Znowu Aśka mi chodzi po głowie - w sumie to a tym postoju poukładałem sobie, co chcę jej powiedzieć i o co zapytać. Pewno i tak zapomnę.
Z wczoraj wiem, że ma być do góry, więc się na to nastawiam. Jest 15.30 i ciepełko niezłe. Wspinaczki koło 40 min. Jest wioska z kościołem, wodą i ławkami [Senergues]. Właściwie dlaczego w końcu nie zjeść obiadu? Oj coś strasznie mało chce mi się jeść, choć z drugiej strony te serki to przecież kalorie.
Dochodzi strasznie zmęczony facet. Proponuję kawę - korzysta. Ja jem, on się kręci, potem idzie. W ścieku pod kranem znajduje żabę. Robię foto. Idę 10 min po nim. Okazuje się, że droga dalej w górę. Nie tak miało być.
Kawałki asfaltu - z jednej strony równo i płasko , a z drugiej jakoś gorzej po nim. Wybredny jestem - idealne byłoby polne drogi z miekką ziemią, bez kamieni. Tu niestety takich na lekarstwo. Kamienie różnej wielkości ale pod dostatkiem.
Doganiam gościa na asfalcie - nie che z nim na razie, więc siadam i piję. I tak doganiam wkrótce. Właśnie drogowskaz Conques 30 min i droga w dół. Gość dotrzymuje kroku. Potykam się i łapię jakieś kolczaste gówno. Mało przyjemne. Po postoju na wodę on z przodu i tak wchodzimy do miasta. Oj daje w kość takie zejście. Miasta z góry nie widać, jest na stoku i za zaroślami. Zostawiam bagaż w gites i idę do kościoła. Różaniec i idę do domu, nigdzie obsługi, chyba tu skarbonka obowiązuje i samoobsługa. Kąpiel, pranie - wyrzucam nowe majtki bo farbują i siedzę, piszę, gadam z Dawidem.
Jak mi wczoraj kobieta powiedziała o tym księdzu Polaku w Conques to mi w głowie namieszała. Oj nie powiem, pomarzyło mi się zimne piwko przy wieczorku. Oj zamieszanko w głowie. Temat wracał. W końcu koło południa słowo: jak SZEF zechce dać mu okazję do okazania polskiej gościnności, to da. Wydzwaniać ani szukać za bardzo nie będę. Po dojściu poczołgałem się do kościoła - coś pięknego i niesamowitego - nie ukrywałem koszulki Kołbacz, odmówiłem różaniec, rundka po okolicy - nic. Widać nie ma mieć okazji do gościnności. Wiedziałem, że pokora t o cenna cecha - szkolenia w niej nigdy za wiele.
Dziś szedłem w intencji parafii. Kawałek niby nie ogromny, ale wyjście późne, ciepło no i nogi dają. Zdaje się, że dzień przerwy i to co jest po bąblach wyschłoby na wiór, może coś by zregenerowało. Mogę tyle, że na każdym postoju suszę. A wieczorem i na zejściach i tak boli jak cholera.
Wieczory są najgorsze ze względu na psychikę. Już by się chciało odpocząć, a tu dalej. I wcale niewiele chłodniej. Łapy, dekolt a zwłaszcza uszy mam zjarane. Skarpety pływają, za każdym razem. No, wczasów to tu nikt nie obiecywał, no nie?
Parafia widać też wymagała ofiary, więc ma. Nie wiem , jak mi się tam ułoży i jak długo, ale póki co kwitnijmy, gdzie nas posadzą. Alojz mówi, że się z ludźmi za mnie modli. Ciekawe, czy dociera do niektórych, gdzie się ich proboszcz szlaja. A że nie mają pojęcia, jak tu jest naprawdę - to oczywiste. Nie liczyłem.
Nie mam aparatu w pobliżu bo bym wypróbował kartę, co ją dostałem. Iradium chyba. Rodzina się, obejdzie, znajomi tym bardziej.
Nie wiem, jak jutro pobudka. budzika chyba nie nastawię. Zobaczymy, czy chłopy obudzą - jest ten z drogi młody i drugi po 50-tce. Chyba spać.
4 lipca, poniedziałek
dzień 9
Albo mamusia tak bardzo mojego chodzenia nie potrzebuje, albo tak mocno mi dziś pomagała. Oczywiście nie ma tak, żeby nie bolało. Ale z perspektywy wieczoru to trzeba rzec, że o wiele gorzej bywało.
Pobudka przed 7, w nocy głupie sny i przewracanie się. Myślałem, że ja tu będę spał jak zabity, a tu różnie bywa. Nawet bardzo różnie . Tak żeby kamieniem i do syta chyba jedną noc przespałem.
Więc wstaję, oni jeszcze w wyrkach, a na niebie chmury. Bieda. Pałatka została. Ale oni też leniwo. Próbuję dosypiać, rozpadało się na dobre. Jakoś po 9 obaj poszli. Czekam. Desperacja prawie.
Brewiarz, śniadanie - dalej pada. Próbuję poleżeć, Jakby jaśniej . Wstaję - lekko się przetarło. Od razu w drogę. Równo 11-ta.
Na wyjściu nie miałem znaczków GR, pytam chłopaka na parkingu, coś mi pokazał. Na skrzyżowaniu jest drogowskaz Decazeville 27. A górami miało być 20. W dodatku góra przede mną po prostu mnie powala. Conques w głębokim kanionie a tu ściana lasu. I to po deszczu. Trudno, dziś będzie inaczej. No gdyby jeszcze nie te bolące bąble. Idę. Po dobrych 40 min rozchodziłem. Tempo wcale nawet. Po słupkach 1 km= 12min, czyli 5 km/h. Na asfalcie się da. Nie takźle ze mną. Z dala widać wieś - dociągam. St Cyprien. Poniedziałek, więc nigdzie chleba. Mam 1/3 bagietki, musi wystarczyć. Szarpię się na colę i 3 pomidory. Ruszam - początek dramatyczny. Na postoju spojrzałem na bąble i coś mi za żółto. Jakby one nie były wyschnięte. Źle mi to wygląda - od razu psyche w dół. Rozchodzę się ponad 2 km. Boli. Skręt w boczniejszą drogę, ale ruch pory jak na dotychczasowe warunki. Droga pod górę trochę, wieś ale zero sklepu. Brak chleba wciąż wisi. Dociągam do skrzyżowania [Plateau d'Hymes] - okazuje się, że to nacjonalka. No to będę miał zabawę. Ruch jak na autostradzie prawie.
Postój przed skrzyżowaniem, oczywiście natychmiast nogi bose - niech się suszy. Koło 16 w drogę. Dobre, żę kawałek pobocza, jest gdzie uciekać. I tak wiele razy schodzę nad brzeg rowu. Tiry lecą jak u nas, tylko więcej ich.
Rozchodzenie jakby ciut szybciej. Dobrze, że droga w dół, a to pobocze miejscami miękkie. Może dlatego szybciej rozszedłem, że po różnym, noga siłą rzeczy różnie pracuje.
Jakiś kawałek wioski, potem Firmi - b. rozciągnięte. Zapowiadają z dala stoliki - ciągnę, bo i tak na raz do mety nie dojadę. Stoliki są, kibel straszny. Obiadokolacja - zostaje symboliczna piętka od bagietki. Ostatecznie sam ser też nieźle wchodzi. Pomidory dziwne albo ja smak po serze mam inny.
Rundka po Firmi - poniedziałek tu gorszy od niedzieli. Zero szans na chleb. Wracam na N 140. Ruch jakby nieco mniejszy, tirów ubyło. Mija policja - nie spojrzeli nawet, widać wolno po nacjonalkach. Zaczynam się mocno rozglądać po prawej, bo GR 65 jakoś bokiem się wije, wypadałoby tam wskoczyć, więc może jakaś nazwa z przewodnika się pojawi. Na skrz sprawdzam nazwy a z dala majaczy zielona strzałka. Sprawdzam (trzeba przejść przez szosę). Do Gitu zapisanego w guidzie! Bingo. Górka mała, zmęczenie w normie, bąble pozwalają. Git w bok od trasy, jestem sam. Drogo bo 13 E, ale ładnie. Pani nadrabia gadatliwością i przychylnością. Dziwne, jak wiele tego francuskiego umiem wyłapać. Zaczynam być dumny.
Pani rysuje wyjście na jutro, pociesza że góry mniejsze. Już to kiedyś słyszałem. Kąpiel i szybko operacja nogi. Okazuje się, że oba bąble są suche, ale nie dziurawione parę dni chyba pozasklepiały się. Poza tym wygląda to jak dwa gigantyczne odciski. Oj, przydałaby się Jagienka... Wiedziałaby, co i jak. Ja co mogłem.... podziurawiłem, psiknąłem i tyle.
Długi wieczór się zrobił bo prawie wszystko mam OK. a tu jeszcze słońce. Chyba rano trzeba dobrze budzik nastawiać. Przejrzałem guid - dzwonię do Gosi, może się uda namiot wysłać.
Upewniłem się co do adresu i kodu, powiadomiłem, że żyję - jutro do mamusi poleci. Jeśli jutro poczta się trafi - trzeba wysłać. Decazeville trochę z boku chyba wychodzi i może być rano, ale Villefranche potem jest. Pani i tak mnie poinformowała, że dalej nic nie kupię, więc rundka po mieście i tak mnie czeka.
Hihih pani weszła zatroszczyć się o mnie i żebym buty na noc schował, bo padać może.
Te dzisiejsze km asfaltem to w sumie dobra sprawa była. Zmęczenie zupełnie inne. Mam wrażenie, że ten szlak to układał ktoś spod hasła ... jak dobrze nam zdobywać góry i że chodzi w nim o zaliczenie wszystkich górek po drodze. Inna wersja - ktoś uciekał z nizin na góry bo tam bliżej Pana. W średniowieczu nie nosili z sobą takich garbów, nie troszczyli się o wygody, a mały węzełek to jakoś tam wtarabanił. Poza tym jak kto już szedł, to był przyzwyczajony i takie góry to nic takiego strasznego dla nich. Pewno tak .Niemniej dziś trochę gratuluję sobie - na płaskim nie jest ze mną tak źle, oszczędziłem dziś nieco zdrowia. A cola średnio smakowała.
Sms do Andrzeja - może jutro zadzwonię, może zechcą ze 2 dni wcześniej być. Ja i tak muszę coś podjechać, a na Hiszpanię byłoby lżej.
Chmurzy się na wieczór, trochę się boję. Ale chłodno, więc może OK.
5 lipca, wtorek
dzień 10
Dzień bez atrakcji to dzień stracony. Oczywiście najciekawiej zwykle jest wieczorem.
Rano budzik o 6, ale oczywiście dosypianie, wyszedłem 6.45. Rozruch b. ciężki. W tabacu też się da chleb kupić - mogę spokojnie lecieć dalej. Przedmieścia Decazeville są b. obszerne i górskie. Tyle pociechy, że jak się już rozszedłem z bąblami to dziś chyba pierwszy dzień, że górki mi nie dokuczają. Idę bez problemu, nawet sporo pod górę, b. optymistycznie.
Ależ wspinaczka wielka. I tylko po to, by przejść obok kościoła Św. Rocha i z powrotem zejść w dół do Livinghac. A dołem było 4 km. Nie powiem, widoki ładne, ale po co to mi? W Livinghac jestem 9.40 a poczta od 10. Zakupy, piję 7up i czekam. Wysyłam namiot. Od razu mi lepiej. Co prawda zrobiłem zakupy i nie wiem po co na nowo dźwigam kilogramy, ale balastu już nie ma. Humor 9.
Reszta dnia to istny labirynt. Dróżki, ścieżki, plątanina. Nie połapiesz się w tym za Chiny. Tylko wg znaczków. Chłodno jest, choć słonko, idę z małymi postojami bez oglądania się na sjestę. Na obiadowym postoju przesada - okazuje się, że właśnie szlak idzie od Figeac po to, by przejść przez wioskę. Po postoju daję pokój, idę asfaltem. Szkoda, że nie do końca, jeszcze bym nieco obciął.
Przed Figeac ostro szukam gita. Parę razy pytam, ok. Nagle jestem w mieście. Za znaczkami - i nic. Pytam pana z pieskiem. Muszę do miasta. Na rynku pytam drugiego - muszę do góry. U góry na placu pytam przy knajpie - stanowczo do góry i po prawej. Lecę do góry - chyba jednak za daleko - dziewczyny nie wiedzą, ale na ul. Batalie mnie wiodą. Zadupie i za miastem. Schodzę. Pierwsi ludzie - pokazali, że za 300 m. Ufff. Jest gites, tylko czemu taki kawał od szlaku?
Wieczór ze Stefanem - Niemcem z Poczdamu. Pracuje w szpitalu, chyba sam trochę chory, bo tiki jakieś ma i jakiś lekko nie pozbierany. Idzie z Berlina, 10 tyg w drodze, buty musiał kupić nowe, a dziś mu ukradli portfel. Ale piwem poczęstował.
Gites pełny, śpię na podwójnym wyrku tuż przy drzwiach. Światła zero, więc piszę szybko, bo zmrok idzie.
Opatrzyłem nogi oxycortem, bąble zaczynają się odrywać. Przynajmniej na lewej od spodem był drugi. Wieczorem po kąpieli miękkie to wszystko zobaczymy rano. Na pewno jeszcze trochę poboli.
Dziś było za Ewę. Dzień nawet w miarę, choć zmęczenia i znużenia nie brakowało, za to wieczór naprawdę atrakcji pełen.
Miałem telefonować, ale nie ma skąd. Idę spać bo ciemno.
6 lipca, środa
dzień 11
No to na razie mam przymusowy postój, bo pada. Pałatka znikła, a nawet gdybym ją miał, to żadna frajda w taki deszcz chodzić. A i moje nogi chyba nie mają nic przeciwko dodatkowemu suszeniu zamiast moczenia.
Kobiety wstały po 6, hałasu narobiły, spać nie sposób. Wyjrzałem i stwierdziłem, że nawet gdyby to był tylko chłodny poranek - nie muszę lecieć, skoro świt. Potem się wyjaśniło - zdecydowanie deszczowo. Facet poszedł pierwszy, obie babki po śniadanku, mój Niemiec też. Dospałem. Pani się kręciła, zmieniała pościele - trochę głupio, ale zero komentarzy. Turysta jestem, zapłaciłem.
Jakieś wiercenie i remonty się porobiły - wstałem, zebrałem rzeczy , siedzę pod daszkiem. Jak się da to w 5 min jestem na drodze. Na razie zaciągnięte, nie bardzo widać szanse na marsz. Gdy w Conques padało - jakoś bardziej się tym przejmowałem. Dziś nie wykluczam dzionka wolnego dla moich stóp. Trochę zasłużyły. A i tak przejście całego Szlaku w założonym czasie okazało się fizycznie niemożliwe. Więc skoro jechać, to 1 dzień w te czy we w te takiej wielkiej różnicy nie zrobi. A jeśli stopom to pomoże - jestem za. Myślę jednak , że za niedługo jednak się rozjaśni. No chyba żeby jednak nie. Szkoła cierpliwości.
Wyszedłem koło 11, rundka po mieście ale poczty nie ma, tylko pomidory kupiłem. Pić się chce, na wyjściu najdroższa w życiu Ice Tea. Najpierw za most pod górę, ale po spojrzeniu na plan w dół i wzdłuż rzeki. Nagle ulewa. Lunęło naprawdę błyskawicznie. Zanim się schowałem pod daszek z wózkami u Championa byłem mokry. Runda po sklepie, pałatek nie ma, nic nie biorę bo ciężko będzie. Jedzenie mam.
Idę drogą. Za miastem drogowskaz do Cajarc 21 km. No to inna rozmowa. Po może 7miu postój i jedzonko. Jakoś nie idzie. Drzemka z głową 30 cm od asfaltu - specyficzna sprawa. Ruszam - wychodzi pod górkę i to długo. Stopniowo załamka. Chyba bardziej zmęczenie zmęczeniem, bo niby nie jest aż tak tragicznie. Dojrzewam do przerwy.
Gdzieś w połowie - siadam i łapię stopa. Po pól godz jest bus, ale tylko 5 km do Campuac czy jakoś tak. [Okazało się, że to było Grealou]. Dalej nie jedzie. Wysiadam, mam 8 km. Desperacja. Jakoś poszedł pierwszy, może i dalsze. Nastawiam się na ciężko - było bez tragedii. Ale nogi dają.
Na wejściu do Cajarc jest market. Szaleję. Powoli tuptam do miasta - gites na tyłach rynku znaczy placu. Pełno. Rzucam garba i idę telefonować. Tylko do Gosi poszło i potem do Andrzeja. Mniej więcej omówione, nawet wyniki TdF poniekąd znam.
Jest znajomy przed paru dni od dwóch plecaków (chyba z Conques), jest Stephan z Poczdamu. Ktoś za mnie dzwoni od szefowej, ta przychodzi i kasuje. Opatruję nogi. Stół się zwalnia, jemy ze Stephanem kolację (każdy swoje), on daje piwko, po kolacji razem na ławkę, doimy Cidre. Niezłe, gasi pragnienie. Długa rozmowa po niemiecku - facet szuka czegoś w życiu, jako sanitariusz odrabia wojsko. W drodze od 9 maja. Fajny w sumie, a że miewa tik nerwowy - pierwsze wrażenie różne.
Nie wiem co z nogami. W sumie ta przerwa miałaby sens. Może rano coś się rozjaśni. Cisza zapadła, pewno wszystko rano się zerwie, więc lecę spać.
7 lipca, czwartek
dzień 12
Tak to jeszcze nie pisałem - na murku na dworcu, ale jest wygodnie, tyle że chłodno coś.
Zrobił się dzień na przelot. Rano jeszcze miałem trochę dobrej woli, ale tak z umiarem. Wyjąłem kasę ze ściany, nabyłem pomidory i ze Stefanem w drogę. Coś mu do gustu przypadłem, poczekał na mnie rano. Wyszliśmy 7.15. Początek taki jak zawsze - przy czym wyraźniej czuję ścięgna niż bąble. Uszedłem 3 km i się poddałem. Wymieniliśmy adresy, b. podziękowałem mu za pomoc - on w szlak, ja do wsi. Okazuje się, że zadupie. Lepiej wracać do Cajarc, bo tam autobusy widziałem [wieś Gaillac]. No to na stopa - stanął pan terenowym jakimś. Bardzo miły, na sam przystanek dowiózł. W sam raz, że zdążyłem na 9.14 do Cahors. Na dworcu najpierw mapa, potem liczenie 10 dni od końca - wypada na Lectoure, no i wygląda że będzie dojazd. Do pani do kasy - na 17 mogę być. Świetnie, lepiej się nie spodziewałem. Oprócz 7 E za bus, teraz 21 E. Dostaję bilety z godzinami odjazdu - to jest dobre. Mam godzinę, więc śniadanko i Dawid na ławce przed dworcem.
Pociąg elektryczny, b. ładnie jechał. Przesiadka w Montauban - nawet nie idę z dworca bo zaraz. Wsiadam do TGV. Trochę tremy, bo to przecież sława, ale okazuje się, że jedzie jak zwykły pospieszny. Pewno za Bordeaux zrobili spec tory, to przyspieszy. A że ładny i cicho - to też fakt.
Przesiadka w Agen - stąd mam autobus. To nie tylko polski pomysł, żeby na bocznych liniach zamiast pociągów autobusy jeździły. B. mi się zachciało owoców - runda po mieście - jak na złość same butiki. I tak postój mi się skrócił, wiec dalej nie szukam ,siedzę na tej ławce i nogi wietrzę.
Ścięgna widzę już odpoczęły - spacer dość ulgowo. Widać tak ten dzień miał wyglądać - odpoczynek był potrzebny, przelot wypadł konieczny, i taksie wyliczyło, że na start i metę można dojechać, nie żadne wielkie zadupie. I jak tu nie wierzyć w Opatrzność? Melodyjki na dworcach grają- już mi w uszach gra. Pociągi ładne, ludzi nie za wiele. Właśnie wjechał TGV w drugą stronę. A ja i tak wolę pieszo.
No to się prawie luksus porobił, a nawet w pełni. Z Agen autobusem bez problemu do Lectoure, tu na planie mam gites, idę - zamknięty. W guidzie było o przyjmowaniu pielgrzymów na plebani - może choć Mszę dadzą odprawić. Plebania przy katedrze. Gość czyta moją kartkę i najpierw każe iść do sypialni, potem o 18 Msza a o 19 jedzonko. No to pięknie. Msza w zakrystii. Dziwny kraj!!! Taka piękna katedra a oni w zakrystii odprawiają. Księżulo niesamowity, ale że chcę odprawiać zrozumiał. Co prawda nie jestem pewien, czy Pan Jezus zrozumiał, co ja mówiłem, ale skoro Przeistoczenie on mówił, to Komunia ważna.
Jedzonko super. Zupka, sałatki, coś w rodzaju pizzy + makaron (raczej zapiekanki) i owoce na deser. Najedzony jestem jak nigdy. Całe szczęście że na wiele takich gościn nie ma co liczyć. Tylko przy stole średnio sobie pogadałem, zrozumieć też nie za wiele. Trochę łapię, o czym jest rozmowa, ale o szczegółach oczywiście mowy nie ma.
Do budki - telefony. Najpierw mama - była zaskoczona. Normalne, że do Gosi. Na bieżąco alles gadam, o ile tylko na nogach w budce ustoję. Jutro Hania jedzie do babci. Miło.
W pokoju znowu mam Niemca. Klaudius jest ze Stuttgartu, idzie już ponad miesiąc z Cluny, siedział parę miesięcy w Taize, zna parę zwrotów po polsku. Rano chce się zrywać, zobaczymy czy ja z nim. Jest obok jedna Szwajcarka, rodzina z Francji i ten co przyszedł wieczorem, kudłaty Andreas nie wiem skąd. Ten to ładny cudak.
Dzisiejszy odpoczynek na pewno nie wypadł źle. Co prawda gdyby nóżki leżały byłoby super, ale nie oczekujmy cudów. Spacer do budki i tak wypadł nieźle. Teraz to już nie ma odwrotu. Odliczone 10 etapów od St Jean i nie ma co kombinować inaczej. Gór na razie nie widać, okolica b. łagodnie pofałdowana, więc przynajmniej z tym powinno być bez bólu. Bąble zdecydowanie przyschły, ścięgna trochę dokuczają, ale jak będzie naprawdę to się rano pokaże.
Jakby miało być źle - to już nie boję. Ale to na 99 proc sprawa psychiki. Dzisiejszy luz na pewno będzie oki. Fajnie jest zobaczyć cywilizację i przejechać się TGV (Gosia nie wierzyła), ale Szlak to co inego. Chętnie wrócę do drzemek po rowach. Nie mam ni przeciw.
