołącza szlak - próbuję na niego, ale już nadłożenie pierwszego kółka studzi mój zapał. Na dziś drogowskazy do Colunga są jasne i droga prosta.
W Colunga nos prowadzi mnie do parku - już wiem, gdzie odpocznę. Zaraz nos wskazuje Arbola - już wiem gdzie kupię. Koszmarna kolejka, ale może dam radę. Przy zakupach kłopot: na nic nie mam ochoty. Pamiętając wczorajszą śmietanę uważam po 3 razy. Kasa - jestem drugi. Miło. Tyle, że obsługa panie przede mną to było z 5 min. Tu się nikomu nie spieszy, rozmowa z klientem chyba ważniejsza od sprzedawania. Kolejka urosła.
Tup tup do parku, kolano wymaga odpoczynku. Sprawdzam dzień - do albergu zostało 12 km - na 2 spokojne etapy. Do wieczora jakoś powinno być.
Spać się nie da, bo policja obok kieruje ruchem - najwyraźniej głównie przy pomocy gwizdków. Ale cienia nieco jest, ławka jak najbardziej. Leżę.
Oczywiście tak bardzo długo to się nie poleży. Jak nie chłodek to upałek, mięśnie stygną. Policjanci gwiżdżą - warunki do odpoczynku średnie.
Posiliłem się, natankowałem do syta i po 13 tej chodu. Droga: w OdT na rynku mały kibelek. Droga przez miasto jedna - albo główna na Gijon albo deptak - dalej i tak się schodzą. Na końcu miasta uliczka w lewo lekko w dół i niebawem na skrzyżowaniu Y w lewo - cały czas do wieczora są strzałki i muszle. Pół godziny płasko, potem koło godziny nie za ostre, ale uporczywe podejście; może zmęczyć. Z górki widoczki niczego sobie, droga w sumie spokojna i miła. Potem zejście, mniej asfaltu, bardziej leśne i polne, kawałek i ostrzej. Wioski nieopisane, identyfikacja trudna. Po przejściu pod autostradą niebawem Sebrago - alberg za 100 m, tuż przy szlaku po prawej. 14 miejsc, kuchenka elektryczna, łazienki w normie, suszenie na płocie, donativo. Sklepu ani baru nie ma, koło 20tej ma być sklep obwoźny. Dobrze jest czasem gadać z Hiszpanami.
Ruszyłem sobie zupełnie na spokojnie, wręcz wlokąc się. Stopy zupełnie oki, kolano się dalej wygłupia. Lepiej nie obciążać. Asfalt szeroki, ruch znikomy - przyjemny popołudniowy spacer. Słonko się schowało. Fuenty żadnej po drodze, więc postój na trawiastym poboczu za wsią. Pół godziny leżenia i idę z nastawieniem, że do końca. Podejście nieco się dłuży, chwilami nawet mocne, ale człapię sobie bez wysiłku wielkiego. Widoczki z góry niby nic porywającego, ale dla mnie wynagradzają wszystko. Warto chwilami podelektować się tym, co nas spotyka. Zdaje się, że po powrocie do domu to te właśnie momenty będą robiły za całą kwintesencję wędrowania.
Jak się jest tu, to się żyje następnym noclegiem, tym, że fuenty nie widać, że się droga dłuży, albo kto tak szlak przez wioski powywijał. Wieczorami jest satysfakcja, że następny materac czeka, że jest co zjeść i ludkowie miło się uśmiechają. Po powrocie do domu zostaną fotki, widoczki - kawałek świata jednak w nogach i te właśnie pejzaże warto zapamiętywać.
Na razie najmilej było rankiem za Pobena. Tamten spacer ścieżką po klifie pobił wszystko. Trochę niesamowita była plaża za Santona, parę innych miejsc też ładnych - przeprawa łódką pierwszego dnia, widok Santander, inne. Mam nadzieję, że jeszcze odrobina świata przede mną. Przecież dopiero co połowę przekroczyłem.
Kolano wybiło mi z głowy szalone pomysły z bieganiem przez Gijon. Pójdziemy sobie po Bożemu, spokojnie. Tak to sobie we łbie poukładałem, zresztą już poprzednim razem: cytując św. Pawła dany mi został oścień dla ciała, aby mnie policzkował. Gdyby nic zupełnie nie doskwierało, nie byłaby to pielgrzymka. Na stopach druga podeszwa się wyrobiła, bąble wyglądają na suche i zarośnięte świeżą skórą, plecak coraz mniej waży i zupełnie dobrze leży - mało co i nie byłoby na co narzekać. Pogoda idealna do marszu, bryza po południu idealnie chłodzi, albergi się rozstawiają jak na zawołanie - taki marsz to prawie bajka. No to żeby nie było bajecznie - niech trochę ścięgna dadzą się odczuć.
Stopę wczoraj i dziś rano smarowałem naproxenem i chyba jest idealnie. Dziś spróbowałem tego samego z kolanem. Właściwie to nie jest kolano tylko ścięgno poniżej, nieco z boku. Jestem prawie pewien, że to od odruchowego skrzywiania nogi przy poprzednich bąblach. W normalnych warunkach 1 dzień leżenia i jesteśmy w normie. Tu trzeba będzie radzić inaczej. Gór na razie nie ma, spróbuję oszczędzać i chodzić równo.
***
Alberg się robi pusty. Oczywiście jest chłopczyca, musiała być niewiele przede mną (doszedłem 16.30). Toni śpi, ten to pewno znowu leciał prawie bez przystanków. Wieczorem będzie gadał. Na jednym wyrku spał jakiś przecudny (w sensie: cudak) pielgrzym z sandałami w krzyże. Wstał, pogadał, poszedł - wyro dla mnie. Dobrze, bo osobno stoi i na wprost wyjścia. Jak się rano da cicho wstać, to wybywam bez komplikacji. Jest para z Austrii, ale zniknęli. Ci to się namaszerowali dzisiaj: z La Isla mieli może z 15 km. Mądry jestem, bo podglądam książkę pielgrzymów. Leży sobie na stole w przedsionku, obok sello, obok puszka na donativo - proszę sobie radzić. Samo życie albergowe.
Lada chwila pewno dojdzie czarniawy Abel, potem Aragończyk z suczką, bliżej wieczora Belgijka. Zajrzeli dwaj rowerzyści, ale chyba się nie spodobało - polecieli dalej. Chłopczyca na dworze nadaje przez telefon. Ależ oni trajkoczą. Wątpię, czy gdybym nawet uczył się tego języka, to czy bym pojął ten terkot. Pojedyncze słowa dają się odróżnić. No, może z melodii języka coś się wyłapie.
Trajkotanie chyba budzi Toniego. Idę bawić się naproxenem, powoli czas na nieszpory. Pranie się suszy, miły spokojny wieczór.
No to się zrobił prawie bal Murzynów. Udało się elektryczną kuchenkę odpalić, mój kubek okazał się wcale nie taki malutki - wciągnąłem chińską zupkę, a potem budyń. Trochę daleko te specjały musiałem nieść, ale akurat one wiele nie ważą. Jeszcze przede mną deser z brzoskwinek... czego jeszcze chcieć od pielgrzymkowej kuchni?