Z kościołami bieda - w niedzielę pewno mocno się będę gimnastykował. Dziś w sumie wieczór ideał. Teraz wypada się idealnie wyspał. Klaudius właśnie zaległ.
8 lipca, piątek
dzień 13
Fajnie jest. Jest wpół do ósmej, na spanie za wcześnie, a ja nie mam co robić. Może jednak powydłużać te etapy? Chyba za późno.
Przenosiny zdecydowanie dobrze mi zrobiły. Wczoraj nie mogłem się doczekać odpowiedzi na sms - sen mnie zmorzył. Jak zasnąłem - to kamieniem do rana. Klaudius rano mnie pytał czy dobrze spałem - obawiam się, że on nie z powodu mojego chrapania.
Budzik ledwo dosłyszałem, Klaudius musiał sam wyłączyć. Obudziłem się 6.40, on się głośno zbierał. Wstałem, gdy wyszedł, spotkaliśmy się w refektarzu. On widać kończył dobre śniadanie, ja tylko łyknąłem kawy. Coś po 7 w drogę. Chleba nie kupowałem, trzeba zjeść stary. Straganów z owocami masa, szkoda że tylko rano. Pomidorki i w drogę - na wyjściu z miasta koło 7.30. Klaudius mnie wyprzedził z bagietką pod plecakiem - jeszcze spory kawałek widziałem go przed sobą.
Droga całkiem oki, góry się skończyły, to co jest to małe łagodne pagórki. Dla moich już wyrobionych nóg to okazuje się nie problem, a i serducho przyspiesza tylko trochę. Pogoda idealna - nie za ciepło, wieczorem wręcz pochmurno. Bąble zdecydowanie się zaleczyły, czuję tylko tego nowego na prawej pięcie. Jedyny problem to ścięgna, zwłaszcza w lewej stopie - czuję je cały dzień. Musi, że gdy miałem te paskudne bąble, stawiałem stopę odruchowo bokiem - stąd teraz ten ból.
Śniadanko pod miłym drzewkiem , cień nawet ładny. Na górkę wejdę po jedzonku. Moje resztki bagietek okazują się nie do jedzenia - gdy piętka wyschnie jest jak kamień, a ta miała chyba 3 dni. Jedzonka mam niewiele, ale liczę na sklepy w Condom. Na szlaku miasta okazują się być po to, by zrobić zakupy, ew. przespać się - choć to akurat niekoniecznie w mieście, tyle że większość gitów jest tam.
Po śniadaniu drzemka - budzę się jak na zawołanie o 10. Zbieram się - dogania mnie wycieczka pań w balzakowskim wieku. Do tego gadający starszy pan na rowerku. Ciekawa impreza. Zatrzymują się 400 m dalej - jest ławeczka + stolik . Jak się zna teren....
Droga całkiem przyjemnie wije się po polach. Podejść kilka, ale bez przesady. Z rana ogromne pola słoneczników. Rozumiem Van Gogha. Jak się widzi ich masę od góry, od strony słońca - wrażenie żółtych plam jest niesamowite. W południe pierwsze błądzenie, nie takie znów wielkie. Przed farmą była strzałka w lewo, tak poszedłem, ale wewnątrz farmy droga robiła S i był ciąg dalszy. Tu nie ma znaczków na każdym słupie, więc kto wie czy to nie to - jak mi się droga skończyła w kukurydzy to nie było wyjścia - mus wracać. Na przełaj przez kukurydzę się nie odważyłem. Z powrotem chłopu przez podwórko - żywego ducha brak. Za farmą nieco w dół i robię postój w cieniu. Pogawędka z Dawidem i drzemka - brewiarz okazuje się bardzo dobry pod głowę. Na wielkkość pasuje, Pobudka po godzinie - jak z budzikiem. Rytm jest wyrobiony.
Niedaleko kaplica św. Gerwazego, miły cień pod drzewami i woda. Jak nie ma wodociągów, to każde takie źródełko się ceni. Znowu po polach - teraz jakoś więcej zbożowych, część po żniwach, część w trakcie. I owies się trafił. Tempo mam miłe, zapowiada się ludzkie dojście.
Kawałek wzdłuż jeziorka - najpierw coś bagnistego (spłoszyłem sarnę lub łanię - ciemna jakaś) potem wzdłuż wody (nie spłoszyłem czapli), potem w górę i na zboczu postój pod dębem. Gotuję wodę - nareszcie skończyła się butla. A ja tydzień temu panikowałem. Na obiad resztki chleba, tym bardziej resztki sera. Konserwy nie ruszam.
Spokojnie drepczę dalej, rozmyślam Drogą Krzyżową, jakoś szybko robią się przedmieścia Condom. Śliczna ta nazwa. Ścięgno się nieco wyrobiło, ale pobolewa., w sam raz tak, żebym nie zapomniał, że oto pielgrzymka.
W mieście wg znaczków, w końcu na Office de Turisme. Dostałem plan - okazuje że przeszedłem 10 m od wejścia do gita. Gites w starej szkole, warunki spartańskie, ale jest wcześnie, dużo ciepłej wody i luz itanio. W 2 .pokoju 3 kobiety, razem przy kolacji - znaczy one przy swoim stole (one są 2+1), otwieram im wino, chcą częstować pizzą i melonem. Grzecznie dziękuję.
Pisać lepiej przy stole - wróciłem do kuchni. Na wieczór mam piwko i nektarynki. Kupiłem po drodze, tuż przy katedrze. Na razie nóżki odpoczywają, pranie się suszy, porządek w plecaku pełen klar, notatki nadrobione, a tu dopiero 20ta. Na miasto nie idę, nogi mają odpoczywać, telefony odpracowałem wczoraj.
Dzisiejszy dzień był za Hanię. Może nasz aniołek aż tak wielkiego wysiłku nie wymaga, w sumie prawie odpoczynkowo ni dzisiaj. Na wieczór, gdy się ścięgno wyrobiło to był moment, że wręcz luksusowo się spacerowało. Przed śniadaniem pośpiewałem stare pielgrzymkowe przeboje - też. Fantastycznie się szło. Może w końcu ta droga przestanie być taką mordęgą? Ale pewno musiał być czyściec, żeby teraz było w miarę oki.
No i wychodzi, że pomysł z dniem przerwy był trafiony. I myślę, że we właściwym dniu. Tak miało być. Być może kiedyś będę żałował tych ominiętych km, może będę się zastanawiał, czy nie można było inaczej., ale jak pomyślę, jak się czułem na drodze wczoraj rano, a jak dziś po południu - właściwie nie ma dyskusji. Jakiś podjazd i tak musiał być i to chyba była akurat pora.
Jutro ponad 30 km - tu się okaże, na co może mnie być stać. Za tona niedzielę pełne wczasy - niecałe 20. Będzie czas szukać Mszy.
Kobiałki dalej konsumują - chyba już owoce. Ci Francuzi to lubią to siedzenie....
9 lipca, sobota
dzień 14
Tego jeszcze nie grali. Właśnie odstawiłem godziną pogawędkę z Kanadyjczykiem po angielsku, wypiłem armaniakiem zdrowie jego syna i umówiłem się na jego przyjazd do Ściechowa.
Rano pobudka oczywiście z bólem .Bez bólu zostawiłem ręcznik i jeden kartusz. Chyba 7.15 na drodze. Powoli się rozpędzam przez miasto - ładna droga nad rzeką. Za miastem trochę pod górę, na kulminacji ładny widok i potem mocno w dół. Przy słonecznikach siadam na śniadanie. Pasztet zdecydowanie za słony, pomidorów nie mam. Mała drzemka i koło 10 idę dalej. Może dociągnę do Montreal.
Dociągam, ale trochę na rzęsach. Zakupy w sklepie na rynku, nigdzie nie idę, siadam na ławce przy fontannie. Próbuję spać, ale za dużo szumu, Zapomniałem o brewiarzu. Przed 13 w drogę z nastawieniem na obiad. Ponieważ idzie nie najgorzej - obiad się opóźnia . Potem idę po terenie winnic - pewno głupio siadać komuś na terenie. W końcu duża kępa drzew, ładna trawka - siadam.
Gdy parzę kawę, zajeżdża facet na quadzie. Patrol. Miło nastawiony, grzeczny, nic nie gada i nie goni ale widzę, że nie pośpię. Stoi nade mną i tyle. Kończę jedzenie i się zwijam. Nie odpocząłem wcale. Zły jestem na niego, choć fotka mi po nim zostanie.
Chmurzy się, choć na razie deszcz wyraźnie bokiem. Ciągnę, póki ścięgna rozgrzane. Miło droga byłym torowiskiem. Tak mi wyglądało to po nasypach i mostkach na byłe tory, a tu i znaki i dworzec się trafiły. Ciągnę, ale końca dróżki nie widać - siadam na odpoczynek i brewiarz. Wiatr nagle ucicha - deszcz wisi w powietrzu. Nie odpocznę.
Idę dalej, zaczyna kropić gdy się nasila - jak na zawołanie ławka przy drodze. Naciągam płachtę - przez to, że mata na plecaku, płachta jest za krótka. Na przyszłość trzeba podumać.
Deszcz chwilowo rzęsisty, ale krótki. Pod tą akacją wiele nie zmokłem. Miasto musi być blisko. Po 15 min ruszam. Na samym dojściu dogania mnie Klaudius z wielkim kijem. Wypatrzył Leclerka - ja też idę po piwo i owoce. Czekam na niego przy wejściu, idziemy do miasta. Pytam go o gites - skrzywia się, mówi, że idzie pytać przy kościele o miejsce do spania. Ja od razu do Of de Turisme - zamknięte. W sklepie obok pokazują mi wejście do gitesa - tuż obok. Wszystkie łóżka zajęte. Są kobiety z wczorajszego i przedwczorajszego noclegu. Nigdzie dalej nie idę. Przedsionek wygląda b. miło, nawet meble do siedzenia są.
Idę do katedry - właśnie zamknęli. Widzę tablicę, że Msza w niedziele 10.30. Na ławce siedzi bezradny Klaudius. Mówię, że ja siedzę, a on nie wiem co z sobą zrobi. Dziecko nie jest.
Najpierw kąpiel, potem kolacja. Wszyscy mili, prawie same baby, b. gadatliwe. Zagaduje mnie Denis - Kanadyjczyk z Quebecu.
Postawił armaniaka - dziś urodziny jego syna. Zgadzam się na toast. Nawiązuje się gadka - schodzi nam z godzina. W końcu zaprasza się do mnie - ma mojego maila. Zobaczymy.
W międzyczasie mocny deszcz a po nim piękna tęcza, miejscami podwójna. Denis mówi, że wg internetu następne dni mają być zdecydowanie w słońcu.
On przysiada się obok - gadka w najlepsze. Nie bardzo mi na razie rozkładać się w tym hallu - pogadam z Dawidem i porobię za głupa. Rano będzie pokój - Msza późno a do Nogaro 20 km. Wygląda na prawdziwą niedzielę. Może mnie nikt z tego hallu nie pogoni.
10 lipca, niedziela
dzień 15
Jest 8.25, siedzę na ławce pod zamkniętą katedrą i czekam na możliwość Mszy.
Ciekawe obyczaje w tych gitach. Siedziała wiara i gadała na cały głos, a nagle przed 22gą wszystko poleciało do wyrek. Cisza prawie nagła. Rozłożyłem się na sofie w tym niby hallu. Prawie przysypiałem, gdy przyszła kobitka i zaczęła mnie zabierać na górę - było wolne wyrko. Nastawiłem się na ten hall, z trudem się wymówiłem głośnym chrapaniem. Ciasno tam między tymi kobietami - jakoś mi nie grało to wyrko.
Ciężko zasnąć - za bardzo rozmowa z Denisem mi po głowie łaziła. Spytał m.in. dlaczego idę, dlaczego ta droga jest dla mnie happy. Nie mogę sobie przypomnieć, jak po ang jest marzenie. Nie wiem, na ile mnie zrozumiał, ale co sobie pogadałem to moje.
Miotałem się po sofie pewno do północy, potem rozwinąłem matę. Jednak co wyprostowane nogi - to dla mnie dużo. I tak nie za dobrze spałem, ale przynajmniej się wyciągnąłem. Jakiś budzik zadzwonił przed 6. O 6 już był pełen ruch, wręcz bieganie i krzyki. Wytrzymałem prawie do 7 - akurat większość wymiotło. Spokojnie śniadanko itd. - o 8 bez najmniejszego pośpiechu jestem pod katedrą. Skoro nie można wewnątrz, to brewiarz da się odmówić i przed.
Właśnie teraz wyszli ostatni z gita. Pięciu chłopów, minęli mnie wczoraj w Montrealu. Lecą na lekko, wysportowani - tak to sobie można spacerować. Wczoraj wrócili późno, głośno gadali, dziś wstali ostatni, gdzieś na mieście śniadanko, właśnie wrócili, wzięli małe plecaki i poszli. Trochę inny sposób zabawy. Ludzie wożą bagaże, lecą na lekko - ja tam wolę po swojemu. Co mam to mam, gdzie stanę tam ze wszystkim jestem.
Ciekawe, gdzie nocował Klaudius. Tu go nie ma. Parę min po 9 z naprzeciwka przyszedł dziadek i otworzył katedrę. Ja do niego z pismem - nic, będzie Msza za godzinę. Czekam. Kazał mi zapalić świeczkę przed Jakubem. Obraz dość makabryczny.
Siedzę. Za chwilę jest kobieta, otworzyła zakrystię, więc ja do niej z pismem. Pogadała, nagadała, siedzę. Idzie starszy gość, ona do niego o mnie. No to trzeci raz z pismem, a on że Msza za godzinę, a księdza nie ma. No to ja że solo, że wezłę hostię i wino - przygotował boczny ołtarz. Tylko stuły nijak nie było. Też ciekawie. W takiej katedrze bez stuły odprawiałem. Może ważnie.
Ogromnie ciekawe dla mnie przeżycie - jak po paru dniach się Mszę niedzielną przeżywa. To robi za prawdziwe święto. Zaparłem się, doczekałem, mam.
Kupuję chleb i pomidory, koło 10.30 jestem na drodze. Pierwszy kawałek znów niesamowitymi labiryntami i ścieżkami. Ktoś tu musiał naprawdę nieźle naszukać się, żeby takie ścieżki znaleźć. Moje kochane ścięgno oczywiście nie daje o sobie zapomnieć - bez niego to już byłby luksus. Jak u Pawła - dany mi jest oścień dla ciała. To tak, żeby za dobrze nie było.
Koło południa szukam postoju - jakoś nie bardzo widać. Ten wczorajszy deszcz musiał tu mocniej padać, bo miejscami b. mokro. Żaden to postój. W końcu siadam prawie na drodze, kończę śliwki wczoraj kupione, próbuję pospać. Właściwie zależy mi na leżeniu wznak, to teraz coś w łopatkę wlazło - chyba się starzeję.
Nawet przysnąłem, ale mrówki coś przeszkadzają. Potem się okazało, że pod polarkiem było ich mnóstwo. Nie ma spania - lecimy. Tym razem więcej szerokich dróżek, w końcu Manciet. Mostek nad nacjonalką - całe pielgrzymki karawanów - dopełniam wody. Chwilę siedzę koło kościoła. Nastawiam się na 2-3 km, bo to już nie za wiele na dziś zostało. Gdy droga schodzi w winnicę - nie ryzykuję i tu robię postój. Na macie da się leżeć. Po paru kęsach właściwie jestem najedzony, ale przykładnie ciągnę do końca. Dżem chyba z Espalionu jeszcze męczę.
Nawet dało się pospać. Nie wysilam się, bo te 20 km to naprawdę akurat na 3 spokojne etapy. Byle było gdzie pospać. Przy jedzonku po raz pierwszy zatęskniłem za domem. Dziś niedziela, mam dla Małego dogadza, pewno akurat o tej porze siedzieli przy stole, a ja tu w rowie i pasztet z pomidorami mam za luksus. Ale nic to, za miesiąc będą domowe obiadki, a tych przeżyć i tak nikt mi nie odbierze.
No właśnie. Dokładnie za miesiąc mamy wchodzić do Santiago. Długo to i nie. Wiadomo, że zleci. Dla mnie właściwie to prawie 1/3 drogi. Zleciało, a poleci pewno jeszcze szybciej. Mam nadzieję, że większość czyśćca mam za sobą. A za tydzień będzie nas więcej - może będzie łatwiej. Psychicznie tak powinno być.
Po obiadku przez winnicę dalej. Trochę asfaltu, na podejściach słonko grzeje, choć to 17ta , ale wielkiego upału nie ma. Pamiętam, że szlak dwukrotnie wchodzi na drogę jezdną do Nogaro, więc zasadniczy kierunek jest OK. Za drugim razem przegapiam zejście - idę asfaltem. Może i lepiej. Ciekawa droga - b. ostre podjazdy, takie hopki. Samochody prawie wyłącznie z przeciwka. Raz uciekam prawie do rowu - zjechały się z obu stron.
Nogaro widzę z 1 km - dość rozległe. Szlak na samym wejściu się znalazł, strzałki wskazują na gites. Na ulicy spotykam Denisa - chyba się trochę ucieszył.
W gicie jestem 18.05 - tak mniej więcej miało być. Musi, że to siedziba klubu rowerowego, taki obszerny bungalow, są pokoje i jest sypialnia dla nas. Są te babcie z wczoraj - ciekawe skąd, gadają chyba po angielsku. Jest para z wczoraj, nie ma kobitek i Wirginii z zabójczym śmiechem. Chyba że siedzą w mieście.
Obok lotnisko - fruwa kupa drobiazgu, przy lądowaniu okazuje się że najwięcej szybowców. Szok wrażenie - ULM śmigłowiec, facet siedzi jak na kurzej grzędzie a do lądowania podszedł bez gazu ostrym nurkowaniem. Tylko słuchałem, czy nie będzie bum.
Siedzę pod gitem - patyki lądują, ciepło, jakieś panienki dojechały. Tłok się na tym szlaku robi. W tej chwili 20.30 a ja dawno okąpany, najedzony i oporządzony. Może i ja zacznę do miasta chodzić?
11 lipca, poniedziałek
dzień 16
Może pójdę do miasta, ale tylko do telefonu. Dziś dzień za Anię - no i dało mi w kość zupełnie nieźle.
Zaspałem. Śniły mi się jakieś wakacje z dzieciakami, na pewno było jezioro i żeglowanie jakąś sporą łajbą, jakieś wyścigi z górki na pazurki. Nie wiem co za młodzież, nie znam okolicy, ale spało się mocno i dobrze. Rzadko taki plastyczny sen mi się zdarza, rzadko tu na szlaku tak dobrze śpię. No ale pobudka 7.30 a tu pusto w gicie. Wychodziłem razem z tą ekipą pięciu sportowców - oni zawsze bez pośpiechu.
Dziś święty poniedziałek, trochę się o chleb martwię. Na samym starcie zgubiłem szlak, ale pewno koło katedry znajdę. Jest sklep. Kupuję bagietkę, szlaku nie ma. Mam iść tą drogą 3 km. Okazuje się, że szlak w ogóle nie wchodził do miasta. No to jak usiadłem na I postój, na małe śniadanko to wg planu mam za sobą 4 km, w nogach koło 8, a słonko grzeje. Leniwo i marnie się szło.
Wlokę się do zapowiedzianego kościoła - pewno będzie woda. Znowu jej czerpanie robi się problemem, choć już teraz tyle nie piję. Jest kościół i są nasze dwie staruszki. Okazuje się, że są z Nowej Zelandii. Po 60 są na pewno, bardziej pod 70. Mają zdrowie. Wyszły pewno o świcie, teraz już w południe czekają na nocleg. Spoko trasa, ale i tak podziwiam. W Saint Jean mają być 23go lipca, w Santiago we wrześniu. Szok.
Obdarowały mnie bułeczkami i niespodzianką. Miłe. Tankuję i idę. Trochę się wlokę. Zupełnie jakoś dzisiaj to chodzenie nie wychodzi. Ciepło się robi, ale bardziej jakaś niechęć. A może to i znużenie się nawarstwia. Obiecuję sobie na pewno wstawać wcześniej.
O dziwo spory kawałek droga przez las - cienia sporo.
Nagle schron dla pielgrzymów - parę desek, ale i poleżeć jest gdzie. Siadam na brewiarz. Wyprzedza mnie widziana wczoraj ekipa 7 lasek. Ciekawe, że takimi ekipami ludzie się wybierają.
Ruszam dalej - las się kończy, winnic nie ma, przeważa kukurydza, czasem zboże i jakieś nierozpoznane drobiazgi. Zapieram się trochę i idę z 1,5 godziny - zostało ze 12. Postój między domami, ale prawie na drodze, tyle że cień pod dębem w miarę. Na drzewo ucieka jakaś dziwna skacząca wiewiórka, myszołów krąży, kruki jakąś padlinę mają.
Droga wychodzi na równinę, dodatkowo nasypy z obu stron drogi - patelnia. Popołudnie, a duchota niemożliwa. Idę szybko, tempo pewno koło 5, ale męczę się mocno. Zaparłem się być o 18 w Air - piszą, że tak jest Msza Święta. Może się uda.
Droga wzdłuż toru kolejowego kilka km. Prawie wcale cienia, męczę się mocno. Droga przecina główną szosę - liczyłem tu na zatankowanie a w domu na rogu tylko psy.
Mały postój za drogą. Chromolę, nie idę dookoła - za duży łuk. Drogą coś dużego lata, ale i na nacjonalce poradziłem.
Barcelonne widać z b. daleka - perspektywa nie pomaga. Nogi dziś dają mocno. Na wejściu do Barcelonny - Leclerc. Aż takiego luksusu nie oczekiwałem. Lecę tylko po picie, od razu tankuję do rozpuku. Piwo do plecaka - ciężko coś, flaszka w rękę - wlokę się przez Barcelonnę, potem przedmieścia Air. Na 18 nie mam szans, ale coś później oki.
Zatrzymuje się wóz, facet bez sprzeciwu - znaczy bez oglądania się na sprzeciwy - pakuje mnie do środka. Jest motyw, że na 18 zdążę. Leci szybko uliczkami, parkuje. W katedrze punkt dla pielgrzymów. Jest Klaudius. Nie zdążyłem pogadać. Pokazuję moją kartkę - msza jutro rano. Buraki.
Jest 18, zapraszają na błogosławieństwo dla pielgrzymów. Parę słów, pieśń, schodzi 15 min. Pokazuję księdzu kartkę - dziś nic. Jutro o 8.30 w Karmelu. Wychodzi z katedry i pokazuje gdzie Karmel. Zobaczę, bo to późno.