Moi właśnie wracają z zakupów - ciężarówka miała być o 20, jest 20.35, opóźnienie chyba w normie. Coś nakupili, pewno będzie posiedzenie. Stół na dworze, ciepło, miło.
Spojrzałem w książkę meldunkową - o jeden dzień przede mną są dwie Polki. Też nocowały wczoraj w La Isla, wiec nie za bardzo gonią. Kto wie, czy nie przeskoczę. Moje dwie Włoszki też dalej tylko o 1 dzień z przodu. Mówiły coś o powrocie 20go, więc mają czas i to z zapasem. Jeszcze małżeństwo Polaków parę dni z przodu - dalej księga nie sięga.
Spojrzałem do chłopczycy do przewodnika - okazuje się, że jutro chyba najbardziej górski dzień z pozostałych. Najpierw Villamayor, po nim rozejście się Norte i Camino Primitivo, a potem dość ostra góra na 400 m czy ponad. No i potem jeszcze nieco mniejsza poprawka. Będzie co iść. O żadnym ściganiu czy biegu przez Gijon mowy nie ma. Trochę mnie kłopocze brak albergu w Gijon - są tylko jakieś pensjonaty, spróbuję z moimi zagadnąć, może podpowiedzą, co zrobić, bo szukanie czegoś po mieście bez znajomości hiszpańskiego - ciekawie to widzę. Nie wszędzie się trafią fajne panie jak w barze w Santander.
Potem któregoś dnia profil wyglądał jak piła - cały dzień skoki w górę i w dół, ale to już nie takie wielkie i nie na raz. Potem będzie jeszcze wejście na ponad 700 m, ale to znów rozłożone na pół dnia czy nawet więcej. Takie spokojne podejścia to wręcz mogą się nie liczyć. A jutro przypomnimy sobie trasy z Kraju Basków.
Sms tylko jeden przyszedł - nowa wiadomość w poczcie głosowej. Zapomniałem jej wyłączyć i teraz kłopot. Jak do niej dzwonię, to każą podać kod dostępu czy tam inny numer. Jasne, że nie znam albo nie pamiętam. A wiadomości niech sobie poleżą. Jakby coś bardzo ważnego, to chyba wszyscy potrzebujący wiedzą, jak mnie szukać.
Dziś chcę zadzwonić do Alojza.
No i zadzwoniłem. Wszystko ok., tylko mi się bp Błażej dobijał. To niekoniecznie musi być dobre, no nie? Oddzwoniłem od razu - sprawa już nieaktualna. Nawet tu człowiekowi spokoju nie dają...
3 sierpnia, piątek, dzień 17.
Od czasu do czasu podaruj sobie odrobinę luksusu. Nawet jeśli to podarowanie wychodzi z konieczności.
Ale od początku. Dawno tak dobrze nie spałem. Jak walnąłem wieczorem (chyba jeszcze światła nawet nie zgasili), tak obudziłem się rano. Nawet dość wyraźnie coś mi się śniło.
Rano oczywiście ciężko dojść do siebie, ale i tak pierwszy wyszedłem. Im jakoś jeszcze bardziej się nie spieszyło. Toni mnie po drodze przeskoczył, w Villaviciosa dogoniłem. Droga wiejska, spokojna, urozamaicona, do Vv tak jak napisali - z 6 km będzie. W mieście rozchodzą się drogi: Norte i Primitivo. Toni czekał przy barze, chciał mnie kawą poić, ale ja chleba szukałem. On jeszcze nie wiedział, którą drogą iść - Primitivo jest podobno 2 dni krótsze i to go ciągnęło. Uścisnąłem dłoń i poszedłem. Ciekawe, czy tego wariata jeszcze spotkam.
W mieście ludzie mało szlak znają, choć miasto niby małe. W końcu mam strzałki - no to idę. Kawałek parkiem wzdłuż rzeki - to nawet ładne i miłe. Zaraz potem mleczarnia i opłotki - tknęło mnie i zapytałem czy dobrym szlakiem idę. Tak, dobrym, na Oviedo. Ale ja chcę na Gijon. Ale Camino jest na Oviedo. Skończyło się na rysowaniu mapek i wiadomości, że muszę wrócić do miasta. Fajnie.
Pan stanął na wysokości zadania i odpalił busa. Dowiózł mnie do miasta, wywiózł na 1szą krzyżówkę i pokazał, że tędy na Gijon, że mniej kilometrów i nie tak po górach jak główną. Za miastem usiadłem w cieniu drogowskazu na śniadanko. Tym sposobem na jedno miasteczko zeszła mi dobra godzina. Dlatego nie lubię miast.
Droga dalej najpierw wzdłuż rzeki, płasko. Za rondkiem (drogowskaz Gijon 28 km, coś mi qrcze zdecydowanie za dużo, ale idę...) ostro do góry. No tak, miało być pasmo górskie. Tymczasem na dobre odzywa się kolano. Właściwie nie wiem, czy to kolano, czy ścięgna, czy więzadła, czy co tam w nodze siedzi, ale to był podstawowy temat dnia dzisiejszego. Pod tą górę się wsiorbałem, trochę mokro na plecach, trochę aut po zakrętach lata, trochę od asfaltu bije. Postój w rowie za którąś wioską - wchodzi desperacja. Jak tak dalej pójdzie, to naprawdę ciężko dumać o dalszej drodze. Głupie myśli się pojawiają, dół się pogłębia jak choroba.
Wyciągam bandaż elastyczny. Nigdy nie owijałem kolana, z tym akurat nigdy nie było potrzeby. Powoli ruszam, bandaż głupio uwiera, ale krok za krokiem tuptam. Jeszcze późno nie jest, do wieczora może coś wyjdzie.
Kolejny kawałek podejścia i drogowskaz Gijon 15. No, to nieco optymizmu. Jest koło 13tej, nawet licząc wolne tempo jest szansa, że przed wieczorem Gijon zdobędę. Kolejny postój - wiata przystankowa. Wyciągam się na chwilę - działam jak automat - 30 min mija, budzę się, jest mi akurat chłodno, plecy nieco odpoczęły - ruszam.
Bandaż owinąłem inaczej - zupełnie nie pasuje. Ściągam w locie. Chyba głupio wyglądam z jedną długą drugą krótką nogawką. Tuptam bardzo powoli, modlitwa sama płynie. Ostatecznie dzisiaj piątek i do dla Mamy. W końcu skończyło się dreptanie, zaczęła się pielgrzymka prawdziwa. Za którąś wioską jeszcze mały postój - sporo tego dziś, ale koniecznie. Z odległości chyba 8 km z góry widok na Gijon. Ładne to, ale ja wiem, co mnie czeka. Już mnie boli.
Ostatni postój 5 km przed. Teraz to już trzeba dociągnąć. Przedmieścia zaczynają się szybko - będzie z 4 km. Tzn te kilometry to nie wiem, do którego miejsca liczone. Do centrum to na pewno nie. Wielką wieżę (chyba Uniwersytet Laboral) mijałem o 17.15. Do miasta lekkim wężykiem, bardziej siłą woli. OdT ma być w centrum, a droga wzdłuż plaży. Coś mi daleko plaża po prawej - odbijam do niej, wychodzę na deptak. Tu to dopiero tłum!!! Aż dziwne, że do wody jakoś wcale mnie nie ciągnie. Pytam o OdT - mówią, że cofnąć się do końca plaży. Ano to się kiwnąłem. Wracam. Mała budka, aż za mała, sello nie mają, bo to nie główne OdT!!! To jest w drugą stronę, na końcu plaży. Ojżesz by was....
Pani uczynna, daje kartkę z noclegami. Optymistycznie wygląda alberg juvenil. Na końcu miasta, ale jest bus. Pyta, czy zadzwonić. No, dobrze by było. Czy mam telefon? Nie. A co, ty pewno masz służbowy, ten co pod nosem leży. Dzwoni. Tam komplet. Inne adresy - w centrum.
No to i tak walę wzdłuż plaży. Taka korzyść, że noga nieco zapomniała o sobie i jakoś idzie. W głównym OdT jest sello i są miłe panie. Podpowiadają rezydencję w samym centrum. Po drodze zachodzę do hostali - komplety. Rezydencja ciężka do znalezienia. Wchodzę do baru i pytam. No, jestem na miejscu, ale mają komplet. Jest jakiś festiwal i kupa ludzi. Opadam.
Chłopak coś sobie przypomina. Sprawdza. Jest jeden pokój. No, widać czekał na mnie. Wiedziałem, że Św. Jakub coś wymyśli. Jakoś dziwnie byłem dziś spokojny, tylko nie wiedziałem, jak to będzie. No i inwencja Jakuba znów okazała się większa od wyobraźni.
Póki nogi chodzą - zakupy. Tu się nie kupi zwykłego mydła, są pakiety po 3. Żel pod prysznic też jakiś wielki (nosić trzeba). No i oczywiście w żadnym sklepie nikomu nigdy się nie spieszy. W domu 19.55, od razu kąpiel, Dawid i pisanie.
Przede mną internet (wliczony w cenę), a jutro śniadanie. Do Aviles 22 km, po dzisiejszym stać mnie na tą odrobinę luksusu i lenistwa (zwłaszcza za 34 e!!!).
***
No proszę, miejskie warunki tak rozbijają, że dopiero teraz (po 22ej) pranie zrobiłem! I tak nie wyschnie, będę nosił w dzień.
Ze spaniem dziś może być różnie, towarzystwo młodzieżowe dopiero zaczyna żyć, a drzwi nie za grube. Za oknem też gwar nie cichnie, ten festiwal to od muzyki Asturii jest - dopiero o tej porze życie tu kwitnie na dobre.
Do kolacji zaszalałem dziś i kupiłem cidre - tutejszy, regionalny napój, choć podobny i we Francji bywał. Niezły, zwłaszcza na pragnienie. Może i nieco na sen pomoże, bo jakieś 4 proc ma.
Internet działał strasznie wolno, więc głównie pocztę powysyłałem. Niech ci i owi wiedzą, co się ze mną dzieje. Nie najgorszy ten wynalazek, pod warunkiem, że jakoś działa.
Niewątpliwie głupio jest być wieczorem samemu i nie musieć o 22ej światła gasić ani plecaka wieczorem pakować. Szybko człowiek przywyka do camino i wszystko na nim jest proste. Z radością jutro wrócę do tego życia. Do Aviles podobno 22 km - zapowiada się zupełnie znośny dzień. Tylko go za wcześnie nie chwalić... Ale Jakub jakoś tam po swojemu poprowadzi. Dziś też prowadził.
Natura jest silniejsza.... jednak poszykowałem nieco. Pakowanie co prawda będzie spokojniejsze, ale niech wszystko leży w pobliżu swojego miejsca. Tylko śpiwór dziś w ogóle nie ruszany. A co, zapłaciłem, więc nie będę się bawił w rozwijanie.
Sidre naprawdę niezłe, jak chodzi o gaszenie pragnienia. Wieczorkiem to zwykle piję więcej niż mi się chce. Wiadomo, potu trochę się wylewa, więc lepiej pić na noc więcej, niż ma być za mało.
Gdy wszedłem w necie na forum caminowiczów, od razu potworny zgrzyt. Nie znam osobiście Włodka, nie wiem, co sobą reprezentuje,ale afera po raz kolejny jest na całego. Wyjątkowo niesmaczne. Szkoda, że nawet tutaj takie zgrzyty muszą dochodzić. A może właśnie powinny.
4 sierpnia, sobota, dzień 18.
Kiedyś wpadła mi w ucho piosenka: każdy dzień jest zwycięstwem. Dla mnie dzisiaj każdy krok do przodu to sukces.
Droga: z Gijon z portu jedyny logiczny wylot na południowy zachód szeroką ulicą. Z lewej zostawiamy dworce kolejowe (z muzeum kolejnictwa) i logicznie wpadamy na szeroką aleję, Juan Carlos chyba. Nieustająco do końca prosto, drogowskazy idą na Carefoura. Za nim dalej prosto, jak droga w prawo to my też i zaraz mam drogowskazy na Aviles. Na oko to idziemy na dymy i kominy, tory cały czas po lewej. Strzałki dopiero za miastem się pojawiają. Przy dojściu do hut/fabryk stacja paliw Repsol - tu schodzimy w lewo i za strzałkami zaraz jesteśmy w Poago. Strzałek i muszli sporo - podejście dość mocne asfaltem dobre 30 minut. Po lewej obudowana fuenta. U góry spokojna szutrówka, sporo cienia, płasko. Przed Santa Eulalia kawałek mocnego zejścia, na początku wioski po prawej fuenta w cieniu, potem we wsi przy kościele fuenta pod palmami.
Za wsią spokojna szeroka szutrówka wśród pól, cienia brak. Za wzgórkiem zaczyna się wioska - do niej tunelikiem pod drogą i pod górkę do kościoła. To musi być Tamon. Od kościoła asfaltem w prawo w dół. Niebawem po prawej fabryczka (przy niej bar) - NIE SKRĘCAMY w lewo w tunel pod autostradą - znaki mylne. Kawałek prosto i jest duże rondo - kierunek Aviles, strzałki pojawiają się dopiero na prostej; po prawej mijamy wielką fabrykę. W ogóle jakaś przemysłowa okolica się zrobiła.
Rano wstawanie absolutnie leniwe. Po takiej nocy... Wrogowi żadnemu nie życzę. Życie uliczne kwitło dokładnie całą noc. Jeśli oni tu tak codziennie... Jak się imprezy i śpiewy skończyły, to się zaczęło sprzątanie, a potem krzyki mew. W sumie najciszej to się zrobiło koło 7ej, jak wstawałem.