Klaudiusa zabiera mój dobroczyńca z autem. Zamykają katedrę. Wlokę się do miasta. Jest rue Carnot - ma być jakiś gites. Jest na samym końcu, są moi sportowcy w komplecie. Gites jest complet. Miła pani dzwoni do innego i pokazuje jak trafić. Tu jest Denis. Krąg jest dość zamknięty.
Gites ciekawy, fajny hall. Pani wydzwoniła mi materac, a jest wyrko w pokoju Leon. Okazuje się, że wspólspacze to znajoma para - on Nicolas, ona chyba Annes.
Kąpiel w ogromnej kabinie i już jest lepiej. Tylko czemu nogi tak dziś bolą? Aha, na wejściu w farmacji wyświetliła się temperatura - przed 18 było 31 stopni. Ładnie jak na taki wieczór. No ale jakoś tak jest.
Z Nikolasem chodzimy koło mapy - na tej w hallu jest, że Szlak z Gdańska jest przez Węgorzyno. Dla mnie szok.
Siadam do kolacji - najpierw niespodzianka od Nowozelandek. Kiełbasa, tutejsza, podobna w smaku do salami, b. twarda i dość słona. Idzie.
Pytam o gitarę w kącie - szef nawet ją wyciąga. Nastrojona. Po kolacji gram - nie powiem, nawet trochę aplauzu było. A co, niech wiedzą, że Polaki nie same buraki. Odważam się nawet na arię Skołuby. Zwykle sam w domu i po 4 piwach - dziś pierwszy raz publicznie. Podobno nie najgorzej.
Muszę zejść do telefonu. Chyba niedaleko - to dobrze. Nogi dziś padnięte. Zaraz spać, tylko się dogadam co do pobudki.
12 lipca, wtorek
dzień 17
Oj dało dzisiaj trochę. Nie ma to jak kolejna szkoła pokory. Za dobrze szło to do południa.
Wieczorem Nicolas zamknął okiennice - ciemno i głucho. Spałem zupełnie oki, tylko wieczorem problem z ułożeniem stóp. Prawa mi wpada w taki dziwny tik. Jak zaczynam przysypiać, to się przykurcza, wstrząsa - nie sposób tego nie poczuć i oczywiście z bólu się nie rozbudzić. Znalazłem radę - unieruchomić tę stopę, by nie mogła się kiwać.
Budzik ładnie u Nicolasa zagrał - powoli wstajemy. Jak prosiłem - dobudził mnie. Oni wszyscy śniadanko, ja tylko kawa i w drogę. Zaczynam z Denisem - wyrwał, że hoho, ale leci zupełnie na lekko, z maleńkim nosidełkiem. Do 14 doszedł do Pimbo i jeszcze narzekał, że zmęczony.
Początek mocno pod górę - a miało być tak pięknie... potem wzdłuż zbiornika retencyjnego - też kręci się po brzegu ta ścieżka. Przede mną drepce Baba Jaga - gaduła z wczoraj, wyprzedza nas potężny, łysy. Za ślepym wiaduktem (kiedyś będzie droga, na razie jest wiadukt) łysy myli drogę (albo zna lepiej), my wchodzimy między kukurydzę. Długie proste, koszmarnie monotonne. Przy kępie drzew mam 2 godz marszu, siadam na śniadanie. Mijają mnie po kolei wszystkie ekipy. Wody bardzo nie muszę oszczędzać - liczę na Miramont. Lekka drzemka i dalej, póki nie upał.
Pierwsze palmy w ogródkach, kukurydza jak słupy, jeszcze jakieś dziwne uprawy. Teren nieco ciekawszy niż rano. Wioska na L... przy kościele Nicolas z laską. Tankujemy, chwila oddechu i dalej. Za wsią Nicolas mnie wyprzedza - leci do przodu, nie ogląda się na laskę. Ona za chwilę też mnie mija. Czas jakiś ciągnę za nimi, póki asfalt, ale przed Miramont zejście w pola - wymiękam, zwalniam totalnie. Marzy mi się zimna cola i boję się, żeby nie rozczarować. Tak naprawdę, to wystarczy dostateczna ilość wody, aby bez chloru.
Przed Miramont ostre podejście, wejście do wsi jakieś długie. Planowałem na 12 - gdy biją dzwony, jestem na wejściu. W sumie nie jest tak źle, nogi jakoś idą. 18 km załatwiłem.
Dociągam do kościoła - siedzi Klaudius - nie przeszkadzam. Zostawiam garba w kościele, idę na wieś. Widać, że niedaleko. Jest kran - jest dobrze. Tankuję. Kawałek dalej malutki sklep, ale lodówka z colą. O szczęście niepojęte. Jak te marzenia potrafią się spełniać.
Kupuję colę, wlewam w siebie wody ile wejdzie, idę pod kościół. Klaudius z coli się ucieszył, spróbował i też poszedł kupić.
Brewiarz i leżenie w cieniu. Spanie średnio idzie, ale odpocząć trzeba. Nastawiam się na minimum 2 godziny siedzenia. Po 14 małe jedzonko - nic nie wchodzi, cola akurat się kończy, jeszcze chłodna.
14.45 ruszam, oczywiście powoli. Klaudius jeszcze siedzi za kościołem, coś mi on na bimbającego wygląda. Za mało on zmęczony, a ja do wieczora go nie widziałem.
Początek popołudnia nawet znośny. Niby słonko, ale jakoś wyrabiam. Pod koniec kawałka dopada zmęczenie. Nużący kawałek przez las - usiadłbym, bo czas, ale nie na tym terenie. Dłuży się i nogi coraz trudniej idą. Kończy się las - akurat widać Pimbo. No to już dociągnę. Koszulka mokra nie do opisania. Moja woda jak gotowana - pani z jakiegoś punktu obsługi turystów dzieli się ze mną butelką z lodówki. Ale rozkosz. Nogi nawalają strasznie, zwłaszcza prawa. Siedzę pół godziny na zielonej trawce, trochę ustają, ale wiem, że będzie ciężko.
Przed 17.30 start, chcę być w mieście na 19, żeby jakiś sklep trafić. Po cichu liczę na szybciej. Najpierw koszmarnie strome zejście w głęboką dolinę - moje nogi bardzo źle znoszą takie stromizny. Potem przez kukurydzę. Na mostku jestem w departamencie Pyrenee - Atlantique. To wygląda na Kraj Basków.
Snuje się ta droga, na ogół asfalt, a wąski. Wypatruję tego Arzacq, ale zegarek nie kłamie - jeszcze nie czas. Są drogowskazy dla turystów - harmonogram mi cały czas pokazuje na 19tą. Przedmieścia długie - moje nogi zdecydowanie chcą wolnego. Jak stanę, to nie ruszę. Ciągnę tylko modlitwą i siłą woli. Dzisiejszy dzień za Ciocię Krysię i jej dziewczyny, więc widać jest potrzeba pomęczyć się.
Z dala jakby cpn i shopi - myślę, że to tak cpnowy sklep - a to całkiem spory market. Jest i bankomat. Padam na ławce na parę minut. I tak zator przy kasach. Zakupy małe, ale pomidory, cola, piwo - standard.
Tutejsze kasjerki są b. miłe i ogromnie lubią gadać z klientami. Cholery można dostać czekając z garbem na plecach. Nikt się nie spieszy, a w dodatku połowa płaci czekami - schodzi przy tym dłużej.
Noga za nogą ciągnę do miasta. Na szczęście już na 1ej górce jest rynek - taki rozciągnięty - i na jego końcu gites. W jadalni całe znajome towarzycho przy uczcie. Zbieram oklaski. Doszedłem.
Gites jest comunal, pani miła, daje mi Portugalię - ostatnie wolne łóżko w roomie. A miejsc w ogóle 77, więc i tak pewno bym się zmieścił.
Zmuszam się do natychmiastowej kąpieli - pewno potem bym się nie ruszył. No i zaraz za jedzonko - bo też potem tylko by bolało. Otwieram puszeczkę i w połowie mam dość. Po zwisie na cyckach widzę, że schudłem, ale jedzenie jakoś średnio mi tu wchodzi. Tyle, że 4 pomidory wciągnąłem.
Kończę jedzenie - akurat wiara się wysypuje. Jeden z piątki sportowców zagaduje mnie że coś incredibile i patrzy na moje nogi. Jak oni na lekko i w południe są na miejscu, to nigdy nie zrozumieją normalnego człowieka z garbem.
Gdzieś się rozeszli, jest 21.20. Siedzę w jadalni przy piwie i piszę. W pokoju 2 starsze panie - nie dogadałem się w końcu, w którą stronę idą: do czy z SdC. Czwarte łóżko zajęte ale nie wiem kto. Mam przeogromne postanowienie wyjść jutro skoro świt. Co z niego wyjdzie - sam nie wiem, ale zdecydowanie takie etapy ponad 30 km to jest sprawa do załatwienia przed południem. Zwłaszcza w takie ciepełko - na pewno było ponad 30.
Pokory się człowiek uczy bez ustanku. Już sobie w południe liczyłem, że dzionek zaliczony, skoro te 18 mam w nogach. Doszedłem naprawdę na rzęsach, nogi jeszcze mnie bolą świeżym bólem, nie wiem co zostanie do rana. Pocieszające, że lewe ścięgno jakby przestało. Jak będzie naprawdę - okaże się jak zwykle rano.
Pocieszam się, że trudne zostały póki co 2 etapy - jutro i pojutrze. Pojutrze tu święto, więc tym bardziej trzeba myśleć o zaopatrzeniu. Co prawda Denis już zapowiada fiestę z gitarą - też mu się chyba spodobało. No więc te 2 dni kawałki są ponad 30, a następne 3 do SJPdP to ok. 20 - 22. Prawie że do południa można przeskoczyć. No, chyba że kolejna lekcja pokory i np. coś z nogami. Odpukać.
W SJPdP prosiłem Gosię o zarezerwowanie noclegu - jak przyjadą to lepiej mieć bazę. Na pewno. Trochę czekam na towarzystwo. Marsz samemu ma swoje plusy, ale chyba na razie by wystarczyło. Już prawie czas na nieco inne pochodzenie.
Andrzej daje w smsach że się doczekać nie może. Skąd ja to znam? A poza tym to będzie półmetek: cały czas tak marzę, że czyściec to ja mam teraz, a potem to ma być łatwiej. No, zobaczy się.
Piwo się kończy, temat na razie też - idę powkładać się do plecaka, żeby rano tylko zebrać śpiwór i chodu. Zobaczymy, o której się uda.
13 lipca, środa
dzień 18
Doszedłem, o co idzie! Jak miałem spać, skoro wieczorem 1,5 l coli wypiłem? Koniec z colą po dojściu.
Miotało mnie po wyrku, nie wiem jak zasnąłem, tym bardziej nie wiem o której 4ty lokator dołączył i kto to. Pewno nad ranem.
Obudziło mnie trzaśnięcie deski w kiblu o 6.15. Starałem się po cichu ale babki też się zerwały. 6.45 byłem na drodze. Nietypowy początek, bo prosto z rynku mijając bank wchodzi się w pola i już się jest poza miastem. Górek dziś znów nieco zapowiadają. Ranny marsz oczywiście trochę boli, ale temperatura bez żadnego porównania. Nie ciągnę do bólu, koło 8 siadam na śniadanko. Bułka czerstwa, cienko idzie. Siedzę przy merostwie w wiosce na L. Akurat mija mnie cała stawka.
Nicolas i Anne dochodzą, gdy startuję. Chwilę potem moi sportowcy - dziś tylko 4ech. Fotka i dalej pod górę. Chwilę było tłoczno, jednak wolę dreptać samemu. Dziś sporo w górę i co gorsza w dół - widać, że idę w poprzek małych pasm wzgórz. W każdej dolince potok lub rzeczka. Zbocza zdecydowanie strome.
Przed południem jeszcze jeden postój. Jakoś go nie kojarzę. Na dłużej zasiadam w dużej wiosce niedaleko merostwa. Są ławki, ale rozwijam matę. Dojście było upalne i pod górę, ale jakoś żyję. 1,5 godz dla nóg. Trochę te nogi rozgimnastykowałem. Po starcie jakoś mniej trochę bolały. Rozpędzam się i póki mniej bolą to idę ile wlezie. Założyłem, że do Collinghac. Wioska okazuje się być na strasznej górze. Stromizna długa jak rzadko. Dociągam prawie padnięty. W stodole na szczycie punkt dla pielgrzymów, stoliki, ale żywego ducha. Wodę znajduję przy kościele, kładę się na ziemi. Niecała godzina i idę. Powinno być koło godziny do mety, ale wiadomo, że wieczory najgorsze.
Jakoś poszło. Nie szedłem szlakiem dookoła tylko drogą na wprost. 1 km podejścia, namalowana górska premia i jest tablica Arthez. Nastawiam się na długo, ok. 15 min i jest rynek. Sportowcy siedzą przy barze, na gites się skrzywili. Idę za strzałkami - jest za kościołem. Komunalny ale b. przyzwoity. Jest Denis i Nicolas z laską. Idę na zakupy, chcę robić gotowaną kolację. Proponują mi wspólną kolację - nie wypada odmawiać. Zapasy będą chyba na jutro.
Kolacja w gronie że hoho. Gilles jest Holendrem, Denis Kanadyjczyk, Nicolas z Bretanii, a Anne Belgijką. No i ja. Nawet parę słów rozumiem. Nie przejadłem się, ale głodny spać nie pójdę.
Gdy kończymy, przychodzą sportowcy. wciąż we 4. Nawijam o naszych pielgrzymkach, biorą adresy. Widać, że inny świat. Idą do SJPdP a stamtąd szczytami Pirenejów. Też impreza.
Dzwoniłem do Gosi - jest zaklepany nocleg w SJPdP. Jutro jej intencja. Dziś był Waniowski - wcale nie było najgorzej.
Gdy wchodziłem do miasta widziałem na horyzoncie Pireneje. No, to dość daleko dało się dospacerować. Jeszcze parę dni, będzie ładnie.
A ten drugi postój to był w dołku przed wsią, na ładnej trawie przy byłym źródełku i przy okrągłym kamiennym stole. Kawałek dalej była stara egliza z kranem i stolikiem ale spoko.
14 lipca, czwartek
dzień 19
Święto narodowe tutejsze no to trzeba było uczcić. Holender ładnie mnie obudził, po 6 byłem na nogach, kawa, chyba o 6.30 na drodze. Poranek oczywiście idealny, jeszcze się latarnie paliły, Pireneje na horyzoncie,
duże miasto we mgłach w dolinie - tylko ścięgna jakoś nie chciały świętować. Cały pierwszy kawałek leniwo i bez pośpiechu. Najpierw miasto i przedmieścia granią, potem ostre zejście i trochę doliną. Cały czas asfalt. Postój przy małym kościółku u końca doliny. Mija mnie Denis (ciekawe, że dopiero teraz), potem czwórka i Nicolas z Anne. Gdy wstaję dochodzi dziadek. Nawet plecaka nie ma, tylko kij. I tak ma niezłe tempo, że mnie doszedł - gdy wychodziłem siadał do śniadania.
II etap najpierw wzdłuż nacjonalki, potem mosty: kolej, rzeka, autostrada. Niedaleko Maslacq. Cygan nalewa mi wodę z węża. Niezła, bo zimna. Niby nic nie uszedłem, a prawie godzinę poszło. Inna rzecz, że nogi nie pozwalają się rozpędzić.
Droga w kukurydzy - średnio monotonna. Mimo święta podlewanie idzie.
Niesamowite podejście do sanktuarium Matki Bożej. Nawet nie skojarzyłem że wczoraj Fatimskiej - wieczorem sms od Waniowskiego przypomniał. Podejście wykańcza na całego. Prawie zeszło 1,5 godz, więc skręcam do sanktuarium posiedzieć. Wody tyle, co z sobą - oszczędzam. Całe sanktuarium - jedna kapliczka na łące. Ktoś tu ładnie utrzymuje, trawa oki.
Z góry piękny widok na całą dolinę. Z lasu wychodzi sarenka. Zanim wyjąłem aparat - uciekła. Idą ludzie - ja wstaję. Dojeżdża dziadek zielonym twingo - pewno babcia doprowadziła. I tak miłe, że tak w ruchu wakacje spędza.
Oczywiście zejście w dół, mostek i kolejne podejście. Ciepło. Na górze prawie padam, ale do abbaye zapowiadają 15 min. Ciągnę. W tym landzie dobre drogowskazy - czasy marszu się zgadzają. Przy abbayu zielona trawka - będzie moja, ale najpierw woda. Była za barem.
Leżę, brewiarz, jeść się nie chce. Na wietrze nawet chłodno i w cieniu. Dosiada się obca ekipa. Przekładam się odwrotnie - nogi do góry zbocza i na plecak. Niekoniecznie bardzo wygodnie, ale lepiej.
Koło 14.30 zbieram się, plus tankowanie plus rozruch - start przed 14.45. Ciepło na słońcu, ale o dziwo żyję. Miła niespodzianka - nogi jakby lepiej. Ścięgna tak nie dają.
Cały długi kawał od startu ciężko pod górę. Chyba 40 min - ostro w górę. Potem małe zejście i powtórka. Zdecydowanie mam dość. Po I górce postój na ławeczce przed wjazdem do domu - skoro ławka na ulicy znaczy do siadania. Na II górce doganiam część ekipy z postoju - posiedzieli trochę, teraz ja siadam. Cienia mało, tylko pobocze do siedzenia ale wzdłuż się zmieszczę.
Po postoju zejście, początkowo dość miłe, potem kawałek ostre, potem nużące. Oczywiście na wieczór zmęczenie się kumuluje, więc wiem, że wieczór będzie bolało. Sporo zejścia w lesie - bez tego byłaby bieda. Nogi jakoś idą - łaska Boska - kumuluje się za to zmęczenie.
Źródełko w lesie. Wystaje zardzewiała rura, tablica mówi że non potable, ale pani tankuje do butelek i mówi, że czysta. No i myje auto. Przysiadam, popijam. Teraz polecę non stop. Do Navarenx niecała godzina. Najpierw końcówka lasu - oczywiście nużące. Pojawiają się domki - asfalt rozgrzany do bólu. Dopiero teraz czuję, jaki gorąc od niego bije. Długie przedmieścia i miasteczko na M. Wody koło kościoła nie ma. Skręcam do Navarrenx. Dróżka w kukurydzy, zapowiedzieli że 40 min, ale wiadomo że to się będzie dłużyć. Nie staję, bo pewno nie ruszę.
Przejście pod szosą - nie wiadomo po co. Idę prosto. Przedmieścia długie. Z daleka zapowiadany gites comunal - to dobrze, nie ma kogo pytać. Zmęczenie padające, ale wiadomo że muszę dociągnąć. Mury wokół miasta ładne - potem się okazuje, że to zachowana forteca. Główna ulica, pytam o gites - pani wskazuje na bar. Rozglądam się, nie ma gitesa, idę dalej. Krzyczą za mną z baru, każą siadać. Padam. Pan daje cudownie zimną wodę z dystrybutora. Jest boski. W gazecie wyniki Touru sprzed 2 dni. Armstrong na czele, etap wygrał Winokurow.
Pani biega z tacą - nie spieszy mi się. W wolnej chwili mnie załatwia - pani nazywa się Owsiak, tato jest górnikiem spod Lille. Mały ten świat.
Przy wyjściu z baru cała ekipa. Denis tłumaczy, że jadą autkiem na diner gdzieś za miasto. Dziękuję, dziś beze mnie. Gites w starym arsenale - Denis prowadzi. B. miły facet, chyba mu przypasowałem. W pokoju para młodych Francków, buraki jakieś i zupełnie po ang nie łapią. Dobrze, że się mijamy.
Po kąpieli zabieram się za jedzenie - cały dzień makaron i resztę niosę. Wchodzi Andreas - wyjątkowo nocuje w gicie. Makaronu wychodzi tyle, że obaj mamy kolację. Soli nie było, ale omasta dała na tyle smak, że nie było źle.
Całą kolację i herbatę rozmowa po niemiecku. Typowy kloszard, najlepiej spać w parku a jego przyjacielem jest księżyc. Jest z Heidelbergu, idzie jakoś od początku maja. Bardzo miłe słowa na temat papieża.
On idzie na fajkę, ja do telefonu. W budce upał, płynę. Siostra b. wdzięczna za dzisiejszy dzień w jej intencji. Domawiamy się na sobotę.
Idę na piwo - o dziwo prawie wszystkie knajpy zamknięte. U Heinekena coś popijam. Wracam do gita - jest po 22. Moi współspacze akurat klarują się - nie mają przeciw mojej pobudce o 6, facet każe się budzić.
Siadam w jadalni - ekipa wróciła z impry i kręci się głośno. Stopniowo idą spać, tylko pralka się kręci. Właśnie teraz - o 22.50 Andreas ubrał buty i poszedł spać na miasto, coś mówił o bastylii. Tu mu za duszno. Rzeczywiście jakoś duchota w budynku. Ciekawy facet.
Optymistycznie nastawiłem się na jutro - nawet jeśli będą mocne górki - z guida wychodzi, że tak to do południa większość trasy powinna być oki. W telewizji w barze dojrzałem, że na jutro w okolicy 34 stopnie. Chłopy mówili, że dziś było 35. Ładne lato.
Piorun dał smsa, że siedzą w upale i myślą o mnie. Miłe to.
23 minęła, wypada do wyra, jeszcze kompleta.
15 lipca, piątek
dzień 20
Wczasy pod gruszą na całego. No, z gruszą przesadziłem, ale cała reszta Ok.
Znowu w nocy spać ciężko. Może dlatego, że duchota - Andreas niegłupio zrobił, spał na bastionie. Nad rzeką na trawie rano kupa śpiworów i parę busów - też widać miłe miejsce sobie cała grupa znalazła.
Budziłem się koło 4, przed 5, a przed 6 już ktoś intensywnie hałasował. Na budzik nie czekałem. Cała wiara na nogach. Denis oczywiście w kuchni. Nie oszczędza sobie facet. Jako pierwsi zebrali się nowi nieznajomi - postawny facet i dużo drobniejsza babka, być może i Azjatka. Chyba 6.10 poszli. Pakowanie, kawa i 6.30 wychodzę. Andreas pozdrawia z fortecy. Nawet latarnie jeszcze się paliły. Wyjście z miasta jak zwykle nużące, dziś lekko pod górę. Na górce rondo, główna droga - przechodzę na wprost, auta nie ma po horyzont. Pewno dzień odpoczynku po święcie - u nas byłby kolejny długi weekend.
Miasteczko czy przedmieście na L., z boku ma być jakiś zamek, nie interesuje mnie. Droga wciąż pod górę, ścięgna jak bolały tak bolą. A miało być tak pięknie... ze 3 dni się nastawiam, że w końcu ten ból może odpuści. Rano nic na to nie wskazuje.