Śniadania nikt nie zaczął robić, obszedłem się smakiem. Specjalnie nie żałuję. Wyjście z miasta oczywiście na czuja. Generalny wizerunek na planikach wyłapałem, koniec języka działa - logiczne, szerokie ulice okazuje się że prowadzą.
Z nogami bardzo tak sobie. Oba kolana bolą. Więcej nie mówię.
Za miastem stacja paliw - staję po picie, bo nic do śniadania nie mam. Na rano cola będzie oki, do tego z lodówki. Zaraz na rondzie przyplątuje się duży czarny pies. Nie podoba mi się, ślina mu kapie, ale ten lezie za mną, a raczej przede mną. Na przystanku robię postój - ten na szczęście nie żebrze. Ale jak ruszam - ten dalej ze mną.
Dwoje rowerzystów kombinuje z drogą - przegapiają oczywiste strzałki. Potem tempo mają takie, że ja ich doganiam. Ciekawe, dokąd dotrą. Dość ostre podejście - jakoś daję radę, może te kolana aż nie tak bardzo mają znaczenie. Na górce zupełnie sensowny spacer prawie w cieniu, tyle że akurat dla mnie dziś przyjemnością to żadne chodzenie nie będzie.
Odcinek nieco się dłuży, domki jakoś powoli się pojawiają. Pies biegnie. Na początku wsi fuenta w cieniu w dół - zdecydowanie się kładę. Napojenie, Dawid, drzemka. Pies również śpi, ale potem chce się przymilić do mojej maty. Muszę potraktować butem.
Idą jacyś ludkowie, ruszam i ja. Wyrobił się system żelazny: czy jedzenie czy czytanie czy pisanie - pół godziny postoju i się robi chłodno, więc marsz dalej.
Przez Santa Eulalia średnio długo - wioska nieco rozrzucona. Za wsią udaje się przekonać psa, by sobie znalazł inne towarzystwo (trochę prośbą, trochę groźbą). Kolejny odcinek nie tak miły, bo i słońce wysoko i cienia brak. Zza górki widać modele latające RC. Jakiś akrobat i jakiś powolny dwupłat. Fajne. Musi, że za górką chłopaki mają lotnisko.
Zejście do wsi - kolana od razu mocniej dają. Przy kościele chłopak też pyta o drogę - tasujemy się potem parę razy. Jak jest cywilizacja, to droga się dłuży po wielokroć. Jak do tego nie wiadomo, gdzie strzałki - to już całkiem wszystko siada. A strzałki się pojawiają, jak już jesteśmy na prostej. A na rondzie - nie ma. Fajne.
Minęła 14ta, do Aviles dwa kawałki po ok. godzinie, może ciut więcej. Może damy radę. Bardzo bym chciał dziś spodnie przeprać - jutro niedziela, a na nich widać cały przekrój geologiczny mojej trasy. Najbardziej malownicza czerwona ziemia (to chyba z wczoraj). Płynu do prania mam w nadmiarze - żel wczoraj zakupiony jakiś wielki i ciężki., trzeba go zużyć szybko.
Ławkę na poleżenie znalazłem na przystanku. Okolica średnia, bo fabryczna, smrodek chemiczny się rozchodzi, ale cień jest. Wodę chwilę wcześniej wziąłem w barze. Ławka zakurzona, ale mata się przydaje. Oj, bez niej byłoby różnie.
Jak leżę, piszę, to wszystko jest oki. Teraz już w plecy zaczyna ciągnąć, więc za parę minut trzeba ruszać - znów pierwszy krok będzie zwycięstwem.
Nasi w tej chwili w Dobierzynie. Hmmmmmm. Ślinka leci. Smacznego. Ja łyknę kranówki.
Ta wioska z moim postojem na przystanku to była Tabaza. Z niej szerokim poboczem, ale spacer taki sobie bo odkryta patelnia - nie za daleko Trasona. W niej oczywiście zwiedzanie podwórek. Stamtąd ok. 4 km - ale zabudowania idą właściwie ciągłe. W samym Aviles lepiej trzymać się lewego chodnika. Z lewej wejdzie droga od autostrady, zaraz są estakady i przejazdy - trzymamy kierunek centrum. Za chwilę robi się szeroooooka ulica na 6 pasów - lekki łuk w lewo - tuż przed miniskwerkiem (cały czas po lewej) furtka w żółtym murze - wejście do albergu. Przed nim niewielki stary kamienny krzyż na cokole.
Miejsc dużo, ale gęsto, kuchni brak, pan wziął 3 e. Supermarket 50 m, centrum stare bardzo blisko. Schronisko całoroczne.
Oczywiście wieczorek był taki sobie. Stopy to zdaje się mam z grubsza odpracowane, ale te kolana... Chyba najgorsze jest, że nie wiem, z czym to się je i jak to działa. Ze ścięgnami z grubsza wiadomo, co robić, z bąbelkami tym bardziej. A takiego bólu jeszcze nie było, więc nie wiem co mnie na przyszłość czeka. Wczoraj i dziś doszedłem. Jedna pociecha, że Pan Jezus nigdy nie daje ponad siły. Jak tu dałem radę...
No i poza tym refleksja tak z około Godziny Miłosierdzia: ofiara musi być przyjęta. Skoro ma być dla Mamy, no to nogi muszą nieco poboleć. Zagrożenia dla marszu pewno nie ma, a dolegliwość jest. No to niech i tak będzie.
Po dojściu powitanie po polsku. Aż nie wierzyłem uszom, tym bardziej, że oczywiście doszedłem na rzęsach. Chłopak młody z jakąś Węgierką siedzieli. Parę słów i polecieli na plażę. Bywa. Póki nogi szły - sprawdzić kościoły i sklepy. Jutro niedziela. Tu Msze późno, a etap konkretny. Będę liczył na coś po drodze albo na końcu. No, chyba że Szef znowu coś wymyśli po swojemu. Zaopatrzenie nabyłem - jutro mogę ruszać. W końcu wyrzuciłem słoik po dżemie - ciągnąłem go z tydzień i nie mogłem skończyć. Plecak powoli zaczyna pasować.
Ważne: na ostatnim postoju wziąłem ibuprom. Podobno nie tylko przeciwbólowo ale i przeciwzapalnie działa. Jak tam ma się coś dziać - to niech będzie reakcja.
Gdy wracałem z zakupów, prawie jakby mniej bolało - a to smarowałem naproxenem. Może i to trzeba jeszcze spróbować. Bez obciążenia jest oczywiście lżej, ale co będzie jutro, z plecakiem, pod wieczór?
A i tak w sumie jestem dziwnie spokojny.
Jeszcze co do Aviles: Msze w najbliższym kościele (San Nicolas) w dni powszednie o 19.00, soboty 20.00, w niedziele ostatnia 18.30. Do kościoła bardzo powoli 10 minut drogi. Do San Tomaso (chyba katedra) prawie dwa razy dłużej.
***
Pod wieczór nieco się alberg zapełnił, ale nadmiaru na razie nie widzę. Tych łóżek naustawiane tyle, że jest się gdzie mieścić. A że duchota będzie w nocy, to już widać. Za to pranie schnie jak na zawołanie.
Na mieście o 17-18tej było wręcz pusto. Jak wymiotło. Teraz, przed 21szą trochę życia się pojawiło, ale jak na sobotę wieczór to nie ma szaleństwa. Szaleństwo to było wczoraj w Gijon. Mam nadzieję, że po tych wrażeniach z nocy to ja dziś będę spał jak niemowlę.
A przydałoby się, bo jutro jest co iść. Tu Msze późno, więc będę łapał po drodze lub wieczorem. Inaczej z tymi kilometrami się nie da.
Dziś wzięli już niedzielne czytania - oj, ruszają. O nowym człowieku. W takiej drodze to się zupełnie inaczej i wciąż na nowo odbiera. I tak być powinno. Ale wrażenie za każdym razem jest mocne, jak się to na nowo czyta.
Włączyłem telefon - przyszły Vianneyowe życzenia od Oli i Piotra Listwonia. Miło, że pamiętają. Zaraz do Nikodemów jakie pozdrowienia wyślę. Ależ tu duchota, chyba na dwór będę uciekał. Jeszcze się zdążę tu spocić.
Pojawił się Aragończyk z pieskiem. Może i reszta ekipy gdzieś blisko. Na dworze dalej gorąco. Pod wieczór w którejś farmacji widziałem 34 stC. Pewno trochę na słońcu, ale i tak ciepełko się czuje. Bryza coś tu dziś nie bardzo dochodzi, chmurki (zwykle zaciemniające) dziś wcale się nie pojawiły - ciepełko daje. Póki można się do cienia schować, to jeszcze. Ale spanie w duchocie to lekko szaro widzę.
Po dzisiejszych rannych zgadywaniach awansem wziąłem plan wyjścia z miasta. Kręcenie. Niby w miarę logicznie przez centrum, ale chyba tylko w miarę. Bez planiku pewno rano mogłoby być różnie.
Bardzo chciałbym naprawdę rano być w drodze. Jak zwykle jest to jedna wielka niewiadoma - nic tylko Aniołków prosić. Jak będzie po drodze - pomogą. Idę zbierać rzeczy, bo cisza może być naprawdę koło 22ej. No, chyba żeby nie. Moi sąsiedzi właśnie poszli w miasto. Na dworze gotowanie odchodzi. A ja tam jednak wolę o 22ej być cicho.
***
Właśnie jestem pozbierany - akurat 22.02., w tej chwili jakaś para rowerami dojechała. Kolacja leci na całego. Sala prawie pusta - wszystko w mieście, tylko śpiwory leżą.
Od Nikodemów jest pytanie gdzie mnie odebrać. Miło. Chciałem się za parę dni zwrócić - w sumie będzie łatwiej. Mój przylot przed 23cią, jak znam życie to opóźnienie, bagaże... Średnia przyjemność siedzieć do rana gdzie w Berlinie na dworcu. Jak to w środku nocy, ale gdzieś koło swojego wyrka. No, no, ja tu wracam... najpierw dojść! Coś koło 333 zostało. I 10 dni z kawałkiem. Na razie spać.
5 sierpnia, niedziela, dzień 19.
Co tu dzisiaj pisać. Właściwie dzień w plecy i na straty. Ale widać i takie dni są potrzebne i takie doświadczenia pielgrzymka nieść musi.
Wstawanie bardzo dzielne, parę minut po 6 na nogach. Cały alberg oczywiście śpi, moi sąsiedzi przyszli może koło 4tej, może później. Zbieram się dość sprawnie i nawet po cichu, przed 6.30 w drogę.
No, z tą drogą to nieco mocno powiedziane. Kuśtykanie noga za nogą, właściwie przepychanie na siłę każdego kroku. Droga przez miasto oczywiście zupełnie bez znaków; bez planu otrzymanego wczoraj mowy nie ma, bym wyszedł. I tak się zgubiłem, musiałem okulary wyjmować, druk mały a tu jeszcze ciemno.
Miasto jeszcze żyje po nocy. Nie wiem, czy dopiero kończyli (ci w dyskotece to na pewno), czy po krótkim śnie ruszali na ciąg dalszy. W każdym razie noc chyba upojna.
Wyskrobuję się na nowe osiedle na górce, sił do przepychania brakuje. By wziąć ibuprom - najpierw mini śniadanie. Każdy kęs na siłę. Po ibupromie nic lepiej. W dodatku szlak... zawraca. Dokładnie w przeciwną stronę idę. Okazuje się, że skarpa bardzo wysoka i schodzę zaraz do miasteczka. Kościół w remoncie, rundka dookoła i wracamy na szlak. Jest mały skwer z ławkami, siadam. Upewniam się u dziewczyny - jestem w Salinas. Sprawdzam: 4 km szedłem ponad 2 godziny. Nieźle.
Sms do Oli - zaraz odzew. Też przypuszcza że to więzadła i każe zrobić dzień wolny. Właściwie to 37 km w takim stanie za nic do wieczora by się nie dało, więc chyba i tak to jedyne wyjście, ale czuję się usprawiedliwiony. Oczywiście jak zawsze nie do końca, ale ten jeden raz chyba trzeba włączyć logikę: jedyne wyjście.
Młodzież się zbiera do jakiegoś wyjazdu, aż 3 autobusy podjeżdżają. Leniwo im idzie, koło 10tej ruszają. Człapię dalej - teraz bardziej w kierunku dworca. Widzę kościół - Msza trwa. Gdybym nie siedział... Na dworcu też młodzież. Kierunek mi się zgadza, moje Soto de Luina niewiele im mówi, ale zdecydowanie jak jechać to pociągiem. Czekam.
Niedługo pociąg. Załadowany młodzieżą kompletnie. Konduktor mówi, że za 20 min następny. Czekam. Drzemka. Młodzież też czeka. Wsiadamy do następnego. Nie mam biletu, żadnego konduktora nie widzę. Po drodze przystanek - jakieś Soto - wysiadam, może choć bilet. Kasy nie ma, jest za to mapa - już coś wiem. Do mojego Soto jeszcze kawał. Za kilkanaście minut następny pociąg. Wsiadam, dalej bez biletu. Duża stacja Pravia - wszyscy wysiadają, ja pierwszy, bo plecak w drzwiach. Wyraźnie pociąg dalej nie jedzie. Oni na piknik pod miastem - jakaś duża impra i wcale nie lokalna. Ja chcę do miasta - a tu bramka. Trzeba sobie bilet kupić. Fajnie, dojechałem i żeby wyjść z dworca muszę mieć bilet. Dobre.
Pan tłumaczy kiedy mam pociąg i jak się bilety w automacie kupuje. Ostatnie drobne. Do miasta - jest kościół, Msza jak na zawołanie. Cura nie ma nic przeciw, nawet powoli odprawia. No to wiem, po co tu przyjechałem.