Na górce zaczął się las i to taki przykry. Pogoda o dziwo pochmurna, wręcz duszna. Coś bardzo mocno wisi w powietrzu. W dusznym lesie oczywiście są gzy. Opędzam się jak umiem, kilka zabijam, ale i tak ze 3 mnie żrą. Swędzi to jak cholera. Szybko tego lasu mam dość, a tu jak na złość ciągnie się on długo. Na ogół mało lasów w tej Francji, a tu wtedy, gdy jest przykro, to nie da się z niego wyjść. Eh, te nasze sosnowe - zupełnie inna bajka... Tu są jakieś dziwne zarośla, krzaki, bałagan - co to w ogóle za las.
Za jedną krzyżówką droga asfaltowa i nieco szerzej, powietrza ciut więcej, ale gzy latają dalej. Serdecznie chcę na powietrze. Jak tylko kawałek łąki - siadam. Robię kawę. Dopiero po 10 min mija mnie Denis. Mówię, że wolno dziś - o on idzie z plecakiem. No to odrobinkę dziś liźnie chodzenia, choć to krótko i płasko.
Za jakiś czas idzie czwórka - też z plecakami. Śpiewają i to ładnie. Ciekawe, co dziś z transportem bagażu wyszło. Może krótko, to się podjęli sami.
Siedzę długo, bo chłodno, a nie na dokąd pędzić. Na zboczu naprzeciw wygląda że pada, u mnie spokój. Ileż można siedzieć. Powoli człapię, ścięgna oczywiście bolą.
W lesie jakieś dziwne pułapki - może na lisy, bo na przynętę klatki - może na ptaki - i ogromne ambony. No bo co to innego?
Idzie się niespiesznie, ale km dziś idą. Dogania mnie Andreas - może pójdzie aż do Ostabat. Z daleka widzę chateau i drogę do niego pod górę - od razu siadam i dopijam wodę. Lenistwo.
Droga pod górę została z boku. Chateau ferme. Z przełęczy widać domy - tu będzie postój. Proszę - pytam o wodę, pani podaje mi chłodną w swojej butelce, z resztą smaku czerwonych owoców. Bardzo miłe. Dwa domy dalej miejsce postoju i kran - sory, że zawracałem głowę, ale woda chłodna. 20 m dalej trawka pod krzakami pod mostem - tu posiedzę.
W powietrzu dalej coś wisi, aż to niesamowite. Materialnie czuje się jakieś coś. Brewiarz i próbuję pospać. Zebrało się - zaczyna padać. Dreptam pod wiatę - kończy się padanie a pod wiatą duszno. Przybiega zwierzątko - nie znam się, ale to musi być muł. Śmieszny i sympatyczny - miniaturka konia na króciutkich nóżkach. Bardzo towarzyski, wtyka nos.
Wracamy pod krzaczki, przysypiam. Słyszę kroki - mija mnie Gilles. Jakoś dziadek sobie radzi. Po deszczu rozpogadza się - nie ma co siedzieć. Most na rzece, potem w dół w pola kukurydzy, uciążliwa kamienista droga - oczywiście jak na moje nogi.
Choć trzeba przyznać, że po postoju jakby ciut lepiej. To już tak chyba 3ci dzień. Kawałek został niedaleki, jedno w miarę solidne podejście - bez pośpiechu, więc potu w miarę. Zejście stromą ścieżką - przed chałupą tablica ogłoszeń - wychodzi że to teraz witają w Kraju Basków. Wcześniej od Arthez było Bearn - trzeba poczytać o tym.
Widać Arue - tak ładnie na zboczu położone. Kawałek dalej wielki kościół. Chyba się nie wybiorę. W guidzie ani słowa o sklepach - zobaczymy jak z zaopatrzeniem. Trochę mam mało.
Gites na początku wioski. Zadaszenie ze stołami i kranem, potem kuchnia, dalej korytarzyk i pokoje. Żywej duszy, czekam na zewnątrz. I tak czasu do nocy mam full - jest 14.30. Chyba nawet na tej ławce pospałem. Koło 16.30 jest pani z synkiem. Ostatni pokój fresh, kasujemy, pieczętujemy, pyta o jedzenie - jest cała szafa. Biorę mleko, tuńczyka, serki - ledwo 1,50. Taniocha tu. Chleb mam czerstwy ale trudno, trzeba zjeść.
Piorę spodnie - do czysta i tak nie pójdą, ale będą świeższe. Zdążą chyba wyschnąć. Jedzonko - puszka tuńczyka, 2 małe serki, kawa. Po nim teraz siedzę na ławce na zewnątrz - zeszło to pisanie. Muchy strasznie dokuczają.
W cieniu da się siedzieć. Gdy wieszałem spodnie - na słońcu upał mocno daje. Piwko w lodówce po 1E czeka - chyba sobie nie pożałuję. Dopiero 19, biorę się za krzyżówki.
Przy takich 20 km od 6 rano to nie wiadomo co z dniem robić. W sumie to nie zazdroszczę Denisowi ani Nowozeladkom. Siedzieć calutki wieczór na noclegu i szukać zajęcia - jakoś to nie dla mnie. Trochę tym popołudniem jestem zmęczony.
W powietrzu dalej coś przedziwnego. Mgiełka, niby słońce a niebo szarobure. Albo to się przesili i w nocy jakaś ulewa przyjdzie, albo jutro nie wiadomo jak będzie. Mam nadzieję, że jednak się rozpada, wypada, a na jutro już będzie ładnie.
Jest 19.30, właśnie się wykąpałem, wziąłem lekko schłodzone mleczko i siedzę przy kamiennym stoliku w ogrodzie. Krzyżówki trochę męczą, brewiarz odmówiony, telewizji brak, najbliższy bar pewno 20 km. No i tak ciągnie się wieczór.
Z jednej strony źle, gdybym jeszcze do tej pory miał wędrować, z drugiej strony wręcz męczące szukanie sobie miejsca całe popołudnie. No bo ileż można siedzieć na jednym krześle? O czym tu pisać? A położyć się nie chcę - wolę potem spać.
Nie wiem, jak to będzie w Hiszpanii - tu już się parę rzeczy ułożyło, wiem co jest grane. Gitesy w zasadzie do 19 - tak zwykle ktoś oczekuje, później w comunalach to nikogo nie ma. Dziś pani tylko wysłała chłopaka o 19 - spytał czy jestem sam i tyle. A z drugiej strony wieczorem nie byłoby głupio kawałek pójść. Chociaż jeżeli tam ma być podobnie jak tu z ciepełkiem, to nagrzana ziemia pod wieczór - to jednak uciążliwy marsz. No, a pełne refugi na wieczór pewno ciężko będzie o miejsce. No i dobrze byłoby mieć z godzinkę na kolację i przepranie się.... Przyjadą młodzi, to się razem będziemy martwić no i zobaczymy, jak to w praniu będzie wyglądało.
Czekam na nich już mocno. Taka cezura - kończy się jedno chodzenie, zaczyna inne. Andrzej dziś miał poprawkę obrony - myślę, że oki. No to pewno oni już cali jadą. Jutro pewno rankiem w drogę. Czekam.
16 lipca, sobota
dzień 21
No i 3 tygodnie właśnie stukają, Jakoś to zleciało. Dziś dotknęło mnie, jak blisko jestem drugiej części pielgrzymki. Inna bajka.
Zasnąć oczywiście nie mogłem długo. Przewracałem się strasznie a okazało się, że godzina tylko zeszła - była 23.30. Wyszedłem na dwór, przewietrzyłem, łyknąłem wody - jakoś poszło. chyba przed 24 nie mam co się kłaść.
Rano pobudka straszna. Dźwięk budzika był okrutny. Zbieram się nieco leniwo, długo z wodą na kawę schodzi. Nie cierpię elektrycznych kuchenek. Na drodze przed 7. Wątpliwość, gdzie iść. Na mapce w gicie było, że można do przodu drogą D11. Oznakowań żadnych. Cofam się 400 m przed wieś i idę wg znaczków. Koło zataczam jakieś niemożebne. Dobrze, że są niebieskie tabliczki i żółte strzałki, bo całkiem bym się nie połapał, gdzie jestem.
Koło 8.30 niezłe miejsce z boku - nie ma co dalej szukać. Nastawiam wodę, biorę przewodnik. Cholera, można było prosto a tak tyko km nabiłem. Zły na siebie jak cholera. W tym momencie kuchenka się przewraca, ciepła woda ma mnie i na ręcznik na którym siedzę. Jak się wali, to na raz. Nalewam do menażki - czystej zostanie mi resztka, Najdokładniej ustawiam kuchenkę, 3 razy sprawdzam.
Na śniadanie serek i czerstwa bagietka. Jakoś rzadko umiem dobrze z jedzeniem wymierzyć. Ser ma ze 3 dni, ale nawet mało śmierdzi. Z kawą jakoś idzie.
Idą Nicolas i Anka - o dziwo razem i pierwsi. Myślałem, że dziś na tych krętych się nie zobaczymy. Pytam o drogę - mówią że jest OK. Chcę zobaczyć, gdzie jestem, ale zero orientacji. Pokazują mi skrót na Uhart Mixe, ładnie wygląda na mapie, ale czy się nie zgubię? Za chwilę idzie Denis. Dziś znów na lekko. Sportowców nie widać.
Brewiarz i ruszam. Tradycyjnie po postoju nóżki ciut lepiej. Nie za bardzo wymagający dzień, więc tempa nie forsuję. Miały być duże góry - może to moje nastawienie, ale tak bardzo nie dały się we znaki. Droga b. urozmaicona i kręta, wije się po tych wzgórkach. Przecież to samo podnóże Pirenejów.
Jest rozejście, lukam na mapkę. Skrót na Uhart Mixe b. obiecujący, prosty i widać ładnie oznaczony. Wchodzę w to. Za chwilę chałupa i ludzie, proszę o wodę, pani przynosi b. fajnej, zimnej. 5 min odpoczynku, pani pyta czy nie dopełnić.
Pogoda wręcz idealna. Chmurki od rana, na deszcz się dalej nie zebrało. Nie jest tak dziwnie jak wczoraj. Droga do Uhart Mixe b. miła, raczej w dół i równo. We wsi bar - pan daje zimnej wody i tłumaczy mi jak dalej. Układam się pod drzewkiem przed kościołem - zakładam ze 2 godz siedzenia. I tak nie będę miał co robić w Ostabat. Koszulka na podejściach mokra - zarzucam polar i wcale mi nie za gorąco. Niedługo przychodzi Gilles - idzie na kawę do baru. Potem jeszcze ekipa znajoma z drogi przed abbayu, jakoś trzymają się razem, ciekawe w jakich hotelach tu nocują.
Wytrzymuję 1,5 godz. Insektów jakoś mnogo. Poczłapuję powoli. Najpierw podejście do szlaku GR 65 - wychodzi mi że 40 min i to dość stromo. Tyle, że ja z tempem nie przesadzam. Tak sobie człapię. Ładnie dość droga się wije, kawałek lasu się trafił, kawałek pola, jest i zejście po jakby skałkach - geologia pokazuje, że góry blisko.
Widok na Ostabat nadzwyczaj optymistyczny. Ładnie się to zza krzaków wyłania, jak pocztówka z kościółkiem na górce.
Jeszcze zejście po stromych kamieniach, mały kanion między ogrodzeniami. Gites na samym wejściu. Anne siedzi na balkonie - inaczej bym przegapił. Jest i Denis i Gilles. Chwilowo padam na balkonie, żadnego patrona nie widać.
Człapią się jacyś inni - w porę zajmuję wyrko obok Denisa - zawsze to I piętro a nie II. Mały oddech i idę na miasto póki nogi chodzą. Jest sklep, zaopatrzenie cienkie. Kościół ładny, parafia daleko. Jest budka - dziś się przyda. Wracam z zakupami - chyba znów za dużo chleba. Nutella ciężka - a, niech będzie. Poradzę.
Siadam w jadalni na szamanie - bagietka, nutella, cola. Tak na teraz. Kąpiel, pranie - ludzie suszą się m.in. na płocie, pełen folklor. Włączam komórkę - na razie cisza więc oki, żadnych złych wieści. Siadam w jadalni, by popisać, robi się pogawędka z Gillem. Zaczęło się od jego żony i kontaktów przez sms, potem poszło na układanie drogi (on idzie z Amsterdamu, ma 69 lat, żonę z Parkinsonem i ambicję, by swój plecak targać samemu), a skończyło się na historii Polski, Powstaniu, Ziemiach Odzyskanych i przyjaźni Polaków z Ukraińcami. Jak człowiek bardzo chce, to coś tam pogada.
Po południu słońce się przebiło, jest bardziej normalnie niż wczoraj. Ale oba ranki jakieś ciche i niesamowite były. Wyłapałem - żadnej cykady nie słyszałem i dlatego tak cicho mi się wydawało. Ciekawe, że nagle te świerszcze ucichły. A ptaków w polach nie za wiele, kruki są i sójki, czasem kania albo inny drapieżny, a małe jakoś mało hałasują. Do niczego te tutejsze lasy.
Much przeokropnie wiele. Boję się, co to może być w nocy. Pewno popiszę jeszcze za chwilę, bo wieczór oczywiście długi.
Jest 19.15 a wieczorne sprawy odpracowane. Zrobiłem fotki - w końcu mam Gillesa i Denisa na czysto.
Przyszedł patron - wszyscy zeszli na dół - kasowanie i pieczętowanie, przy gadce i przy szklaneczce wina (porto albo malaga - oba ciężkie i słodkie, nie przepadam za tym, zapijam teraz colą - jak mam nie spać, to niech chociaż wiem, po czym).
Pogoda się w miarę wyrabia, wiaterek przyszedł, jest czym oddychać, chmury się rozchodzą, pranie podsycha. Na dole przygotowania do dużej kolacji, Właśnie stół się na dwór wystawił. Ja na balkonie, potem sobie na pomidorka zejdę. Smsów nie ma, więc nic się nie dzieje. Na telefon za wcześnie, mogli nie dojechać. Myślę o nich. Dziś chyba w tym Uhart Mixe drogowskaz na St Jean i to jakieś 24 km. Spojrzałem na mapkę - to ta sama dolina, stąd jutro taki płaski kawałek. To naprawdę blisko i miło.
Coś się kończy. Niby czekałem na to, a jednak zawsze człowiekowi czegoś żal, jak koniec na widoku. Wprawdzie to jeszcze o wiele więcej ma być dalej, ale jednak coś już będzie inaczej. Dotąd byłem sam z bólem i problemami, ze swoją modlitwą, z ciszą. Przywykłem do tego, wyrobił się pewien rytm. Nieraz powtarzałem którąś pieśń wiele razy, godzinki przeciągałem, na podejściach wiele razy było w kółko Zdrowaś. Oczywiście, są korzyści, bo będzie do kogo się odezwać, ale milczenie i modlitwę to się pewno od zera poukłada.
No i jest niepewność, jak będzie z byciem w Hiszpanii, zwłaszcza z noclegami. Tu jednak tłoku nie było, parę razy byłem solo, dziś zostało jedno wolne miejsce. Skoro na Camino w maju był tłok - ciężko wyczuć, jak będzie teraz. Pozostaje zaufać i wiedzieć, że Szef zadba, żeby jakoś było. A kilka pierwszych dni będzie na to, by jakiś rytm się wyrobił. Auto tu będzie balastem, ale może i pomocą.
No i ktoś będzie musiał tu być szefem. Do Rzymu było z tym łatwo, szef był naturalny i oczywisty. Tu nie chciałbym tak tego robić, choć pewno będą sytuacje, że ktoś będzie musiał podjąć decyzję - niby oczywiste jest, żebym to był ja. A może by tak - to pomysł z tej minuty - mianować Andrzeja szefem? Ja mu się chętnie podporządkuję. Ja się już naszefowałem. A jak przyjedzie Ola, to ją mianujemy kierowniczką. Może się uda.
Denis ma siłę przekonywania. Przyszedł na górę przekonać mnie do zejścia - że jesteśmy razem na szlaku, razem siadamy do stołu. Miłe i prawdziwe. Zniosłem 3 pomidorki i 2 dżemki, załapałem się na sałatę i makaron z sosem - o dziwo można się tym skutecznie zapchać. Pogadalim. Gilles choć Holender jest katolikiem. Podobno ich tam 30 proc. Myślałem, że mniej. Nicolas zwrócił uwagę na palombiers - to co dziwnego w lesie stojało. Wychodzi że to miejsca polowania na palomb - tylko nie wiem, co to za ptaki; wychodziłoby, że gołębie. Pewny nie jestem.
Oprócz stałej już ekipy (noclegi sobie co dzień na 4 rezerwują) jest 2 panów postawnych, jeden Bernard, drugiego nie wiem - przyszli chyba od Vezelay i czarna cicha pani.
Urwałem, bo Denis zagadnął - zeszło do nocy.
17 lipca, niedziela
dzień 22
Teraz to dopiero czekanie na całego. A w ogóle to dziś kolejna wielka lekcja pokory. Przez to, że nastawiłem się, że to koniec i blisko. No tak idealnie to od razu nie ma.
Wieczorem oczywiście ciężko zasnąć. Dzwoniłem do Gosi, pogadałem z młodymi - czekam na nich, czekam. Potem do Alojza - nie ma problemów, ucieszył się z telefonu. Wróciłem, oczywiście zero spania. Denis chrapie, pani leży cicho. Posiedziałem na tarasie, potem męka z zasypianiem.
Pani poszła w środku nocy. Denis mówił, że panowie też. Może to była 4, może 4.30. Naprawdę ciekawy przypadek. Miała czołówkę, ale przecież nawet nie wszystkie znaczki na słupach da się tak zobaczyć.
Ja wstałem chyba ostatni, wyszło że wyszedłem 7.15, Denis ze mną i oczywiście poleciał do przodu. W tym małym nosidełku ma bukłak na wodę z rurką do zasysania.
Denis właśnie przerwał mi pisanie. Chodziłem po SJPdP to zaszedłem do ich gitesa - był w mieście. No to teraz doszedł do mnie, pożegnać się. Jak on mówi, to b. wiele rozumiem, pewno używa najprostszego angielskiego, ale naprawdę jakoś przypadł mi do gustu. I pewno wzajemnie.
On tu zostaje, może pochodzi po górkach, może się przejdzie do Roncevaux. W czwartek w nocy jedzie pociągiem do Paryża, w piątek lot do domu. Mieszka między Montrealem a Vancouver, pracuje jako dyrektor w szkole dla dorosłych. Zaprosiłem do siebie, być może na pielgrzymkę. Bardzo ciekawy i pozytywny facet.
No więc rano Denis poleciał, a ja człapałem. Zgodnie z planem droga bez wielkich gór, wzdłuż doliny, najpierw po jednej stronie drogi, potem po drugiej. Nogi zupełnie nie uznają niedzieli - od rana bolą jak cholera. Sporo drogi po równym, tym bardziej wszystko nawala, gdy się trafią kamyki. A może to właśnie to nastawienie, że to już koniec i że dziś blisko. Nie od teraz wiadomo, że psychika to w tym chodzeniu będzie z 99 proc. Po 1,5 godzinie siadam w pierwszym sensownym miejscu. Kawa, śniadanie, brewiarz. Po ponad 30 min idą młodzi. Anka pociesza mnie że do SJ są 3 godziny. Myliła się...
Wlokę się dalej - jest trochę urozmaicenia, mały lasek. Potem na drugą stronę szosy, wioska na G. Dłuży mi się to okrutnie. Koło 1,5 godz i siadam. Z guida wychodzi, że od rana dopiero 11 km. A to prawie 11ta! Na pierwszym postoju było koło 5,5. Podłamka. W dodatku spocony jestem jak mysz, choć cały czas chmury. Koszulka nie schnie, za to przeziębić się łatwo.
Następny etap z mocną modlitwą - wypada sobie przypomnieć, kto tu rządzi i od kogo co zależy. Chwilę idę za blondynką w nieokreślonym wieku ze sporym plecakiem. Wydało mi się, że na podejściu dogonię. Akurat. Jak tylko w górę - znikła mi z oczu. Podłamka.
Cały czas jakieś rzadkie domki - cywilizacja się kręci, dolina nie za obszerna. Mija godzina, powinno być nie za daleko pierwsze Saint Jean... to chbya de Vieu. Z km do przodu jest kościół. Już się nastawiam na posiedzenie. Kościół zostaje z boku, jest tablica - do SJdV 25 min. Pokora.
Człapię średnio szybko, miasto dość rozległe przez domki z ogródkami. Plac przy kościele, trawnika ani wody nie widzę, ale jest ławka pod wiatą z telefonem. Za bardzo mnie nie widać, leżę. Zimno. Polar zapięty. Po niecałej godzinie wstaję - bardziej z zimna jak wypoczęty. Chwila poszukiwań szlaku - pan pokazuje główną drogę. Znaczków zero. Droga prosta - idę nią, przynajmniej zobaczę, jak Andrzejowi drogę wskazać.
Zabudowa prawie ciągła, najpierw rozciągnięte SJdV, potem jakaś wioska, w końcu za mostem SJPdP. Jakaś wielka cytadela na wzgórzu. Nie ma to jak pogranicze. Na rynku Office de Turisme. biorę plan, do gitesa blisko. Zachodzę do kościoła - straszne. Wystawa jakaś, muzyka prawie kocia, tłumy chodzą w te i we w te. O Mszę nie ma kogo zagadać. Szaro to widzę.
Miasto pełne turystów - już mi się tu nie podoba. Ale trzeba przetrwać. Dreptam na moją ulicę, ruch spory, dobrze że blisko. Gites schowany, niepozorny. Mini pokoik, ktoś śpi - zostawiam garba. Dobijam się obok, cisza, siadam na ławce, czekam. Do wieczora ktoś się pojawi. Pojawia się wkrótce właścicielka, kojarzy mnie jako Polonaise. No to oki. Gites bardzo taki sobie, ale wyrka są i czekają. Kawa, małe jedzonko, niech nogi odpoczną. Dochodzi dwoje Brytyjczyków, uprzedzam, że moi mogą dojechać późno. Ci są oki, jutro odpoczywają. No to fajnie.
Idę na miasto. W kościele - bez zmian, może muzyka ciut normalniejsza, ale spacerowiczów więcej. Człapię do góry, szukam gitesa. Tłumy straszne. Bardzo nie lubię tego miasta.
Denisa nie ma, młodych spotkałem przy kościele, jutro chcą iść tylko do połowy podejścia. Trafiam na punkt pielgrzymów - kupuję dla młodych 2 kredencjały - po 2 E sztuka. Drogo, ale niech mają. Za to mam plan - wykaz punktów na trasie z refugami i barami. Może się przydać i to bardzo.