Do baru - nie tyle na piwo, co do toalety i pieniądze na drobne zamienić. Potem ławka przy dworcu autobusowym i posiłek. Wczoraj kupiona buła wyjątkowo miękka i dobra, ale już po 2 kęsach jestem pełen. Zupełnie do jedzenia nie ciągnie, jem bo muszę - na deser 2 ibupromy.
Mała drzemka i na dworzec. Inny pan pomaga kupić bilet - nie jest drogo. W tv w barze końcówka F1 - Kubica piąty. Pociąg trochę opóźniony, raczej pełny. Na moje kolano stanie nie bardzo pomaga, ale co zrobić.
Dobrze, że jest wyświetlacz, wiadomo kiedy wysiadać. Na stacji oczywiście pytanie w którą stronę. Nikogo nie ma, idę na czuja. W dół do wsi średnio spory kawałek wyraźnie w dół. W barze Ecu pani nie pyta, tylko każe sobie zrobić pieczątkę i wpisać się. Alberg nieco do góry i w prawo. Stara szkoła, budynek duży i stary. Wszystkie miejsca zajęte. W jakby jadalni para starszych Niemców, maty rozłożone. Składam się obok. Nogi do góry - to dziś hasło dnia. Na wyrko dziś nie zapracowałem.
Właściwie na temat albergowiczów - turystów to ja dziś nie powinienem głosu zabierać. Ale naprawdę jestem ciekaw, ilu tu przyszło na pielgrzymkę. Tak po mojemu to niewielu, ale na tym punkcie to ja raczej jestem zboczony.
Koło 18tej do naszej niby jadalni zwaliła się para wysokich z wczoraj - ci co dojechali o 22ej - dziewczyny nie sposób pomylić, śliczna blondynka (oczywiście farbowana). Kolarzy w ogóle jakoś tu dziś sporo.
Miałem nadzieję, że za Gijon turyści się skończą, zaczną się normalne albergi. Może morze jeszcze za blisko? Może, że to weekend? A może tak ma być już do końca, że sporo nas tu? Niech tam Jakub pracuje i jakiś kawałek kąta załatwia.
Na jutro na razie nic nie planuję. Po dzisiejszym dniu żadnego absolutnie ustalania. Wiadomo, że wstać trzeba rano. Co potem - Pan łaskaw.
Na rozpisce zostało 280 km, w kalendarzu zostało 10 dni. Tak jakby początek dłuższej końcówki.
Na dziś zadanie jedno: odpoczywać. Nogi mają nie pracować. Ale przy niedzieli na jakąś bocadillę chyba jednak pójdę. Do barku niedaleko, plecaka nosić nie będę. Nudne jest takie leżenie i nie męczenie się, ale to też jest jeden z elementów chodzenia.
Nasi dziś do Śremu - pewno akurat dochodzą. Ja dziś oczywiście za parafian no i jak to w tym dniu - o powołania. Z parafii szczególnie.
Przy niedzieli miałem ochotę spróbować tutejszych bocadillos. Jak na złość - w tym barze wyłącznie napoje. Za to z przegryzką - fistaszków pojadłem.
Oj, masa turystów się tu naleciała. To chyba to, że weekend i sierpień - tak jakoś tu mocno urlopowo jest. Jedna nadzieja, że się to potem porozchodzi, a może i rozjedzie - rowerzystów cała masa.
W barze był telewizor - Real grał z PSV towarzysko - Dudek znowu bronił. Widać mocno go Schuster próbuje. Coś tam nawet wyciągnął.
O nogach trudno cokolwiek powiedzieć przed nocą. Tzn. stopy jak najbardziej oki, teraz cały problem w kolanach. Spacer dziś po wsi w miarę, ale to przecież ani tempo, ani obciążenie ani zmęczenie, ani kilometry. Doszukuję się pociech: najpierw zaczęła boleć prawa, teraz ona już przestaje. Jak ta tendencja się zachowa - może być nieźle. Wstawanie jutro o 6 to niekoniecznie. Dziś pierwsze kroki były w mieście, więc przy światłach. Tu na prowincji szukać znaczków przy latarce - średnio mi się uśmiecha. Aż taki stachanowiec nie jestem. Aniołkowie zatem jutro mają pół godziny wolniejszy ranek. Ale i tak baaaardzo na nich liczę.
Wypróbowałem sposób na czas: krzyżówki. Sprawdzonym sposobem zabrałem Rewię Rozrywki - dziś była jak znalazł. Jedna porządna jolka i dobre pół godziny poleciało. Jak ma się do odleżenia ze 3 godziny - trzeba się ratować. Rewia jest wymięta i wygnieciona, ale czytelna. Da się.
Z pomocy naukowych najbardziej sprawiła się zielona karteczka z Bilbao. Przynajmniej kilometry są w miarę prawdziwe. I zawsze można pokazać palcem i zapytać o kolejne miejscowości. Dobre jest.
***
21.30 a alberg oczywiście pusty. Pod daszkiem Jose od pieska gawędzi z rowerzystą, moja para wysokich przystojnych usiadła na trawie - poza tym cisza. Znowu w nocy zaczną się złazić.
Oj, chyba kończę na dziś pisanie, bo się zgryźliwy robię. Dziś pod głowę brewiarz i polar. Powinno pasować.
6 sierpnia, poniedziałek, dzień 20.
Wiele razy mówiłem, że ta Droga uczy pokory. Jak najbardziej.
Nogi od samego rana bardzo tak sobie. Do tego mokro. W nocy padało, przy wychodzeniu mżawka. Oddaję sprawiedliwość pielgrzymom: przed 7mą w schronisku pełen ruch, ja ruszałem 7.15, zaraz za mną całkiem spora grupa, przede mną też niejeden.
Z Soto de Luina główną drogą asfaltową pod górę. Za chwilę zejście w prawo w krzaki - niech idzie, kto lubi, wyprowadza na to samo skrzyżowanie co główna droga. Ja poszedłem znakami - od razu mokro i kłująco.
Skrzyżowanie przy cmentarzu - idziemy za strzałkami w lewo. Bardzo niebawem dwie muszle: ta w lewo nazwana Camino - idzie po górach. Ta po prostej to droga wzdłuż wybrzeża - wszyscy nią idą.
No, oczywiście ja poszedłem Camino. Dość długie i mocne podejście, potem krzaki żarnowca, cały czas pada, chwilami mocno. I te moje nogi. Stawać i tak nie było co. Stanąłem przy pierwszym domku - prawie 10ta była, niemal 3 godziny tuptania. Kompletnie nie wiem, gdzie szlak, gdzie ludzie, nogi dają. Pokazują jak iść do cywilizacji. Dochodzę do końca asfaltu, dalej nie jestem pewien. Śniadanie i dwa ibupromy. Jakieś auta asfaltem jeżdżą, spróbuję stopa do cywilizacji. Bez skutku. Nogi jakby lepsze. Idę. Na skrzyżowaniu - idę za strzałką. Skoro nogi niosą... Niebawem się odezwały normalnie. Znaczy boleśnie. Przede mną góra. Gość jedzie stareńkim Landroverem, stanął przy mnie. Pytam co i jak. Podwozi mnie do znajomego końca asfaltu, pokazuje jak do Ballota. Upewniam się, czy drogi nie zgubię. Mówi, że do ermitii jedna droga. Dalej asfalt ma być. Tuptam po mojemu.
Decyzja zapadła rano. Z widokami na Costa Verde dociera do mnie, że moje camino jakby na ten rok się kończy. Smutek.
Przy ermitii siadam na Dawida. Widok ładny, przestaje mi się spieszyć. Gdy się zbieram (bo zimno) mała mżawka na pożegnanie. Zejście długie i naprawdę strome. Nogi jeszcze wytrzymują. Jest Ballota, idę do miasta, kółko zataczam ładne. Pytam o dworzec, bo go nie widzę. Tak, kierunek ten. Zatoczyłem prawie pełne koło, a tor akurat tu szedł tunelem. Nie mogłem go widzieć.
Rozkład jazdy jakby mały, ale zgadza się: cywilizacja daleko, pociągów mało. Tym samym rejsem co wczoraj jadę do Luarca, przynajmniej zakupy zrobię.
W Luarca widok z okna piękny, ale droga do miasta boli. Oj, przekonują mnie kolana, że tak to nie damy rady. Zakupy na całego. Przynajmniej z głodu i pragnienia nie ginę póki co.
Dzwonię do O. Romana, za chwilę drugi raz. Nie odbierał - dodzwoniłem się wieczorem. W Luarca po posileniu się tuptanie do góry na dworzec. Powoli, ale poszło. Trochę ludków się kręci, zwłaszcza policja - chyba do każdego pociągu się pojawia. Fajnie noszą pistolety - odstają od pasa, pewnie gotowe do szybkiego użycia. I jakieś duże te giwery.
Z pociągiem ten kłopot, że ciężko mi sprawnie wsiąść i wysiąść. Wiadomo, że pierwsze kroki najtrudniejsze, a tu jeszcze i plecak i peron... Ale dałem radę. Pierwszy raz jadę na siedząco, za to naprzeciw niesłychanie nerwowego młodzieńca. Dłuższej podróży nie dałbym rady.
Wracam do Soto de Luina - bo alberg niekłopotliwy. Znaczy jakiekolwiek miejsce to zawsze się znajdzie, no i donativo. Od dworca do albergu dokładnie 30 minut. Porażka absolutna. To chyba tak na wszelki wypadek, gdybym miał jakiekolwiek wątpliwości.
Oczywiście w sali komplet, idę do znajomej mi jadalni - jestem pierwszy i zajmuję mój kąt. Zaniedługo zjawia się hospitalero i lokuje tu całą ekipę kolarzy. W sumie widzę chyba 7 mat. Moja komórka słabo zasięg łapie, ale z dworu dzwonię na Monte del Gozo. O. Roman każe przyjeżdżać, jeszcze chce na dworzec lecieć. Jakoś dojdę - autobus 6tka gdzieś tam leci.
Smsy z powiadomieniem też poszły jakoś. No i Gosia się dodzwoniła - od wczoraj wie, no i pokwitowała odbiór decyzji.
Więcej nie ma co pisać. Szkoła pokory i tyle. No i dzień Przemienienia. Też pewno musiało być. Nie inaczej.
7 sierpnia, wtorek, dzień 21.
Moi kolarze przyszli 0.30, rano wstali przed 9tą. Ładnie. Reszta albergu wcześniej na nogach i w drogę. Jest i Marcel. Ciekawe, gdzie tak za mną został. A taki sportowiec.
Rano najpierw śniadanie, żeby ibuprom wziąć. Ostatnie 2 tabletki. Przed 9tą w drogę na stację. Tempo wiadome. Znowu prawie 30 minut.
W pociągu pustawo i wygodnie. Widać ładnie, droga się dłuży. W Ferrol do autobusów niedaleko, autobus za godzinę, więc przegryzka pod drzewem na parkingu.
Jazda godzinę z kawałkiem. W Santiago kłopot z orientacją, pani w informacji i plan pomagają. Przy samym przystanku market - zakupy, żeby być samowystarczalnym i za niedługo jest 6tka. Ja o Monte del Gozo - pan kierowca kręci głową, że coś nie. Wiem, że nie na górę jedzie, ale chociaż kierunek ten. Po drodze znajoma ścieżka, hotel, most, tablica. Ależ to blisko.
Jest drogowskaz na Monte, pan macha ręką. Tuptam do góry. Na skrzyżowaniu wątpliwość, czy nie pójdę na darmo. Są i tablice - jestem.
Pani Dorota wychodzi naprzeciw, widać uprzedzona o takim, co będzie kuśtykał. Cudowna zupa. O. Roman bardzo miły. Spowiedź, Msza Święta, kąpiel. Pani profesor z Krakowa upiera się na nacieranie Fastum i kompresy. Nie protestuję.
Pokoik miły. Zalegam. Co ma być, niech się dzieje.
Postanowienia dojrzewają, one będą owocem.
8 sierpnia, środa.
Wstałem na Mszę o 8.30. Przy śniadaniu (oj, przeciągnęło się) Polacy z Paryża. Potem miejsce bez wiatru pod żywopłotem i krzyżówki.
Obiad w towarzystwie Katangi (Angola) i Juana (Kuba). Potem znów słonko pod drzewkiem. Słonko na nogi, cień na głowę. Z panią Agnieszką rozmowa o pielgrzymkach i szlaku cysterskim.
Przyjechał polski franciszkanin z Peru z parafianami - objazd polskim autobusem po całej Europie, 43 dni w drodze, część jeszcze 10 dni w Ziemi Świętej. Mocne.
Po kolacji net i - jak się okazuje - mecz Zagłębia Lubin w eliminacjach Ligi Mistrzów. Rozczarowanie. Długa rozmowa o różnościach, późno spać.
9 sierpnia, czwartek.
Noga jakby lepiej. W kaplicy bolała. Przy śniadaniu pani Agnieszka chce mnie wysłać do lekarzy. A co oni zmienią?
O. Roman z Polakami gdzieś jadą. Ja do pokoju i leżeć. Nawet pospałem.
Obiad podany do pokoju. Kochana ta p. Dorota, taka szczera, otwarta kobieta.
Po południu dotarli Ślązacy, w tym trójka lekarzy. Chwilę wcześniej konsultacja z Olą, plus tu diagnoza - jak nic więzadła krzyżowe. Kolacja w licznym gronie (pomidorowa z ryżem), potem olofen od p. Doroty.
10 sierpnia, piątek.
Od razu noga lepiej. Sugestia czy fakt? Ale po kaplicy już mogę. Do południa grzecznie wyrko, tym bardziej, że upał się zrobił i mój pawilon to najchłodniejsze miejsce. Obiad z Katangą i Kubańczykiem - O. Roman gdzieś w świecie, Agnieszka na Finisterze. Po obiedzie spacer na górkę. Jednak z chodzeniem to jeszcze nie tak idealnie. Boli.