Na mieście otworzył się sklep. Do bankomatu (oj, jakoś ciurka ta kasa) i co by tu nabyć. Nie wiem, co oni wiozą, może do jutra nie zginiemy, a w Hiszpanii powinno być taniej. Ale na owoce po 1,60 i na wino na powitanie to się rzucam.
Jest kawiarenka netowa - 8 E za godzinę to przesada. W Hiszpanii sprawdzę pocztę. Na wykazie przy wielu gitesach jest @. Plac zabaw dla dzieci - siadam i wcinam owoce. Na mżawkę się zbiera. Tuptam bez pośpiechu. Dopiero zauważam, że nogi jakoś nie protestują. Oby tak dalej.
W domu sms do Andrzeja z opisem dojazdu, siadam do pisania i wizyta Denisa. Teraz 18.45, od młodych cisza, pewno nie ma dramatu, nie wiem co robić oprócz czekania. Myślę, że jak już się pójdzie, to chociaż tego czekania będzie mniej. Wcale za nim nie przepadam. Może podrepcę na małe piwo.
18 lipca, poniedziałek
dzień 23
Z piwa zrobiła się impra przy gitarze w ich gicie. Kulminacja: Cicha noc po polsku, francusku, angielsku, holendersku - być może coś jeszcze. Fajnie było.
Info od młodych - będą koło północy. O 23.30 - jeszcze 250 km, będą koło 3. Komórka wyciszona pod ręką, drzemię. Od 3 czuwanie i czekanie, koło 5 sms z pytaniem, koło 6 zapewnienie że blisko, o 7 na parkingu, koło 7.10 są. Ulga.
Spanie do południa, spokojna kawa i jedzonko. Jedziemy nad Atlantyk, cały czas szukamy gazu. Tu wychodzi połowę taniej, może lepiej.
Atlantyk cudo, fale śliczne, zwłaszcza Benia zachwycona. Późno się robi.
Jedziemy z Andrzejem do Roncesvalles. Ładne góry, będzie jutro fajnie i chyba nie za stromo. Auto na parkingu koło campobusa z Belgii.
Na stopa z powrotem - stanął już 3ci samochód. Bask małym citroenem. Na dole prawie rzygałem - na zakrętach jechał, że niech go. Małe jedzonko na szybkiego i krótki spacer po mieście - już pustawo przed 22.
Brytyjczyk nie zachwycony, że będziemy wstawać rano - postaramy się po cichu. Nastawienie na jutro na konkretne chodzenie od samego rana.
Fajnie, że już są, zupełnie to inaczej. Dzisiejszy dzień z konieczności wyszedł jak wyszedł, inaczej się nie dało. Od jutra zaczynamy na dobre. Wiele tu niewiadomych. Hiszpania inna, ale wiele pozytywów - ma być taniej, więcej i gęściej refugi. Nic tylko z pozytywem do przodu. Kładę się.
19 lipca, wtorek
dzień 24
Eviva Espana.
Myślę, że Brytyjczycy nie powinni narzekać. Zebraliśmy się naprawdę cicho, Benia trochę marudziła, ale opóźnienie niewielkie. Lekko po 7 na drodze.
Tuż za miastem od razu wyraźnie w górę. Szlak zdecydowanie nabiera wysokości. Rozmowa idzie o żeglarstwie. Ładnie - wokół Pireneje, początek pielgrzymki, a my o łódkach. Schodzi prawie do postoju. Chłodno jest, choć ładnie. Na postoju polar konieczny. Po postoju Benia wyrywa się do przodu. My hamujemy przy wodzie, potem przy gicie - też woda. Droga w górę - Andrzej widzę, że może szybciej - proszę, by poszedł do przodu. Za kawałek czekają oboje. Tak się nie da, Benia już wystygła, niech lecą na nocleg i zaklepią miejsce. Ja brewiarz, odpoczynek, gdy wystygłem to ruszam dalej.
Bardzo długo droga asfaltowa, aż po same góry. Był kawałek miękkiego, ale krótki, potem dalej asfalt. Jeżdżą sobie autka z turystami, rodzina podjeżdża do owieczek i ogląda przez okna - żenujące. Podobno tak teraz w Afryce na safari. Ale żeby na takich górkach... Ludzi na drodze sporo, rowerzystów tylko kilku.
Z dala widzę miękką drogę - siadam za wiatrem. Chyba nawet mała drzemka. Ruszam z nastawieniem, że trudniej - za kawałek robi się prawie płasko. Potem dość długi kawałek zupełnie po płaskim , na nim źródełko, też takie cywilizowane, obetonowane i z kranikiem. W średniowieczu to tu musiało być pielgrzymowanie... nie to co teraz .... polary, termosy, wygody.
Gdyby nie ścięgna - byłbym całkiem happy. Wysypka swędzi, ale się nie nasila - może przeżyję. Ostatni kawałek pod górkę - idzie zupełnie spokojnie, nie było tak daleko. Z przełęczy widok na Hiszpanię - wyraźnie mniejsze góry. Te po pierwszej stronie były naprawdę cudne, Benia kwiczy, a było naprawdę co podziwiać.
Początek zejścia b. ostry, niedaleko siadam. Nawet minidrzemka. Dalej zejście strome, dopiero po jakimś czasie mniej, czasem nawet płasko. Za to las jakiś taki bardziej przyjazny. Ma być stacja ornitologiczna, ale ptaków za wiele nie słychać. Na górze były orły.
Ścięgna nadają, więc zejście się dłuży. Czekam na przełęcz i na tę stację ornito, zaś nagle niedaleko widzę dachy opactwa. No i miło. Auto przestawione w cień. Moi właśnie idą.
Razem do recepcji - przyjmuje nas Magda z Krakowa. Fajnie i miło. Na 20tą Msza. OK.!
Młodzi się kąpią i jadą przestawić auto, ja biorę kawałek kiełbasy - na razie wystarczy.
Są Nicolas, Anne i Giles - chwilę gadamy. Pewno i dalej się zobaczymy. Jeszcze chwila do Magdy - przewodnika nie kupuję. Teraz wcieranie maści i to pisanie, zaraz Msza Święta. Na dworze zimno - wysoko jesteśmy. Po Mszy może jedzonko. Jest nieźle.
20 lipca, środa
dzień 25
Na dziś to jest całkiem dobrze, ale najpierw o wczoraj. Msza była o 20, do ołtarza puścili, razem było nas 5ciu i jeden młody przy organach. Instrument super, koło 40 głosów. Msza z nieszporami. Tekst przeistoczenia poszedł. Po Mszy błogosławieństwo.
Młodzi zdążyli akurat na początek Mszy. Po niej do jedzonka. Mnie się jakoś niekoniecznie chce. Oni gotują, ale że w środku nie wolno, a na zewnątrz wiatr więc z problemami idzie. Zimno się robi dość mocno, idę się kąpać i do wyrka. Oni ledwo się wyrabiają na 22, światło gaśnie stopniowo, a i potem ludzie trochę chodzą. Dziadek z przeciwka daje latarką po oczach. Miły. Hala ogromna a cisza prawie piękna. Trochę chrapania. O dziwo zasypiam szybko. Widać górskie powietrze działa, a może to, że wziąłem cetalergin.
W nocy kilka razy się budzę, ale źle nie jest. Pobudka 6.15 - pełen ruch. Ja budzę Andrzeja, on Benię. Trochę leniwo nam idzie - wyjście koło 7. Szeroka aleja wzdłuż głównej drogi. Widać, że ruch duży, więc ktoś zainwestował. Większość ludzi poszła przed nami, kilku wyprzedzamy, kilku nas mija. Sporo cienia - poranek b. miły. Godzina z kawałkiem - jedzonko na pniu drzewa na polanie. Kłopot, bo kubków brak. Ciągniemy wciąż kiełbasę z Polski. Dość szybko się zwijamy i dalej. Gdy ruszamy, jest dwóch panów z osłem i pieskiem.
Młodzi gonią zrobić osiołkowi foto. Na foto ich mijam, potem oni mnie. Na ogół Andrzej sporo z przodu, potem Benia, za nią ja. Każdy swoim tempem - górki, co jakiś czas spotkanie.
Dłuższy postój we wsi z wodopojem. Przy nim cała kolonia dzieci rozłożyła karimaty na asfalcie i jedzą śniadanie. Któremuś plecak wpadł do wody. Siadamy pod zadaszeniem - wyraźnie miejsce do gry w piłkę, dziś miejsce spania tych dzieciaków. Zwijają się, równolegle grają.
Nie wiem czy z pół godziny wysiedzieliśmy - człowiek stygnie. Lecimy z nastawieniem dojścia do Izuar. Będzie z 1,5 godziny - wyszło jakoś trochę dłużej. O dziwo, idzie mi się zupełnie nieźle, może to teren dobry, też naproksen i bandaż, też i łaska. W południe robi się wyraźnie ciepło.
Na początku miasteczka młodzi myślą czy nie iść dalej. Ja mam dość. Do sklepu, zimna cola, pomidory - siadamy na schodach naprzeciwko. Jakoś ściągają inni pielgrzymi - szybko całe schody obsadzone. Pełen piknik, jest cień i wiatr. Są Australijczycy z wczoraj znad nas - on pucołowaty uśmiechnięty, ona śliczna drobna, ciemna dziewczyna, jeszcze bardziej uśmiechnięta. Na moje oko Aborygenka. Oczywiście Benia gada.
Rozkładamy się na dobre, gadka o alkoholach. Hihihi ładnie jak na pielgrzymkę. O 14.30 sjesta - sklep zamknięty. Siedzimy jeszcze trochę, nieco po 15 start. Podobno mamy 5 km. Najpierw droga nad miasteczkiem, i nad wielką fabryką czegoś cementowego. Potem przez jej składowiska - tam młodzi mylą drogę, dogonią mnie potem. Teren odkryty, dopiero później odrobina lasku i krzaków. Spotykamy się przy wodopoju - narzekają na upał. Mnie jakoś nie najgorzej, nawet jest nieźle. I nogi w zasadzie da się wytrzymać. Na nierównościach różnie bywa, ale jakoś idę i nie jest to z takim bólem, jak bywało.
16.25 dociągamy do Larasoana. Albergo na placyku - pani w recepcji uczy Benię hiszpańskiego. Mszy nie będzie, bo ksiądz nie mieszka tu, a klucza nie zostawia. Są Nicolas i Anne. Młodzi zbierają się do mycia i przerzucenia auta. Nicolas rozpoznaje, że auto ze Szczecina. Dobry jest. Tłumaczymy jak idziemy z autem - nie wiem czy do końca są przekonani. Oni tylko jutro do Pampeluny - koło 15 km - wracają do obowiązków. Trochę szkoda. Jest Gilles. Nowi współidący jakoś niekoniecznie chcą się poznawać. Za dużo tego. Na poprzednich kawałkach siłą rzeczy każdy kto się pojawił to był znajomy. Tu się kręci przynajmniej ze 100 osób. Benia w drodze zagadnęła z Japończykami, pospikała, ale większość odpowie Dias i każdy idzie swoje.
Oni podjechali, ja się wykąpałem, brewiarz i to pisanie. Widzę Węgierki - jak zwykle doszły późno i jakieś zagubione. Nie jestem pewien, czy albergo już nie pełne, choć u nas jedna góra wygląda na wolną.
Na jutro nastawiamy się na Puento de la Reina. Jest tego prawie 40 km, ale tam albergów sporo - jak dojdziemy późno to też może przeżyjemy. Jak nie damy rady - z zabezpieczeniem w auto da się jakoś po drodze przekiblować. Benia sama dziś mówi o pobudce przed 6tą - doceniła co znaczy iść rano a nie w słońcu. Im obojgu ostatni kawałek mocno dał w kość - mnie o dziwo jakoś nie tak bardzo. Szedłem swoim tempem, nie powiem żeby nie grzało, ale o wiele gorzej już bywało. Możliwe, że jestem zaaklimatyzowany lepiej.
Andrzej cały dzień idzie w kurtce, bo spalony. Benia ma bąbla i coś z nogą. U mnie zupełnie optymistycznie. Zobaczymy, jak jutro. Gdyby się PdlR udało - będzie ślicznie.
21 lipca, czwartek
dzień 26
No dziś to daliśmy do wiwatu.
Ale wczoraj moi dali się wziąć na stopa jakiemuś lokalnemu mafioso, co półtorej godziny coś załatwiał. Oni czekali w aucie. Dojechali 21.20. Szybko do gotowania - gorący kubek z bagietką, serki, pomidorki, Heineken na deser.
Miła Hiszpanka w pokoju nie ma przeciwko budzeniu - budzik chyba 5.45. Rano i ona wstała, choć mówiła o późniejszym wyjściu.
Nieco leniwo się zbieraliśmy, 6.30 na drodze. Rano marsz prawie idealny, choć moje ścięgna nie rozruszane. Stopniowo jest lepiej, choć powoli. I postój niedaleko rzeczki w bok od szlaku. Gdy jemy, mija nas cały peleton. Akurat przelecieli. Potem droga trochę w górę po zboczu, wzdłuż zabezpieczonego urwiska, potem asfaltowa dróżka górą, wzdłuż autostrady, potem zejście do Arrr.... jakoś tam. Jedna długa prosta ulica, duże bloki. Ja z Andrzejem przodem, gadam o nauce jazdy. Na końcu ulicy tunelik, czekamy na Benię, razem z 1 km alejkami i ogromnymi murami i zaczyna się Pampeluna. To musiała być twierdza nie do zdobycia.
Drepcemy przez całe stare miasto, szukamy śladów krwi na murach po gonitwie byków. Nie było. Na koniec starówki cola i siedzimy przy straganie z czosnkiem. Z pół godziny i dalej. Kawałek przez nowe miasto, przełaj przez park, potem uniwersytet. Kupujemy bagietki i dalej. Miasto na wzgórku z dwoma kościołami - Cizur Menor. Przy wyjściu budowa nowego osiedla - przysiadamy na łyk wody i dalej, do sensownego cienia. Cień się okazał średnio sensowny, ale skoro droga mijała widoczną wioskę - następna pewno daleko, więc siadamy gdzie się da - skraj skoszonego pola i krzaków. Wieczorem 20 minut wyciągałem ości zbożowe z ręcznika frote.
Jedzonko i spanko, choć mało wygodnie. Przed 15 w drogę. Lekko pod górę, droga miła, dobrze ubita. Z dala miasteczko - chyba Zubirikiki - chwila przy kościele - pojawia się trójka nieziemsko opalonych. Ledwo żyją. Wyrazy współczucia.
Idziemy na przełęcz. Z przełęczy widok niesamowity na obie strony - po obu stronach dolina, tyle że na północ z górami w tle. Nad nami wiatraki, pod nami jakiś tutejszy Hasior. Dłuższa chwila - Benia z tyłu. Schodzimy do cienia - roi mi się decyzja. Gdy siadamy, proponuję marsz do pierwszej wioski, zwł. że Benia krucha. Niby zgoda.
Do wsi ok. 4 km, chyba Astorga. Benia dość z tyłu. Szukamy albergu, jest w końcu wioski. Ciężka decyzja. Dochodzi Benia - wysyłam z językiem - noc 10 euro. Skoro może iść - do przodu. Droga po płaskim lub w dół, zdecydowany chłodek. Prawie miło się idzie, moje nogi prawie oki. No chyba że na kamień krzywo stanę - boli.
Za 2 km mała wioska, czekamy na Benię - trochę zostaje. Za 1,7 km O..... Jestem prawie zdecydowany na nocleg, idę pierwszy. Wężyk przez wieś, jest woda, jest albergo. Zanim przyszli, spytałem - 5 euro. Miły pan, fajna chata, gość idzie ze sklepu - siedzimy. Benia prawie pada. Mycie, kolacja z piwkiem - wszyscy odżywają.
Doszliśmy chyba 35 km, te 3 to nie problem, zwłaszcza że po drodze miasta. Bardzo się cieszę, że moje nogi stopniowo do przodu. Zaczynam się cieszyć chodzeniem. Na jutro zero planów - w drodze się okaże, wiadomo że trzeba iść rano. Benia chciała o 5.
22 lipca, piątek
dzień 27
Pobudka koło 6, wyjście 6.30. Po Puente de la Reina leniwo wśród ogródków. Nastawiałem się na śniadanie - okazało się, że przerzut rzeczy do wozu i dalej. Wąska długa ulica. Za miastem normalna ścieżka, ludzi od rana na szlaku pełno. Potem z powodu robót przy autostradzie szlak tymczasowy. Na tej tymczasówce siadamy na śniadanie, przed nami górka - na niej jeden rowerzysta w krzaki poleciał. Bolało patrzeć. Trzech go wyciągało.
Przy śniadaniu okazuje się, że tato Beni do łączności chodził. Gadamy o znajomych. Droga ostro do góry, tłumy walą, ciężko wyprzedzać. Rodzina idzie z pieskiem, żal nam go, męczy się strasznie. Dociągamy do miasteczka, na postój wcześnie, ale stajemy na pół godziny w dużym podcieniu. Woda przy kościele, cola tylko light, więc w mięsnym kupuję lemon - pani mnie puszcza bez kolejki.
Przy podcieniu samochód - obwoźna sprzedaż ryb. Wonieje, ale trudno. Dalej droga łagodnymi podejściami i z góry. Dość grzeje, ale jakoś wyrabiamy. Przy przejściu pod drogą znajomy z Francji - postawny facet z drobną kobietką - był przy "Cichej nocy..." w SJpdP.
Na dłużej rozkładamy się na głównym placu następnej wioski. Jest wodopój, plac do gry w coś, więc równo, gotujemy zupki. Obok rozkłada się tłum nastolatek - horror, nie da się pospać. Idą krótko przed nami. Droga spokojna, idzie się nieźle. Dociągamy do Estelli, jest 17. Benia z tyłu ciągnie.
Rodzi się plan - idę z nią na stopa, potem dojdę. Jak dobry stop, to jedzie sama. Non stop aż do Villamayor. Po drodze Irache ..... źródło z winem. Bajka.
Po drodze myśl, że możliwa jest droga do Jerozolimy...
W Villamayor refug parafialny. Odprawiam Mszę, dostaję nr telefonu do miejscowego ks. Piotra - Polak z Torunia, nie ma go na miejscu.
Kolacja, Benia gadająca z gospodarzem. Piszę szybko, bo wieje i zimno jak choroba.
23 lipca, sobota
dzień 28
Zasypianie szło ciężko, coś klekotało przy drzwiach nie do wytrzymania, Szwedzi się migdalili, Francuz chrapał. Nie wiem, kiedy ucichło, jakoś poszło. W ogóle to były materace - całkiem fajnie i szeroko.
Rano obudziły mnie rozmowy, nie mogłem rozpoznać godziny, obudziłem Andrzeja, była 5.30. Dosypianie. O 6 oczywiście pełen ruch, tylko Szwedzi zostali. Na drodze 6.30.
Droga lekko z góry, za wsią cudne niebo z chmurami poczerwienionymi - pięknie i fotka.
Szeroka droga, idziemy trójką i gadamy. Schodzi cały spory kawałek aż do śniadania. Jemy na skraju rżyska, zeszło bo się gaz skończył więc zmiana butli. Po śniadaniu dalej szeroko i równo, biała płaska droga, drepczemy razem. Pojawiły się inne ekipy. Pogoda idealna, lekkie chmurki, nie gorąco, choć słońce.
W Los Arcos pieczątki w albergu, sklep z lodami dla Beni, ja biorę piwko. Siedzimy chwilę pod kościołem, zjeżdża się ekipa rowerzystów - do 3 babek dojeżdżają 3 chłopcy.
Na następnym kawałku najpierw gadam potem gorsza droga, inne ekipy wyprzedzanie - Andrzej z przodu, ja z tyłu. Wioska Salgos [?] chwila przy albergu, ale zaraz następna więc dociągamy bo 1 km. Torres del Rio - przy sklepiku się gubimy, szukamy cienia, Andrzej wybiega za wieś - schodzimy się po ładnych paru minutach. Obiad pod palmą, pełen luksus - cola z lodówki, banany, zupka, czekolada. Impra na całego.
Popołudnie koło 10 km, więc zasadniczo na raz. Początkowo szeroko więc razem i gawędząc - nie wiem czy którego dnia dotąd pogadaliśmy tyle, co dzisiaj. Potem górki i dołki i wąsko, więc Andrzej do przodu. Cień przy małym strumyczku - tam postój 10 min. Cały czas super atmosfera.
Potem przed Vianą kawałek brzegiem asfaltu. Miasto widoczne z dala - trochę osłabia, jak się do niego idzie i zbliżanie jest tak powoli. W mieście brak sklepu - sobota wieczór - za to początek jakiegoś wielkiego jubla. Cyrk na całego.
Na ulicy ksiądz - zaczepiam o Mszę - na 20. W albergu koło 19, oni od razu po brykę, ja brewiarz, kąpiel i na spoko na Mszę. W kościele niesamowity ołtarz główny i piękna zakrystia. Msza po hiszpańsku, trochę szybko ale przeistoczenie spoko. Nawet komunię kazał mi rozdawać. Podobny do jednego młodego od nas... Szatkowski - pochodzi z Reska. Ten też młody.
Wychodzę. ulice odgrodzone, małą Pampelunę tu mają. Viana to jest. Byki stoją 20 m od albergu, faceci je drażnią, pewno potem będzie cdn. Arenę na corridę widziałem na wejściu.
Jest 21.10, młodych nie ma, jak zwykle się denerwuję. Coś z tą bryką na dłużej trzeba wydumać.
Na długim postoju zacząłem liczyć km. Początkowo wyszło, że brakuje 1 dnia. Po sprawdzeniu - jest dobrze. Przy średniej 30-35 km na akurat dochodzimy na 10go do SdC. Zupełnie realne, stanowczo się nastawiamy na pobudkę 5.30 i wyjście 6.00, marsz pod 13 - jak pójdzie to i 25 km można tak zrobić. Dużo zależy od rozkładu albergów - kawałkami nic się nie wyduma. 10 km na wieczór się nie ujdzie (tak po 17). Jest i minimum rezerwy - nie powinno być źle.
Po południu trochę mi chodziła po głowie Ziemia Święta a trochę powrót tutaj. Ziemia to na zasadzie że jest to możliwe, choć wcale nie łatwe, a jak Turcja się ucywilizuje to jakoś do zrobienia. Oczywiście impra dla wariatów i dla bogatych, ale ew. do zrobienia.
A powrót tu - pewno kiedyś całkiem możliwy. Teraz wiadomo, czego tu oczekiwać, jak się tu idzie - nic takiego strasznego. Przy przygotowaniu, treningu, kasie, załatwieniu lotów - wcale niewykluczony cdn.
24 lipca, niedziela
dzień 29
Wczoraj wrócili 21.45, Benia nie wyłapała miejsca postoju i szli do niego 4 km. Auto oczywiście w Viana.
Pobudka i ranek cudowne. Wszyscy wstali 5.30, 6.05 na drodze. Mały kłopot ze znalezieniem drogi - mocno ciemno. Wschód słońca kawałek za miastem. Marsz z rana oczywiście boski. Lecimy na Logrono, choć jakoś trochę daleko za górką wyszło. Pod miastem pani daje pieczątki. Podobno wychodzimy na buraków, bo nic jej do muszli nie wrzucamy.
W mieście pod katedrę - ale msza chyba w innym kościele, bo tu na głucho. W fontannie myjemy gary szamponem - jest foto. Drepcemy przez miasto szukając sklepu. Oczywiście długo nic. W końcu jest zupełnie byle jaki - młodzi twierdzą, że nic nie ma. Pomidory rzeczywiście straszne, ale wychodzimy z mlekiem, dżemem i serkami.
Za miasto na jedzonko, ławka w cieniu. Ciągnę mleko - prawie cały litr. Scena z mrówkami jak zawzięcie sprzątają wszystko, co nam spadło. Kilka ciągnie kawałek mięska.
Deptak podmiejski - kupa ludzi w obie strony. Za kawałek - jezioro i teren wczasowy. Nic dziwnego, że tłum. Okrążamy i do góry, nie tak daleko okazało się do Navarette.
Jesteśmy na 12. Szukamy mszy - będzie o 13. Plac przed kościołem, fontanna, gotujemy zupki. Przed 13 do kościoła, kościelny i ksiądz bardzo mili. Msza ze śpiewającymi Kolumbijczykami - dziś ich święto. Cura każe mi po polsku Ojcze nasz. Po mszy zwiedzanie zakrystii - tryptyk ze szkoły flamandzkiej i niesamowita ściana - szafa ze skarbami. Benia mówi, że wszystko łupy.
Prawie od razu dalej. Ciepło. Za wsią do toalety i gonię - siedzą po drodze pod drzewkiem. Pół godziny i dalej. Strasznie nas esami pociągnęło, nadłożyliśmy sporo. Trochę źli, trochę podmęczeni słońcem. Dalej niż myśleliśmy jest do Ventosa, tam 16.45. Na asfalcie, że do Najera jest 10 km. Andrzej wrzuca piątkę, ja też się zawziąłem. Na górkę, stamtąd z dala widok na wieś. Daleko. W końcu nie wiem, czy do tej wsi doszliśmy, bo wiło się a po bokach zostało sporo. Pod koniec desperacja. Andrzej siedzi padnięty, ja chodzę, żeby nie paść. Benia dociąga po 15 min wykończona. Przez całe miasto i na koniec wężykiem, bo każdy inaczej pokazuje. Benia gada w albergu. Nocleg na podłodze - wszystkim wszystko jedno. Mamy darmowe bilety na basen - Benia ożywa. Od razu inna dziewczyna. Nie ma stroju, ale goni nas nieludzko.
Na basenie kąpiel i pływanie - za nic nie mogę kraulem, ścięgna nie pozwalają. Wieczór nie za ciepły. Drepcemy do albergu. Teraz 21, Benię gdzieś wsiorbało, czekamy na kolację.
Dzionek wyszedł zabójczy. Na oko ok. 38 km. W tutejszym upale wynik, że niech go, w dodatku z chodzeniem po Logrono i Mszą. Na przyszłość o tyle dobrze, że widać, że jakieś 35 km jest spoko do zrobienia.
Benia po basenie ożyła - widać, jak wiele jej to dało, zupełnie inna kobieta. Sport uber alles.
Na jutro plany - wg mojej rozpiski ok. 30 km, ale wg tutejszych to może wyjść 35. W każdym razie bezapelacyjnie pobudka 5.30. Gonimy.
Ola zapowiedziała się na środę wieczór. Pojadę.
Posłałem smsy do Pioruna i Oli, zadzwoniłem do Klósków (koperta poszła do Kamila, objaśniłem), i ZADZWONIŁA MAMA.
Benia sprawdziła bąbla - jest oki. Wieczorem w patio gadanie na całego. Ciekawe, jak to będzie ze spaniem. Mama mówiła, że Ela chce wsparcia - jutro za nich.
25 lipca, poniedziałek
dzień 30
Oj, Elka chyba miała sprawy nie od parady - trochę bolało.
Wieczorem ułożyliśmy się przykładnie na 22 pod stołami - w sali pełen ruch. Śladu zasypiania. Pan przyniósł nam karimaty - tym wygodniej. Koło 22.20 pogasili, przed 23 ucichło. Duchota straszna, tylko Andrzej zasnął od razu. Ciemność nie całkowita, ale spać się dało.
Przed 5 rano zaczął się ruch - już obudzili. O 5.10 było pełne gadanie, spać się nijak nie dało. Chyba 5.20 światło, rejwach i te sprawy. Źli jak nie wiem co wychodzimy. Był plan skorzystać ze śniadania, ale kolejka potworna. Benia zwinęła 4 ciasteczka.
Wychodzimy - całkiem ciemno. Coś pod 6. Pani z balkonu pokazuje kierunek - chyba spać nie może. Zaraz koniec miasta, droga ostro pod górę, dobrze że szeroka. Ktoś z przodu latarką świeci. Ponad pół księżyca - iść się da. Nie mamy nic chleba, liczymy na pierwszą wioskę - 5,7 km. Chyba Astorga. Dociągamy. Na niebie sporo chmur, zwłaszcza po lewej. Jak dla mnie to rozjaśnia się dziś jakoś powoli. Droga na ogół wśród winnic, takie ciekawe betonowe kanały nawadniające.
W miasteczku zero sklepu. Jesteśmy tuż po 7, pani mówi coś o chlebie po 8. Szkoda czasu. Dogania nas cały peleton. Tłum na drodze, po śniadaniu, ostro lecą dalej. 7.30 idziemy. Lekka podłamka - etap 10 km a tu głodno. Benia wyrwała. Andrzej ma kryzys. Chciałbym w zdrowiu iść tak, jak on w kryzysie.
Droga lekko w dół, prawie same winnice. Kiedyś można spróbować - prowincja jest La Rioja, miasto Najero.
Dołek przy głównej drodze i długie średnio mocne podejście, przy końcu mocne. Andrzej odzyskał moc, jestem daleko z tyłu, ale widzę. Na górce - budowa osiedla i pole golfowe. Inny świat się bawi przy święcie - a to dzień Jakuba, patrona całej Hiszpanii.
Moi czekają przy zejściu do wioski - na sklep nie ma szans. Idziemy do następnej - być może będzie sklep. Był tylko bar z kanapkami po 3.50. Złość trochę przeszła, trochę jest rezygnacja, trochę desperacja. Na ławce przy skwerku przy fuencie gotujemy kawę. Andrzej wyciąga okruszki, łapię się na piętkę od bagietki. Nie wiem, ile to ma dni.
Ruszamy, wiadomo że do San Domingo 5 km. Winnice jak nożem uciął, same rżyska po zbożu. Droga wyjątkowo prosta i szeroka, z górki z dala widać miasto.
Dziadek pokazuje, gdzie panaderia - oczywiście leci i cola i coś do chleba. Siadamy na skwerku, woda jest, leci śniadanko pod 11-tą. 20 km bez jedzonka. Nieźle.
Wychodzimy, w albergu kolos kolejka - nie czekamy, będzie bez pieczątki. Ale to chyba już do spania. My wg planu mamy 5 km z kawałkiem. Mówię młodym o cystersach. Droga dalej przez rżyska. Chmury się rozeszły, jest nieco cumulusów, jest wiatr, ale ciepełko robi swoje. Etap wychodzi na 2 godziny. Końcówka asfaltem - inni poszli polem i nadrobili. W miasteczku plac obok kościoła z podcieniami i ławami. Obok sklepik - biorę arbuza. Smakuje jak nigdy, ale obiektywnie jest super.
Wyszła prawie 14ta, Andrzej twierdzi, że mamy 30 km i wcale nas nie goni. Oni śpią, ja brewiarz i notki, przed 16 kawa. Nastawiamy się na 5 km do noclegu.
Wiatr chwilami b. mocny. Na górce wejście do prowincji Castilla y Leon. Zaraz wioska, na wejściu info dla pielgrzymów - w następnej wiosce nie ma albergu, trzeba tu. Redicilio to się nazywa. Jest tani net, bierzemy folderki z kilometrami i refugami. Ładnie.
Albergo przy barze - niezła speluna, ale góra oki. Spróbuję tym razem na górze. Młodzi się myją i lecą po auto. Siadam przy drodze i wspieram modlitwą. Po 10 min pojechali. Nie jest źle, powinni się wyrobić.
Idę na net. Ponad 70 maili, po wykasowaniu spamu zostało 19 z kawałkiem. Najwięcej od Ani. Do albergu, mycie, teraz to pisanie no i zacznie się czekanie - to, co najgorsze. Za Burgos trasa z dala od głównych dróg - auto musi polecieć daleko. Się zobaczy.
Na dobrą sprawę zostały 2 tygodnie. Tak, jak miałem nadzieję - skończył się czyściec, teraz to w sumie możnaby pochodzić. Szkoda, że się zaczyna kończyć.
Dziś wciąż myślimy o szczecińskiej. Zaczyna się chodzenie razem z Nimi. Dziś szli podobno z Łukęcina, wieczorem chcę zadzwonić do Młodego - pewno posiedzenie przy dorszu. Jutro start na dobre. Wiele razy o nich gadamy. Trochę szkoda, że bez nas, trochę ciekawe, jak im będzie.
U nas - odpukać - zupełnie oki. Niech tylko od tego auta wrócą o ludzkiej porze.
Gdy skończyłem powyższe - o 20 przyszedł sms od Beni bym wyszedł na drogę. Skoro jadą, to nie jest źle. Okazało się, że w aucie jest ruszone lusterko, ale jechać się da, więc jakoś żyjemy. Odebrałem reklamówkę z żarciem, włożyłem wino do lodówki - chyba na nie zasłużyliśmy w końcu. Parę krzyżówek, a teraz nastawiłem wodę, jak przyjadą to jakieś zupki się wciągnie.
Stanowczo wiele nerwów mnie te przejazdy kosztują, choć dziś trzeba przyznać że i tak nieźle im poszło. Skoro wyjazd stąd o 18 a z powrotem lecieli po 20, a to koło 70 km, więc b. szybko musieli coś łapać, a i tak coś wspomnieli o przygodzie. Stanowczo trzeba pomyśleć, co dalej.
Pokój w refugu się dopełnił, ale ludkowie gdzieś balują. Jest lampa na UV, muchy wpadają i strzelają. Może da się spać. Wybiła 21, ich nie ma.
26 lipca, wtorek
dzień 31
Piszę dzień później, na skwerze w Burgos.
Wstanie norma, ludzi mało więc po cichu i bez tłoku. 6.05 na drodze. Droga szeroka i przez rżyska, bez rewelacji. Śniadanie pełna kultura, ławeczki i stoliki przy fuencie po 1,5 godziny. Wioska pełna psów i kotów - dwa pieski kręcą się koło nas. Śmieszne.
Ciągniemy długi kawałek, następny postój w cieniu za kościołem na wzgórku. Biorę wodę z fuenty, okazuje się że nie do picia. Dopijam to, co mam z wapnem - na razie żyję.
Do obiadu parę km - schodzi nieźle. Nogi w miarę idą, postój w Villafranca. Na początku sklep i zakupy - cudny świeży chleb, szkoda że mało go było. Cień za kościołem, zjadam co nieco i mówię że jadę. Auto z drugiej strony kościoła. Nawet umiem jechać. Do Torres jakiegośtam za Burgos w godzinę, równo jak po mapie. Kółko przez wieś, staję na głównym placu i na stopa. Nie mam picia, szkoda. Kartka spod śmietnika - piszę N 120. Po 15 min młody chłopak, podrzucił parę km, skręcał do pracy. Stacja benzynowa - jest cola, staję na rogu. Po 15 min pani w nissanie - ujechała kawałek, ale stoi. No to się ładuję - byle do przodu. Coś mówiła o Logrono. Byle jechać. Po drodze tłumaczę, że muszę do Villafranca - ona nadziwić się nie mogła, że facet z garbem cofa się na camino. Wręcz obśmiała się jak norka. Ale jedziemy. Stanęła na telefon - ja się ruszyłem, a ona myślała że chcę wysiadać ; mówi spero...., no to jedziemy. Ona dalej ze mnie kwiczy, ja już nie próbuję tłumaczyć. Wysiadka w Villafranca, ułatwiam jej wyjazd z zatoczki, a ona..... nie do Logrono, tylko z powrotem do Burgos. Wmurowało mnie. Chyba długo trzeba się za nią modlić.
16.30 ruszam - moi mieli iść 16. Wg umowy daję strzałkę - niech wiedzą. Pierwsze 2 km pod górę - to są Montes de Oyo. Dość ostro, ale się idzie. Potem zdecydowanie płasko, a po 6 km nawet równa droga. Lecę bez problemów. Wcześniej niż myślałem San Juan - jestem 19.15. Zadyma ze staruszką od refugu - nijak nie rozumiemy, co ona chce od Beni. Prawie wszystkie wyra zajęte - Benia złapała dla mnie. Rozkładam się manifestacyjnie. W kościele kończy się Msza - dziadek ksiądz długo wykłada coś pielgrzymom. Wychodzą, ja proszę o mszę - bez problemu. Szybko po mój mszał. On proponuje najpierw zupę, ja najpierw do kościoła. Są moi - odprawiam. Po Mszy obiecana zupa - dziwna nieco, ale dobra i najważniejsze gorąca. Przy niej rozmowa. Parafia 28 osób, za to pielgrzymów masa. Najciekawsze kraje, co wymienił to Singapur, Indonezja i Argentyna.
Po zupie - trochę mało. Gotujemy makaron, wcześniej mycie w zimnej wodzie. Kuchni nie ma, więc ławka na dworze. Smakuje świetnie, coś domowego w miarę i nieco ciepłe. Zmywanie szamponem na szybkiego, bo zaraz 22. Wyrko wolne, więc przenoszę się do I roomu, bliżej moich. Sporo ludzi gdzieś się wyniosło. 22 cisza. Brewiarz na korytarzu, bo tam światło. Po 22 procesja wracających z dworu. Też sobie wymyślili spacery. Ktoś wali się nade mną na górę.
W nocy Benia budzi mnie, bo chce koc. Chrapanie faceta wykończyło ją - spała na korytarzu.
27 lipca, środa
dzień 32
Hiszpanów znów coś porąbało, albo następna ekipa wyczynowców się dobrała. Po 5 pełen ruch się zaczął - budzika nie trzeba. Wstaliśmy 5.30, kupy ludzi już nie ma, w domu ruch, choć trzeba przyznać, że bez gadania. Tylko niektórzy latarkami po oczach dawali. Wyjście 6.03, chyba jako jedni z ostatnich. No, może gdzieś w połowie stawki. Ciemno prawie całkiem, dobrze, że droga szeroka i bez niespodzianek. Księżyc w ostatniej kwadrze - akurat nie najgorzej poświecił. Jest nieco chmurek - nieźle się zapowiada.
Śniadanie po 6 km z kawałkiem - dalej daleko do następnej wioski. Siedzimy na murkach koło fuenty, obok lecą pielgrzymi. Tłum dziś jakby większy, a już 2 dni się cieszyłem, że jakoś główne nurty udaje nam się omijać.
Start i około 10 km. W lewej nodze od paru dni pod palcami jakby bąbel i pierwszy kilometr jest zawsze bolesny. Sam nie widzę, co tam mam, Benia nie fachowiec i nic nie widzi - czekam na Olę. Póki co na początek zawsze rozchodzenie. Boli.
Szlak lekkim asfaltem, stonka wali drogą na całego. Lewą stroną prawie rządek ludków. Tempo mamy niezłe, udaje się paru przegonić. Villafria widać z daleka, planujemy postój przed marszem po mieście. Miasto spore, ale jakoś z boku - Benia po wodę szła długo. Pół godziny na skwerku - nawet zasnęli. Wieje strasznie.
Ruszamy - zapowiada się cywilizacja. Na początku cały ciąg firm i hurtowni i kawałek głównej drogi, nie wiem czy nie koniec autostrady. Od tirów huczy. Potem wozów mniej, ale firm jeszcze więcej. Około godziny - wejście do miasta. Dobrze, że zaraz szlak poszedł w mniejsze uliczki. Ale i tak światła, przejścia - bardzo niewygodnie. Całkiem znielubię miasta. Zostało nam jeszcze Leon - chcielibyśmy obejść przedmieściami.
Zakupy w Sparze i drepcemy przez starówkę. Żadnego kibelka, żadnej wody. Katedra ładna, ale tylko rzucamy okiem. Jest fuenta, kawałek dalej skwerek z cieniem - siadamy. Wieje okrutnie. Andrzej stawia kuchenkę mało schowaną - czekamy na wrzątek do chińskich zupek. Benia przestawia kuchenkę, osłania plecakami - jest lepiej, ale gaz się kończy. Ja rezygnuję z zupki, wypiłem sporo mleka. Kibelka brak - radzę sobie w kępie oleandrów. Trochę głupio, ale najbliższe inne krzaki za miastem.
Poprawiam resztą rozpłyniętej konserwy i piszę to tutaj. Oni śpią, a raczej usiłują. Na wietrze wręcz chłodno - oboje w śpiworach. Jak mi w domu ktoś powie, że 26stopni to chłodno to pewno walnę.
Wczoraj wieczór dzwoniłem do Oli, dziś jadę po nią do Bilbao. Jakoś to cały czas chodzi za mną. Zdecydowanie bardziej wolę iść pieszo i tylko to mieć na głowie. Jutro wypadałoby przerzucić dalej auto - nie bardzo mi się to uśmiecha, ale pewno na mnie padnie tym razem. Może być dzień w plecy.
Drugi dzień idziemy razem ze Szczecińską. Oni kończą obiadowy postój w Widzieńsku. Oczywiście ciekawi nas, jak sobie radzą.
Myślę, że teraz to już nam poleci, choćby ze względu na ten wspólny z nimi marsz. Ciekawe, jak teraz z noclegami - pielgrzymów na szlaku jakby przybywało. Benia nigdy nie spała pod gołym niebem - kto wie, czy nie będzie miała tej przyjemności.
Skwerek tuż pod hotelem na ****, ładny. Wcale mnie nie ciągnie. Wolę Szlak. Wczoraj wieczorkiem jak tak sam sobie dreptałem, to aż wręcz miło było. Nogi dokuczają umiarkowanie, tak dla przypomnienia że to pielgrzymka, pogoda właściwie idealna - czego tu więcej chcieć? I marzenia się spełniają. Szkoda, że koniec blisko. Wg planu za 2 tygodnie Santiago - o tej porze już po.
Piszę dalej w czwartek.
Spod tego hotelu spokojnie koło 16. Tup tup przez miasto, w dużym parku albergo - wchodzimy po pieczątki i do toalety. Jest Polka na rowerze - robi 50 km dziennie, na 99% belferka. Idziemy. Na moje oko koło 8, było więcej. Z dala widać wioskę z koleją - na rozpisce jej nie ma. Mówię Beni, że jeszcze 2 km, było ponad 3.
W Tardajo pan bardzo gościnny w albergu, chyba głównie dla Japończyków. Zapisanie schodzi nam. W końcu do auta i ja w drogę. Nigdzie nie ma gazu - wkrótce na benzynie. Wielki market Eroski, jest coś do picia, żel do kąpieli, sery, a majtki 5-9 euro. Niech się wypchają.
Za ciężarówkami nie zauważyłem zjazdu na Bilbao, jadę pod Vitorię - może i dobrze. Opóźnienie pewne. Pod miastem na światłach skaczę w lewo przez 4 pasy - i dobrze, bo autostradą mijam całe miasto. Ola już czeka, powitanie miłe i na początek siara - nie mogę znaleźć auta. Zupełnie mnie zakręcił ten parking w pośpiechu. Okazuje się, że stanąłem w autach do wynajęcia. Potem siara z płaceniem - sam pewno bym zginął, Ola się dogaduje. Wysiadamy, płacimy, jedziemy. Przez miasto oki, krótszą drogę też łapię, okazuje się, że góry straszne - chyba 8 km, wjazd 14 %. Gadamy o wszystkim, po północy szukamy hostala - za trzecim razem jest. O 1 śpimy - wcześniej leczenie moich nóg.
28 lipca, czwartek
dzień 33
Pobudka 6.30, przed 7 jedziemy, tym razem mały ruch więc przez środek Burgos. Łatwo. W Hornillos kółeczko - jeszcze naszych młodych nie ma. Stajemy przy kościele, kredencjala dla Oli nie ma. Jest Andrzej, za chwilę Benia. Gotowanie, porządkowanie, dzielenie świeżej dostawy. Część do auta - na za 3 dni. Śniadanie - kabanosy i budyń. Jakie drobne rzeczy potrafią cieszyć.
Śniadanie schodzi prawie 1,5 godziny. Koło 9.30 jadę - gonię do Sahagun. Auto pod samym kościołem, miejsce ruchliwe. Kredencjal dają jak się pokaże paszport. Kicha.
Chleb, picie i na drogę. Kartka N 120 mało działa. Z Burgos do Leon jest gratis autostrada, tą Nką nikt nie jeździ. Szkoła pokory i cierpliwości na całego. Zimno się robi, 2 razy odrobinę pada, z boku pada zupełnie mocno. Po 2 godzinach jest wóz - gość wiezie mrożonki. Wyjechał z miasta i zaraz na autostradę, dobrze, że zabrał. Miły i gadatliwy. Radzi jechać do Fromisty - będę miał bliżej. Tak robię. Po drodze rozwóz mrożonek - facet szaleje po wąskich uliczkach.
We Fromiście ładnie dziękuję, jeszcze mi cd pokazał. Bardzo szybko milczący dziadek do wioski na S... , zaraz pierwszy wóz dalej do A.... . Tam staję za rondem - prawie cisza. Tylko wiatraki hałasują. Do Castrojeriz drogowskaz 18 km - to jest to, na co czekałem - działka na dziś dla mnie. Nogi w dzień nie bolały, opatrunek Oli dobry, ale żeby odpocząć to nie za bardzo - stając na stopa nijak posiedzieć. Jakoś się idzie, ale w obu stopach coś czuję.
Dociągam do połowy - 9 km, postój na brewiarz, usypiam. Przed 18 ciąg dalszy. Niedługo sms od Andrzeja żebym się pospieszył bo miejsca się kończą. Boli, ale lecę ponad 5 km na godzinę, końcówka prawie 6. Wioska 2 km przed Castrojeriz - gość z terenówki chce podwieźć - dzięki, ja tu idę. Do wsi wchodzę od tyłu. W refugu pani wie, że ja amigo od Andre. Dziewczyny w ogrodzie przy stole, Andrzej gdzieś na mnie czeka. Szukam go, w końcu wracam, jem. Oni już po.