Pranie w końcu robię, potem mata w cień pod drzewem. Zjeżdża się kupa ludzi, jakieś autobusy. Będzie gęsto?
Oglądam kawałek meczu Wisła - Korona, proszą na kolację. Świętujemy wczorajsze imieniny Romana. Wypatrzyłem gitarę - robi się niesłychanie długi wieczór. Bardzo miło. Nogi bolą.
11 sierpnia, sobota.
Po wieczornych śpiewach długie spanie i leniwy poranek. Śniadanie na wezwanie, bo potem Roman jedzie do pracy.
Po piątkowym spacerze teraz grzecznie siedzę w pokoju, Rewia Rozrywki dobiega końca - dawno takiego procentu rozwiązań nie miałem.
Po południu Marcel woła mnie na obiad, potem długo siedzimy i gadamy z Dorotą i Ryszardem. Piorę resztę rzeczy - wszystko jakieś inne będzie w plecaku. Chcę w końcu Mszę odprawić, ale Roman długo z pracy nie wraca. Wreszcie, gdy mnie wołają na kolację - akurat jest i Roman. Tym razem obwiązałem oba kolana - przy chodzeniu to jednak niezbędne.
Na kolacji (tym razem u Doroty i Rysia) jest i para Ślązaków, przed 23cią dojeżdżają Polacy - Wiesiek z żoną i kuzynką. On jest pilotem śmigłowca, gasi pożary pod Madrytem, ma tydzień wolnego. W Polsce przez lata latał w Świdwinie, zaś żona ze Szczyrzyca. Mały ten świat.
Znowu kłopot ze spaniem. Długo.
12 sierpnia, niedziela.
Na śniadanie obudziła mnie p. Agnieszka, bo dziś każdy sam skrobie, a zaraz Roman jedzie i chata będzie zamknięta. Zdążyłem nawet zajrzeć na pocztę.
Do południa czytanie i polegiwanie, potem nawet drzemka. Coś po 14tej Roman przyszedł ciągnąć mnie na obiad. Byliśmy w centrum handlowym - w mieście pusto, cała absolutnie wiara na plaży.
Po sjeście zbieram się na spacer. Skoro jutro Finistera - trzeba cokolwiek się ruszyć. Bandaże na kolana, buty na nogi. Od razu coś mi te kolana słabo idą. Dochodzę do pomnika, tam kończę różaniec. Ruszam w dół - jest lekka tragedia.
O 20tej Msza - jest cały tłumek Polaków, w tym pallotyn z Krakowa z czwórką. Po Mszy miejscowi rozjeżdżają się, za to dochodzą Ślązacy (byli 2 dni nad morzem) i jest kolacja na 16 osób (w dużej jadalni). Doktor mnie bada - nic tylko odpoczynek. Oj, można czegoś dostać od przymusowego siedzenia. Wieczór u Romana - poczta, wino, chwila gadki. Jutro jadę do katedry.
30 października, wtorek. 2 miesiące po.
Notatki w zeszycie urwały się; trochę czasu minęło, dopiszę to, co najważniejsze.
W poniedziałek katedra. Przed 11tą Roman podwiózł nas do miasta. Razem z Agnieszką spacer do Franciszkanów, na plac, potem już sam do katedry. Po compostelki ładna kolejka.... tym razem nie dla mnie. Msza jak zwykle tłumna. Trochę żal, trochę refleksja. Myślę, że pielgrzymka i tak owocna.
Gdy odchodzę od komunii - machają do mnie..... moje Włoszki!!! Potem przy zakrystii rozmawiamy chwilę. Tiziana i Regina są nauczycielkami. Fajne dziewczyny. Miło, że poznały i podeszły.
Po dziękczynieniu ruch koło ołtarza. Sąsiad stuka mnie w bok i mówi, że będą dymić. Rzeczywiście, uruchamiają kadzielnicę. Wrażenie jest niesamowite. Nie myślałem, że aż takie. No, jednak na jedną choćby atrakcję się tu załapałem.
We wtorek, 14go pojechałem na Finisterę. Rano była nikła nadzieja na ładną pogodę, po dojechaniu prysła. Aż w cały komplet deszczowy się ubierałem. Na sam cypel nie było co iść. Widoczność 10 m. Spacer od przystanku na cypel (w sumie 4 km) zajął 2 i pół godziny. Porażka całkowita. Na dobicie: od przystanku (tego pod Monte do Gozo) nie miałem serca wlec się pod górę - Romana nie było, Dorota wyciągnęła kierowcę od Krakusów. Bez komentarza.
Wracając w znajomym markecie przy przystanku nabyłem żyletki i żel do golenia. Pod wieczór Roman mógł stwierdzić: no, teraz to mi wyglądasz na polskiego proboszcza. Gdy wróciłem, moje rzeczy przeniesione do infirmerii. Właściwe miejsce jak dla mnie, prawda? Kolacja z pożegnaniem Agnieszki - poleciała nazajutrz rano.
15go, w uroczystość Wniebowzięcia pod wieczór zabrano mnie na wieś, do domku jednego z rodaków. Miły wieczór, chłopy ostro w piłkę grali. Myślałem, że na bramkę się nadam..... upokorzenie i ból. Nawet do tego się nie nadaję. Reszta wieczoru głównie w pozycji horyzontalnej.
W czwartek, 16go załapałem się na pielgrzymkową robotę, choć przy użyciu auta. Katanga miał za kilka dni prowadzić pielgrzymkę od O'Cebreiro do SdC, Roman chciał mu pokazać trasę. Ja na tylnym siedzeniu, była okazja nieco przypomnieć sobie stare kawałki. Okazało się, że któregoś dnia niewiedzący wybraliśmy drogę alternatywną; ominęło nas benedyktyńskie opactwo, za to wtedy mieliśmy cudowny pokaz mgieł w dolinie. Następnym razem trzeba będzie pójść dołem. Objazd zeszedł do dobrego popołudnia. Aha, z rana bardzo piękne jak na Hiszpanię zjawisko: na termometrze 8 st. C. Ciepłe kraje, co? No, ale to Galicja, poza tym to było w górkach pod O'Cebreiro.
Bilety miałem na 17go - rano Roman odwiózł na lotnisko. Odprawa sprawna, czekanie przy kawie, lot z małym opóźnieniem ale przy ładnej pogodzie - cały czas widoki przez okno. W Madrycie parę godzin czekania, był czas podziwiać ruch na płycie lotniska i odwiedzić znajomego MacDonaldsa. Lot do Berlina już po ciemku, miejsce przy przejściu, zatem bez widoków, tylko Berlin przy podejściu widoczny dość ładnie. Na lotnisku przymiliłem się do polskiego małżeństwa jadącego do kraju (rejestracja szczecińska na parkingu, ona czekała, on z opóźnieniem wracał z Amsterdamu), wysadzili mnie w Chojnie. Na rano byłem w domu, pan Sobczak dowiózł mnie z Jastrzębca z krzyżówki.
No a nogi... Na razie chodzę. Tyle.
|