Dziewczyny w prywatnym albergu, bo Ola nie ma kredencjala. Andrzej planuje na jutro 40 km, Benia chce go zabić.
Dziewczyny do siebie, ja robię pranie, mycie, załatwiam telefony, brewiarz i pisanie. Andrzej czuwa nad trasą - wychodzi, że gdzieś wyjdzie podjazd - jakoś nie widać codziennie 36 km. Póki co idziemy, pewno kilka dni przed SdC coś się postanowi.
Refugi uczą być mało wybrednym, ale tu jakoś średnio mi się podoba. Brak kuchni doskwiera. Może jutro lepiej.
29 lipca, piątek
dzień 34
Refug był jednak niesamowity. Zamiast łóżek murowane boksy, górne łóżko na jakby dachówkach. Zastanawialiśmy się, czy nie pęknie. Właściciel czy szef - w każdym razie hospitalero - brodacz, obszedł wieczorem, zgasił światło.
Rano Andrzej 3 razy mnie budził - chyba zmęczenie wychodzi. Podobno chrapałem strasznie. O 6.15 gotowi do wyjścia, a tu pobudka. Najpierw muzyka gregoriańska, potem głośniej, potem brodacz obszedł i pobudził wszystkich, potem zapalił światło. Za 10 minut miało być coś ciepłego, ale my już poszliśmy.
Ranek wręcz straszny. Boli prawa noga na grubej poduszce - wygląda na nowy bąbel, bolą wszystkie stare tematy, a do tego głowa i strasznie mi zimno. Ubieram polar, jest niewiele lepiej. Droga najpierw dolinką, potem stromo na grzbiet skalny. Ciekawe te grzbiety, płasko na górze, pewno powulkaniczne, ale nietypowe. Na podejściu doganiamy kobitki. Zejście krótkie i strome, potem dalej po płaskim. Same rżyska po żniwach. U góry mocno wiało, na dole też nie ciepło, polar ledwo starcza.
Śniadanie w środku wioski na ławkach przy ozdobnej fontannie. Fuenta wyjątkowo ozdobna. Ola robi foto. Wyjmuję śpiwór, zalegam na ławce. Wszyscy w szoku, że w lecie w Hiszpanii potrzebne czapki i rękawiczki. Benia z chorym gardłem, ja z gorączką - jest fajnie. Ola dzieli koksem - nie wiem co, ale łykam.
II etap wciąż płasko i rżyska, choć było małe podejście. Z Olą rozmawiamy o jej pracy, awansach i perspektywach. Szybko schodzi. Przed wioską refugio prowadzone przez Maltańczyków - najwyraźniej wnętrze starego kościoła. Ola nareszcie ma credential. Pieczątki i dalej. Postój w kolejnej wiosce. Albergo nieco w bok - pan robiący na dachu przy wejściu i śliczna trawa w środku. Bardzo miło i ładnie. Benia szła bardzo z tyłu i tu nas minęła. Wraca bardzo zła. W przewoźnym sklepie cola i limon.
Do Fromisty częściowo wzdłuż kanału. Mają tu akurat wody ile trzeba. We Fromiście na wejściu zakupy w mercado i chodu dalej. Postój za 3 km. Szukamy sensownego miejsca - w końcu za wsią przy placu zabaw. Zupki, mleczko z UHT, bułka. Humory w miarę, Benia marudzi, mnie o wiele lepiej. Chłodno - wszyscy w kurtkach, aż się dziwię, że śpiwory nie wyjęte. Upał bardzo zdecydowanie zmalał.
Dziś na dobre poszła nasza pielgrzymka. Cały dzień jesteśmy z nimi, myślimy gdzie są i co i jak. Piorun wczoraj dał smsa - nocował Józka i Andrzeja. Dziś zadzwoniłem do Pawła - przejęty, ale myślę, że będzie oki.
Ja się strasznie cieszę, że nie muszę tego robić i mam nadzieję, że tak zostanie. Inaczej być nie może - dwa razy do tej samej wody się nie wchodzi.
Dziś 2 razy mijała nas Polka poznana w Burgos. Tempo ma niesamowite - rowerem robi to, co my pieszo. Rozkosz.
Na postoju muchy okrutnie dokuczliwe, Andrzej ręcznik na twarz i chyba śpi, bo jest 16.30 a my jeszcze leżymy. Wieczór będzie późno.
Pospaliśmy zdrowo - obudziłem ich po 16,30, wyjście prawie 17ta. Etap koło 9 km do Villacazar de Sirga. Po drodze 2 puebla, więc droga niby się tak nie ciągnęła - zawsze to inaczej, jak 10 km bez punktów orientacyjnych. Droga spec zrobiona wzdłuż drogi jezdnej, początkowo z kamieniami, potem równa. Pod koniec lekko na rzęsach. Mówię wieczorem Andrzejowi, że to tak w okolicy moich max możliwości w tych warunkach, a on że przeszliśmy 38 km. No to nie jest z nami aż tak źle. Mogło być gorzej. Inna sprawa, że pogoda do marszu właściwie idealna. Wieczorkiem słońce, nieco wiatru, ale bez upału.
Rozciągnęliśmy się mocno - ja nie popędzę, Andrzej leci. W Villacazar refugo na podłodze. Leniwo się podbiliśmy i zapisali, pan wytoczył nam materace - niczego więcej nam nie trzeba. Dziewczyny do sklepu, Andrzej odkrywał łazienkę. Wróciły - na kolację jajecznica. A tak dzisiaj za mną chodziła od rana. I to na cebulce. Benia smażyć umie. Poprawka serkiem i pomidorkiem, jeszcze po piwku do tego. Jest nieźle. Przy kąpieli wyprałem spodnie - już widzę, że idealne nie są, ale nie będą takie sztywne i w ogóle. Na razie się suszą - do wieczora i tak nie dadzą rady.
Po nas kuchnię zajęła ekipa z Włochami na czele - gotują spaghetti. Jeszcze trochę im zejdzie, a my w jadalni mamy bazę, więc piszę sobie na dole.
Na tej drodze wiele można się nauczyć. Dziś odcienie chyba wszystkie możliwe. Rano bliski podłamania - ten pierwszy postój z zawinięciem w śpiworze i gorączką optymistycznie nie nastrajał, szło się fatalnie. Spanie po południu zupełnie milutkie, wręcz lekko rozpustne, a kolacja - jak rzadko kiedy - jajeczka, piwko, nektarynka. Jak niewiele człowiekowi potrzeba do poprawy humoru.
Po drodze myślałem o Ewie - sms przyszedł taki sobie. Nawet nie umiem odpisać. Od spraw domowych i w ogóle tych, które zostały gdzieś tam jestem tak daleko, że nie umiem się sensownie do nich odnieść. Na camino w gruncie rzeczy wszystko jest proste. Droga, ludzie, jedzenie. Fuenta się liczy i żeby wieczorem gdzieś się zmieścić. Szef daje. I jak tu się nie cieszyć. Myśli się o tym, co zostało, dziś wciąż pamiętamy o pielgrzymce, ale to wszystko dalekie i jakieś inne.
Myślałem dziś, co ta pielgrzymka mi dała. Może za wcześnie, bo parenaście dni jeszcze, ale już coś tam można dumać. No i trudno właściwie powiedzieć - pewno w domu powychodzi, na ile jest inaczej, na ile umiem być inny. Czuję wielką lekcję pokory i cierpliwości. Żeby ta pokora stała się prawdziwa i starczyła na długo - oj, dobre by to było. Bo szkoda by było całego tego trudu.
Poza tym dziękczynienie za 25 lat - chyba za mało dotąd o tym myślałem. No i pokuta. Ten temat gdzieś na trasie wyszedł i myślę, że to też coś dla mnie nowego i wartościowego.
Wczoraj Piorun pisał, że Hania czuje się lepiej - od razu myśl, że może trochę i moje nogi w tym pomagają. Jeśli tak - to chwała Panu. Niech to nie będzie na darmo.
Dziś w II czytaniu brewiarzowym jest 2 Kor o ościeniu dla ciała. Już dawno sobie pomyślałem, że te moje nogi to tak właściwie na tej pielgrzymce działają. Wygodniej by było, gdyby nie bolały. Skoro bolą - jak widać z tym da się iść, a dla duszy pewno to przydatne, by nie wpaść w pychę.
Dziś myśl, że do Ziemi Świętej to jednak nie ja. Taka impra jest możliwa, ale widać, że moje nogi i moja kondycja mówią, że to nie dla mnie. W Rzymie byłem młodszy i większość drogi była lekka. Teraz już nie ma tak łatwo i widać wyczyny na 4 miesiące wypada zostawić młodszym.
Na nogach co dzień to wychodzi coś nowego. Ola wiedziała, kiedy przyjechać. Za chwilę będzie miała zajęcie i to z wszystkimi.
Całe towarzystwo z albergu przystawiło się do tego spaghetti i tudzież winka. My najpierw pranko i porządki, potem Ola robiła operacje. Benia migiem, Andrzej chwilę, u mnie ponad pól godziny. Nieźle. Wszystkie stare skórki oczywiście robiły kupę zamieszania - mam nadzieję, że od jutra będzie łatwiej. Bardzo ale to bardzo na to liczę.
Dziś młodzież ma połowinki, u mnie wypada cos w pobliżu 3/4. Andrzej coraz bardziej skłonny jechać na 12go wieczorem do Kalei. Wszystko możliwe.
30 lipca, sobota
dzień 35
No to dziś dzień lekko głodny. Czasem widać i tak musi być.
Pobudka normalnie, wyjście lekko po 6, jeszcze mocno ciemno. Droga wzdłuż głównej, podobnie jak wczoraj - nużąca, ale w miarę równa.
Po 6 km Carrion - spore miasto, jesteśmy nastawieni na zakupy, chleba końcówka. Po szlaku przez miasto - wszystko pozamykane. Przed mostem stajemy, dziewczyny idą szukać pana - bez skutku. Idziemy. Za rzeką stoliki - jest miejsce postoju. Humory takie sobie. No i zimno okrutne. Wprost marzniemy. Po chwili wszyscy pod śpiworami. Ładne lato w Hiszpanii. Wciągamy po gorącym kubku i kawałku buły z serem. Na razie musi wystarczyć.
Drepcemy z miasta, za rondem stacja benzynowa. Benia kupuje po Marsie, będzie na czas kryzysu. Droga początkowo ładnym asfaltem. Zatrzymuje się pani w terenówce w barwach rządowych i pyta, czy jest OK. Miłe.
Z asfaltu schodzimy na gruntową i to bardzo nieujeżdżoną. Kamienie sterczą. Trudne to. Droga prosta i ciągnie się niemożebnie. To dopiero naprawdę dołuje. Mamy 17,2 km bez cywilizacji. Po godzinie prawie śpię i idę jak automat. Droga nie folguje. Postój: ławki i stół betonowy, z drzewek zostały kikuty, z fuenty - obudowa studni. Ciągniemy kawę, do tego Mars. PO starcie lecimy świetnie. To musi działać.
Droga dalej równie monotonna. Zasnąć można, gdy kawa nie działa. Jest wątpliwość, którą z dróg idziemy, czy nie alternatywną. Koniec odcinka 17,2 km - nagle widać wieś. Pieczątki w albergu, sonda po wsi - sklepu nie ma. Dziewczyny w barze kupują babeczki.
Postój na ławkach przy suchej fontannie na placu. Do wieczora 15 km, a tu leń idzie. Trzeba przyznać, że tak naprawdę to mi dziś zaufania wystarczyło i tylko się zastanawiałem, w jaki sposób Szef nam ten chleb przy sobocie załatwi. Postój w południe trochę zeszedł, bo wszyscy zasnęli - koło 15 pobudka, koło 15.15 na drodze. Plan: 9 do postoju + 6 do noclegu. Droga przy nacjonalce, więc dla mnie wygodniej brzegiem nacjonalki - i tak nic nie jeździ. Skoro obok autostrada bezpłatna, wszyscy na nią lecą. Na tym kawałku speeda załapałem jak chyba nigdy. Na początku sikanie, więc zostałem, potem przegoniłem dziewczyny i za Andrzejem byłem. Droga lekki łuk w lewo i górka i nagle widać pueblo. Na szlaku go nie ma - kolejna wioska-widmo, ale w naturze jest. Jest bar i nawet alberg. Bierzemy pieczątki, dla spokoju pytam o pana. Jest. Ja zdziwiony, pani zaskoczona że ja się dziwię. Druga pani otwiera nam cały sklep. Dziewczyny dochodzą i lecą całe zakupy. Nawet wino i lody. No i czuwał Szef.
Umawiamy się na posiedzenie za 3 km - leci mi się jeszcze lepiej. 17.15 siedzimy. Benia dochodzi później, ogłasza że dalej nie idzie. Cisza, siedzimy na ławkach. Liczę km, bo Andrzej wciąż bąka o konieczności podjazdu, którego chce uniknąć, a dziś wręcz bąknął o odłączeniu się od nas, by samemu przejść trasę w 100%. Wg moich obliczeń jest na styk, choć na Galicję nie mam dokładnej rozpiski. Myślę, że na razie trzeba iść i będzie dobrze.
Wstajemy, chcę zabrać Beni śpiwór. Nie da, podjedzie stopem. Idzie powoli, macha. Andrzej wyrwał w przód, Ola próbuje też. Ja nie za szybko, oglądam się na Benię. Szybko przestaje machać, kiwa mi, że idzie.
Zostaję do niej, chcę wziąć śpiwór - nie daje. Jest chora, ma gorączkę, ciężko jej się idzie. Biorę pod mankiet - nie protestuje. Gadamy o harcerstwie - szybko nam leci. Kawałek nie był długi, a Benia psychicznie pod wieczór przygasła.
W albergu w San Nicolas jest Andrzej, nie ma Oli. Pani nas spisuje, internet gratis, ale kuchni nie ma - a my akurat makaron dźwigamy, a gaz nam się kończy. Wchodzi Ola, razem na górę - mamy akurat box na 4 osoby. Kibelki super, w ogóle czysto i ładnie. Wszyscy się zastanawiają, ile za ten luksus przyjdzie nam zapłacić. No i jak tu kolację rozwiązać bez tej kuchni. Ja na pewno tego wina dalej targać nie będę. My pomyci - czekamy na dziewczyny.
Kolacja na chodniku za kościołem, potem wino w pokoju. Atmosfera swobodna - luzik, sobota wieczór. Przed spaniem odbieram pocztę. Nic ogromnego. Gosia jedzie do domu na 10 dni. Ola poprawia moje nogi. Nie jest źle.
31 lipca, niedziela
dzień 36
Andrzej z trudem nas budzi, dziewczyny trochę leniwią - wyjście wyraźnie po 6. Zimno całkiem. Bez polara się nie da, rękawiczki byłyby całkiem na miejscu. Dróżka wzdłuż pustej N-120, większość idę asfaltem, raptem 1 auto. Do Sahagun przed 7.30, po drodze znajomy słupek - stałem tu 2 godziny. Auto sobie stoi, tutejsze albergo dopiero się budzi. Na mieście niedopita młodzież. Zabieramy z auta, co trzeba, od dziś mamy 2 kuchenki. Śniadanie na murku przy kościele, bo nie wieje. Jak na niedzielę przystało - kabanosy. Wypas że hoho.
Andrzej rusza na 2 razy, bo mapy zapomniał. Zbieramy wszystko i w drogę. Na końcu miasta dzwony - pewno msza, bo 8.55. Rzeczywiście - Msza u benedyktynek. Chcą mojego papiera, ale jak wyjmuję to nawet nie oglądają. Tekst powoli i wyraźnie - nie ma problemu z czytaniem. Po Mszy bardzo miło i serdecznie, Benia tłumaczy, dwaj księża i siostra bardzo mili. Dostajemy obrazki, wizytówki i zalaminowaną paczuszkę. Miła niespodzianka.
Radośni lecimy dalej, miło że tak się niedziela zaczęła. Gadka o polityce i państwie. Droga wzdłuż asfaltu, iść się jakoś da. Etap prawie 10 km, ale poleciał ładnie. W Bercianos rozglądamy się za sklepem - pan idzie z chlebem (komentarz: pan idzie z panem). Dziewczyny stają, ja szukam postoju - jest za wsią. Ławki i cień, ale wody nie ma. Pani mi daje we wsi, i to zimną, z lodówki. Dochodzę do sklepu - kupujemy co idzie. Na postoju pełen wypas. Stół się prawie ugina, w paczce okazały się być pyszne ciasteczka, świeży wypiek. Bajka. Niedziela full wypas. Z zimną colą.
Aż się nie chce iść, ale norma musi być. Ola prosi Benię o coś nt. siatkówki, potem schodzimy na kibiców - droga poleciała aż miło. W El Burgo Ranero tuż po 14. Szukamy albergu, jest w bok - przy nim jest Andrzej z colą. Rozkładamy się pod drzewem. Andrzej je, my nie bardzo. Z Olą odmawiamy brewiarz, ptaszek brudzi na ręcznik i na chleb. Leniwa gadka, postój do 16, do noclegu 12 km więc raczej spokój. Całkiem miła niedziela.
Dziś pielgrzymka do Bierzwnika - pamiętam i o p. Teresie i o młodych i - niedziela - o parafii. Nogi na razie ok., zabiegi pomagają.
Pisane wieczorem. Jak na Dzień Pański przystało, całkiem sympatycznie i miło. Poleżeliśmy w tym El Burgo do po 16, z kibelka skorzystali i spoko w drogę. Moje nóżki po postoju nieco się zbuntowały, dramatu wielkiego nie ma, ale chyba nowa robota dla Oli jest. Do noclegu koło 12, więc na dwa razy. Droga asfaltowa prawie bez ruchu, obok ścieżka dla caminowiczów, większość idziemy asfaltem. Samochody ładnie omijają, tylko jeden zatrąbił. Gadam z Olą jak widzi tę naszą ekipę, potem o różnościach. Oczywiście nogi się rozeszły, ale wielką przyjemnością ten marsz już nie jest.
Andrzej czeka, ale to niecała godzina - proponuję postój w kępie drzew na horyzoncie. Ładnie wychodzi, po 1h15'. Ola opowiada o doktoratach, ładny cień, lekko leniwo, tylko much sporo. Ostatni kawałek droga bez zmian, tylko w końcówce parę zakrętów i tunel pod koleją. Ola przyhamowała - ma coś z biodrem, Benia została z nią, Andrzej oczywiście z przodu. Końcówkę dociągam tak sobie, ale z zegarka wychodzi, że jest oki, więc to psyche zmęczenie.
Andrzej siedzi pod albergiem, nawet nie próbował gadać. Szukam szefa, znajduję w kuchni (już jest dobrze, będziemy gotować), szybko dociągają dziewczyny. Płacimy po 4 euro, pan zgadza się, byśmy nie szli na górę tylko rozłożyli materace w dużej sali na dole. Jest cudo - materace idealne, powietrza sporo i luz. Już jeden materac był, po nas jeszcze dwoje tu się przeniosło, ale i tak będzie więcej powietrza jak na piętrowych łóżkach.
Benia poszalała po necie i poszła gotować makaron, Andrzej siedzi z nosem w mapie i liczy jak przestawić auto. Dziś wracając szedł autostradą i łapał stopa - dobrze, że mandatu nie zapłacił. W sumie przeszedł niewiele mniej niż my. Ale kondycję to ma, więc spoko.
Jedzonka dziś mamy do oporu, choć raz głód nie grozi. Ale lepiej nosić, niż prosić, a apetyty wyraźnie idą w górę. Zwłaszcza Andrzej zaczyna pałaszować intensywnie. Spoko, to jeszcze mały problem.
Dziś SzPP do Bierzwnika - dałem smsy do Asi i do pani Teresy. Idziemy cały czas razem z nimi, cały czas z zegarkiem - gdzie oni są i co teraz robią. Dziś przy niedzieli wszystko jakoś świątecznie i bez stresów, myślę, że ta ranna Msza bardzo dużo dała. A i ciastka boskie, jeszcze końcówka została. Zaufanie do Szefa pełne, już tyle dowodów opieki dał, że chyba tylko idiota o byt by się martwił. I jeszcze dzisiejsze czytania... rozmnożenie chleba i czemu wydajecie pieniądze na to, co nie jest chlebem. No i czas.... przedostatnia niedziela. Leci to wszystko.
W albergu profile trasy - pojutrze za Leon lekko w górę, a za Astorgą mocno w górę ładnych parę kilometrów. Andrzej spoko, ja myślę, że poradzę, zobaczymy jak Ola z biodrem. Jeszcze kawałek jest. Idę na makaron.
Dopisuję 2 dni później. Nasz makaron właśnie dochodził, gdy ucztujący obok stwierdzili, że mają dość i dali nam pół sagana spaghetti carbonara. Wyżera nie z tej ziemi.
1 sierpnia, poniedziałek
dzień 37
Rano pakowanie - włącznie z zapakowaniem ugotowanego makaronu w menażki. Trochę ciężko, ale wyboru nie ma. Dziś data wiadoma, więc intencja za Ojczyznę - rano myślałem, że nie będzie źle.
Rano etapik do Mansilla de las Mulas. Jak zwykle rano trochę sennie, leniwo i bez wielkich wrażeń. W Mansilli na wejście pomnik zmęczonych pielgrzymów. Ola robi fotki. Śniadanko na ławce. Humory bardzo ładnie dopisują, dzień się zapowiada śliczny. Rano zimno, na śniadaniu robi się słoneczko, jest oki. Dumamy, jak kiwnąć z boku Leon. Z następnych kawałków dzień później nie za wiele pamiętam. Szlak cały czas w pobliżu N-120, hałas i głośno. W oczy rzuca się mnóstwo kanałów nawadniających pola. Ktoś tu przez lata nad tym pracował. Krótko przed Leon wiata betonowa z fuentą i ławkami, to tuż przed wsią Puente de Villarente. Myślimy o jedzonku, gdy ruszamy, 100 m w górę do wsi i zajeżdża samochód z chlebem. Mówisz i masz.
Potem w bok - schodzimy na główną drogę, żeby omijać Leon. W bok odbija obwodnica - Andrzej chce biegać poboczem. Idziemy dalej w kierunku miasta, robi się Puente Castro i widać, że to już jest miasto. Benia pyta, gdzie nocujemy, bo następny alberg za Leon jest daleko. Siadamy przed mostem przy wiacie i narada. Na razie idziemy, koło 19 będzie decyzja. Andrzej bardzo zdecydowany iść do końca do upadłego.
Na punkcie info jest plan Leon - jest duża ulica na południe od miasta - nią zetniemy cały trójkąt idący do katedry. Niedaleko od tej ulicy alberg - zbaczamy po pieczątki i zostajemy na obiad. Są ławki w cieniu i woda, w albergu kibelek. Mały Jesus zagląda nam w gary i dopytuje się, co i jak. Koleżanki są bardziej dyskretne.
Mała sjesta i trzeba ruszać. Kręci się dziwne młode towarzycho, odchodzimy bez żalu. Na naszej głównej alei trochę ruchu, ale iść się da. Za miastem wyraźnie w górę, mnóstwo firm i sklepów. Męcząca do marszu okolica. Za Trobajo del Camino jest nasz szlak. Stajemy tuż za La Virgen del Camino. Akurat 17ta. Hymn i modlitwa za poległych i za Ojczyznę. Przecież i tak wciąż idziemy myśląc, gzie oni są i co robią. Cienia mało, czasu też, ale oddychamy nieco. Umawiamy się na postój za 6 km. Droga schodzi w bok, robi się szutrowa, idzie pod autostradą. Niby 4 km, ale leci szybko - chyba w obliczeniach im nie wyszło. Stajemy w San Miguel del Camino przy fuencie. Ruch duży, wielu się zatrzymuje po wodę. Dochodzą dziewczyny. Humory nawet niezłe. My idziemy, one niech podjadą. Pozbywam się najcięższych rzeczy. Andrzej do przodu, ja swoim tempem. Oglądam się na auta, po 15 min jest Ola machająca chyba z Opla. No i pięknie.
Andrzej stopniowo się oddala, ja nie forsuję, bo to i tak daleko. Ten kawałek to 8 km. Villadangos del Paramo widać z daleka, ale okazuje się, że to sklepowe przedmieścia. Po hotelach chwilę przysiadam, nogi dają się we znaki.
Alberg na samym początku wioski. Dziewczyny pomyte, szybko kolacja, wcześniej kąpiel. Jest mleko i piwo - jest fajnie. Szybko robi się wieczór, ale i doszliśmy przed 20. Ola mnie leczy przy oknie na korytarzu - szybko się ściemnia. Brewiarz w jadalni przy ostatnim świetle.
Wyrka w 3 piętrach, jakieś wyjątkowo niewygodne a krótkie, akustyka też mocna - skrzypnięcia niosą się, ktoś długo gada.
2 sierpnia, wtorek
dzień 38
Budzenie chyba na 3 budziki. Gdy Andrzej mnie woła - jesteśmy jednymi z ostatnich. Znowu na ekipę wyczynowców trafiliśmy. Wracając z łazienki nastawiam wodę na kawę - Andrzej i Ola zachwyceni.
Oczywiście ciemno, zimno i do domu daleko. Po ciemku raz wątpliwość co do szlaku. Cały etap wzdłuż N-120, ruch duży. San Martin del Camino - nie ma ani chleba ani wody. Dziewczyny rozgadane z franciszkanką, chcą wspólnego posiedzenia, a tu nie ma przy czym - ona poszła dalej. Siadamy na poboczu, lecą budynie. Andrzej grzeje ręce nad garami. Zimno dość mocno. Po gorącej przekąsce i w drogę, zanim wystygniemy. Humory średnie bo zimno i głodno.
W Hospital de Obrigo z dala widać duży most - pewno za nim sklepy. Zaraz na lewo mercado - są Polacy z Łodzi. Niedaleko na placyku fuenta i jakby stołki kamienne - w sam raz na śniadanie. Leniwo idzie, na mnie to za długo schodzi.
Przy wyjściu z miasta 2 możliwości - idziemy na prawo, chyba tradycyjnie. 2 wioski niedaleko siebie, stajemy w Santibanez. 4 ławki pod drzewkami naprzeciw kościoła. Kościół wygląda na stary, w środku okazuje się nowy ale z bardzo starym ołtarzem. Miła pani daje pieczątki. Znów na zawołanie podjeżdża chleb.
Biorę ibuprofen, leci mi się idealnie. Droga dość kamienista, wyraźnie w górę a na końcu w dół. Rozciągamy się mocno. Przed San Juan śliczny widok z góry na Astorgę.
Na wejściu do San Juan Andrzej czeka - leci po auto. Daje mi drugą menażkę. Benia jest szybko, idziemy do miasta. Jest skwerek w cieniu. Podłoże tragiczne, ale gotujemy. Wychodzę naprzeciw Oli. Daleko. Zupki gotowe, wciągamy szybko. Przenosimy się do cienia pod szkołę rolniczą. Małe II danie i dziewczyny śpią. Ja uzupełniam etapy w kredencjalu - dziś w Hospital de Obrigo nabyłem drugi kredencjal! - i te notatki. Zaraz kawa i dalej. Ciekawe, gdzie Andrzej nas znajdzie.
Wstawanie bardzo leniwe, zamiast 16 wychodzimy 16.30. Do Astorgi 3 km - też jakoś leniwo idzie, skrajem asfaltu. Na początku miasta bardzo w lewo, wydaje się, że miasto omijamy. Ostro w górę i jesteśmy na Starówce. Zaraz alberg - bardzo miły pan objaśnia jak wyjść z miasta i gdzie market. Kibelek, zimna woda - znowu chwila schodzi. Jeszcze sklep i znowu chwila - na wyjściu z miasta jesteśmy po 18. Prawie dramat. Spotykamy naszych Polaków - jakoś leniwo im idzie. Od Andrzeja sygnału nie ma. W Muria postój na skwerku. Dociągają i Polacy, nawet startują przed nami. Szybko ich wyprzedzamy. Jest sms od Andrzeja - idzie za nami z Astorgi. Średnim tempem do Santa Catalina de Somoza. Zaraz na początku prywatny alberg przy barze, bardzo ładne podwórko. Tylko 5 euro i o Andrzeja nie pytają. Bierzemy. Ola padnięta, ja tak trochę. Zdążyłem się wykąpać, w trakcie prania jest Andrzej. Niezłe tempo. Dowiózł brykę do Ponferrady.
Kolacja z winem na wyrkach, między wyrkami krzesło z żarciem. Patrzymy na kilometry i na rozpiskę - jak nic jutro po górach. Propozycja dla Oli - podjechać jutro albo nawet podjechać autem do Santiago i obrócić. Benia zgadza się towarzyszyć. Jak dla mnie - najlepsze wyjście. Wyśpią się dziewczyny.
Wieczorem telefon do Kazimierza - jest w Sierakowie tak jak się spodziewałem. Rozmawiam i z solenizantem i ze Zdzisławem - chyba trochę a może i bardzo zazdrości.
3 sierpnia, środa
dzień 39
Andrzej robi pobudkę, krótko po 6 na drodze. Z nami wychodzi współlokatorka, chyba Niemka. Ciemno całkiem, ale droga wyraźna. Próbujemy gwiazdy rozpoznać, nawet Oriona widać tu.
Do El Ganso prawie po ciemku - wioska śpi na całego. Lecimy dalej - będzie koło 12tu na śniadaniu. W Rabanal będzie z 5 albergów, ze 4 bary, ale żadnego sklepu. Nie mamy chleba. Andrzej robi kawę, ja kupuję ciastka. Jakby co - mamy zupki. Gdy ruszamy - jest auto z chlebem, Andrzej biegnie do niego - jest oki.
Ciągniemy kolejne 4, to już solidnie wysoko. W Foncebadon w barze pieczątka - przybija świetna dziewczynka, może z 6 lat. Za wsią pod murkiem śniadanie, gwarzymy dość poważnie. Widoki się robią, góry na całego. Wciąż raczej w górę. Ze 2 km za wsią krzyż żelazny, u stóp kupa kamieni. Dość imponująco to wygląda. Oczywiście foto. Lekko w dół - jest Manjarin - pojedyncza chałupa z obsługą pielgrzymów. Niby sklep niby bar, ciekawe miejsce. Wciąż do góry - za 6 km ma być El Acebo. Po prawie godzinie zaczyna się zejście - niektóre panienki wyraźnie mają dość. Ostatni odcinek bardzo mocno w dół. Wioska z fajnymi balkonami. Tienda na końcu wsi przy placu zabaw - rozkładamy się pod drzewem. Zupka, jedzonko, ze sjesty nici - muchy wyjątkowo upierdliwe. Do przesady.
Nic nie pospaliśmy, muchy zupełnie nie dały. Wstawanie średnio leniwe. Popołudnie bolesne. Droga w dół, ale spory kawałek w niecce między górami. Słońce zdecydowanie mocniejsze niż poprzednio, teren nagrzany i duszny. Do Molinaseca dochodzimy na rzęsach. Ciężko. Na początku miasta kąpielisko na rzece. Nawet nie mam siły rozglądać się. Wszystkiego dość. Przechodzimy wąską uliczką przez miasteczko, rozwalamy się na chodniku. Motorowerzysta chyba na nas się zapatrzył - wyłożył się przy nas na środku ulicy. Ludzie się z nas śmieją - potem się okazało, że 300 m dalej był alberg. Siedzimy z 20 minut i w drogę - niby niedaleko do Ponferrada. Gdy ruszamy - policja robi zamieszanie na drodze. Okazuje się, że to jedzie wyścig kolarski (dużo potem dowiedziałem się, że Vuelta de la Burgos). Na czele samotny uciekinier, koło 2 minut przewagi, grupa Spivk, Enrique S... jakiś tam. Dzień potem z gazety to wiem - wygrał samotnie, stamtąd do mety miał 7 km.
Droga w bok, jakieś dalekie przedmieścia, gorzej, że łukiem miasto omijamy. Nie idziemy szlakiem, pytamy o alberg - nie tak daleko, duża chałupa. Mówimy o problemie z przybyciem dziewczyn - OK., poradzimy.
Ledwo się zapisałem - za 5 minut jest Msza. Chwytam mszał i biegnę, niech Andrzej łapie bagaże. W czasie Ojcze nasz prawie odlatuję. Ledwo dokończyłem, usiadłem. Trochę chyba przesadziliśmy, a poza tym prosto z drogi do kościoła, nogi bolą, buty nie zmienione. Te 44 km to też wystarczy.
Po Mszy idę szukać sklepu, nawet nie tak daleko było mercado. Coś na kolację i pan. Wracam koło 21 - sygnału nie ma. Włączam swoją komórkę - sms od Beni: nie wiedzą, czy jechać na wieczór pociągiem. Odpowiadam - za późno, nocują po drodze. Jemy kolację na dworze, gdaka o motywach pielgrzymowania. Układamy się - dzwoni Mama. Miła niespodzianka, Gosia w domu. Jadą ze Sławkiem do Świnoujścia, pozdrawiam.
Wieczór tragiczny, spanie zerowe. Zmęczenie total, ludzie gadają, jak się udało zasnąć, to męczące sny o locie gdzieś do Iraku. Wypoczynek zero.
4 sierpnia, czwartek
dzień 40
Budzę się 5.10, szum w albergu, ale u nas na górze w miarę spanie. Oczywiście spanie już żadne, ale wstajemy po 6. 6.30 na drodze. Nogi bolą z każdego końca, będzie dziś ciężko. Przez miasto niecałą godzinę, chyba trzeba wszystkie zabytki spojrzeć. Zamek nawet ciekawy.
Droga wygodna, mało uczęszczany asfalt. Sporo ludzi idzie, w tym albergu było nas grubo ponad 200, a były jeszcze inne. Śniadanie w Fuentes Nuevas - siedzimy na chodniku z tyłu za małą kapliczką na środku placu. Za kapliczką bar - tłumy pielgrzymów co chwilę dobiegają. Ruch na całego. Po śniadaniu w drogę - dróżka asfaltowa, potem polna między winnicami. Dalej widać góry, w ogóle urozmaicony kraj się zaczął. Postój w Cacabelos - Andrzej siedzi na wejściu przy fuencie, czeka już 20 minut. Ludzi przechodzi sporo, dziś wyjątkowe natężenie mamy.
Po 20 minutach idziemy - 7 km to nie tak strasznie. Najpierw całe Cacabelos - okazuje się długie. Potem wyraźne podejście przez Pieros - może wymęczyć. Tam rozwidlenie szlaków - idę na lewo asfaltem, potem szlak w pole. Przed Villafranca złączenie szlaków - chyba kogoś dogoniłem. Przedmieścia Villafranca długie, kamienista dróżka a ja już mam dość. Andrzej czeka przy albergu - poszedł dróżką w prawo, był 5 minut przede mną.
Wleczemy się do miasta, będziemy szukać wody. Doganiają nas dziewczyny - szły drogą N-VI chyba 10 km. Piękne spotkanie.
Z fuentą bieda, pan daje wodę w sklepie odzieżowym. Cofamy się do trawiastego skwerku. Resztą sił idę do sklepu - mleko, cola. Dziewczyny mają ser, kiełbaski. Głodu nie ma. Wymiana wrażeń z 2 dni. Szybko spanko - wszystkim się przyda.
Wstawanie znowu leniwe - jak zwykle trochę opóźnienia. Z zakupów nici - sjesta, tylko na darmo rundka po mieście. Szlak idzie asfaltem a potem wzdłuż asfaltu, trudno nie jest, ale nogi jakoś ciężko idą. Wokół niczego sobie góry, przez nie autostrada i wzdłuż autostrady droga N-VI i nasz szlak po poboczu.
Wioska Pereje - szlak schodzi do wsi, siadamy przy fuencie, ja i Andrzej na schodach do jakiegoś dziwnego domu. Schody w cieniu, ale jeszcze mocno nagrzane. Postój krótki, na nocleg nie jest daleko. Droga całkiem miła, cień, rzeka w dole szemrze, na drodze ruch zupełnie znośny. Autostrada z boku, nie przeszkadza.
Trabadelo niby się zaczyna, ale domy jakoś daleko. Benia bardzo została, Ola na nią czeka. Zaglądam do sklepu - otwarty do 9 więc się zdąży.
W refugu nie ma właściciela. Obchodzę wszystkie pokoje, jest komplet. Są dziewczyny, rozpytują się - należy siedzieć. Okupujemy sofy w salonie, dziewczyny pierwsze się kąpią. Nowe znajomości - dwie Słowenki w średnim wieku i Maciek z Bydgoszczy. Ten posiedział z nami prawie cały wieczór.
Pojawił się gospodarz - możemy spać w salonie. Kolacja, z okazji Dnia Proboszcza z winem i z czekoladą. Szybko wieczór leci, leczenie nóg po ciemku. Mam średniego bąbla na pięcie. Andrzej odbiera info - w meczu 4-2 dla porządkowych - Andrzej triumfuje.
Rozkładamy sofy, materace - schodzi długo. Ja na sofie, ale w nocy wyniosłem się na podłogę. Tu mogę się wyprostować.
5 sierpnia, piątek
dzień 41
Pobudka i wyjście standard - jeszcze ciemno. Księżyc na nowiu, słońce późniejsze. Najpierw mało uczęszczanym asfaltem, potem poboczem nacjonalki. Sennie i leniwo, noga mnie boli w paru miejscach. Poza tym zimno.
Vega de Valarce - Andrzej nie bardzo wierząc zbacza do piekarni - o dziwo, jest chleb. Kawałek dalej otwarty sklep - prawie cud o tej godzinie w tym kraju. Ja staję koło fuenty - robi się śniadanie. Mijają nas całe tłumy - ciekawe, gdzie spali, bo nie wszyscy u nas.
Po kawie i jedzonku nieco lżej. Kawałek oddzielonym poboczem nacjonalki, potem drogą przez wieś. Każdy idzie sam, swoim tempem - rozciągamy się nieco. Wioski prawie łączą się z sobą, często domy. Za Hospital droga wyraźnie w górę. Dobrze, że równo. Dylemat na rozjeździe - wybieramy drogę rowerów. Benia przed nami. Kolejny rozjazd - my z Olą w lewo. Po ostrym podejściu La Faba. Idę do końca, Andrzeja nie ma. Cofam się do polany przy fuencie, zatrzymuję Olę. I tak nogi muszą odpocząć. Po 15 minutach Andrzej - czekał przy pierwszej fuencie, żadne z nas go nie widziało.
Droga wyraźnie w górę - szybko wychodzimy z lasu. Krajobraz trochę bieszczadzki - połoniny to przypomina. Benia daje smsa - poszła inną drogą. W La Laguna chwila przy studni i do O'Cebreiro. Benia czeka, liczymy km - zasłużyliśmy na obiad. Kupujemy 2 razy 4 chleby niezależnie od siebie. Obiadek na murku i teraz na śpiworkach w cieniu. Nawet mnie do snu buja.
Pospaliśmy równo, wyjście dobrze po 16. W tym O'Cebreiro pełne wczasowisko, piknik na całego. Widok na obie strony góry. Lecimy jeszcze na 2 etapy. Droga ładna, chwilami w cieniu, jak zwykle po południu pustawo. Wioski w tej Galicji straszne. Zatrzymaliśmy się w jednej na postój - przy fuencie syf straszny, nieco dalej przy kościele dało się siedzieć. Smród wszędzie, obornik się wala, psów wałęsa się cała masa. Przeskok cywilizacyjny straszny.
Dochodzimy do planowanego noclegu - ma być prywatny alberg. Jest, ale pełen, pani o spaniu na podłodze nie chce gadać. Bieda. Cofamy się 100 m - casa rural. Są 2 miejsca, dziewczyny zaczynają się rozkładać - za chwilę wychodzą - cena jakaś porażająca. Przez wieś rozglądamy się za miejscem do spania na dziko. Za wsią na stopa - zawsze mamy jeszcze prawie 2 godziny na wyłapanie czegoś. Staje po ok. 10 minutach Landrover. Chciał 2 osoby - zabrał 3, bo Benia się wsadziła na przód właściwie na siłę; Andrzej chciał iść pieszo.
Po strasznej górze zjeżdżamy do Tricastella - Oli prosiaczek bardzo się z tego cieszy. Wysadza nas gość przy albergu - pełno. Benia idzie gadać. Zrobiła kółko - wszędzie pełno, ale kazali jej iść do proboszcza bo miły. Walimy na kościół. Jest otwarty i proboszcz właśnie wychodzi. Proszę o Mszę - nie ma problemu, choć chyba nie do końca zadowolony że jeszcze posiedzi. Sam spytał, gdzie śpimy i zaproponował spanie... w kościele. Ale najpierw odprawiam. Tekst rozważania dał - było jako kazanie. Po Mszy pilnuje rozłożenia śpiworów - musi być osobno. Potem ciągnie za sobą, odkręca wodę - nabieramy do pełna w co się da. Kolacja na murku, siedzi z nami i gawędzi. Augusto ma na imię, będzie pod 50 lat - miły facet. Myjemy się nałapaną wodą i chusteczkami dla dzidziusiów. Oprócz nas na chórze kościoła 5 osób - późno zeszli, ale prawie cicho. Ola mi robi bąble - są na obu piętach, jeden się odnowił. Śpimy przed 23.
6 sierpnia, sobota
dzień 42
Noc straszna, nie wyspałem się nic. Może za długie spanie po południu, poza tym twardo i niewygodnie. Budzenie co chwila.
Na drodze koło 6.30 - zupełnie ciemno. Andrzej komórką oświetlał sobie słupki. Droga dość mocno w górę. Wali cały tłum. Gęsto od kijów. Średnia frajda, uważać trzeba żeby jakąś laską przy wyprzedzaniu nie oberwać.
Nieco jaśniej; jest źródło wprawione w kształt muszli. Ładne i woda oki. Zdejmuję polar. Na śniadanie za wcześnie. Nie za daleko przełęcz i widok na dolinę z morzem mgieł. Widok powalający, fotki idą masowo. Lekko w dolinę, we wsi nie ma gdzie siadać. Przywykliśmy do postojów we wsi przy fuencie - tu zwykle nie ma na to szans. Postój za wsią na murku. Akurat Maciek się zjawia, siada przy nas. Chleba jest dość, atmosfera miła.
Idziemy, Maciek z nami a dokładniej z Benią. Ja się powoli rozpędzam, potem idę z Olą, ona na chwilę w bok, więc zostajemy. Najpierw górka, potem wyraźnie w dół do Saria. Białe miasto w dolinie. Właśnie pokazało się słońce. Przez całe miasto szukamy sklepów, na schodach w centrum szalony rowerzysta zjeżdża środkiem. Kompletne wariactwo. Za miastem targowisko - żywe koguty, króliki i w ogóle. Maciek sobie idzie. Benia rzuca do Oli że ją amant opuścił - wybuchamy śmiechem. Benia kompletnie obrażona.
Idziemy do 14tej. Znowu górki, ale sporo drzew i cienia. Mnie idzie się zupełnie nieźle. 2 razy staję przy sklepie, zanim Benia dojdzie to się rozglądam. Za drugim razem ona robi zakupy - chleb był, brakło konkretów. Jedna fuenta - sucha, dalej nic nie widać, jest ładny cień na placyku pod drzewami - zarządzam postój, idę po wodę. Jacyś wybitnie nieużyci tubylcy - wmawiają, że nie mają wody, w końcu młody jakiś odkręca mi kran pod domem. Niemiłe, dobrze, że rzadkie takie numery. Dźwigam dwie butle, wracam do moich. Chcę wyjaśnić Beni ten śmiech - wychodzi scysja na całego. Andrzej niepotrzebnie podnosi głos. Obiadek w średniej atmosferze, po nim wszyscy śpią, ja piszę.
Dokańczam pisanie w poniedziałek wieczorem. Wciąż dymy były. Leniwy się ten postój zrobił, wstawało się ciężko. Popołudniowego kawałka niewiele pamiętam. Chyba Andrzej z Maćkiem siedzieli na murku w cieniu, ja doszedłem, siadłem nieco wcześniej po prawej. Krótki postój, bo do noclegu kawałek. Idziemy do Portomarin, końcówka raczej w dół. Ola została z tyłu, prosiaczek jej dokucza. Wejście do miasta - bardzo wysoki most, w dole coś, co wygląda na sztuczny zalew. Benia i Andrzej czekają na schodach na końcu mostu. Zbieramy się, dreptamy przez miasto. Pierwszy sklep - koniecznie picie. Wlewam w siebie na maxa. Dało mi to popołudnie mocno. Prawie na końcu starówki - alberg municypialny. Oczywiście załadowany. W dół przy księgarni ma być privat - dobić się nie sposób. Idziemy z Benią szukać innych. W kościele akurat Msza - jest 20.30 - nie da rady. Jeden alberg - pytamy w barze - komplet, każą obok. Wejście od skarpy - są miejsca, po 8 euro, jak 5 osób (bo cały czas Maciek) to po 7. Zaraz wrócimy. Po drodze zakupy - markety działają, bo ludzi w mieście tłum.
Instalujemy się, cisza od 23, więc możemy i kolację. Tylko kąpiel chłodnawa. Benia sonduje suszarkę do prania - nie bardzo wysuszyła, trochę podgrzała, a całe euro poszło.
Na koniec w pośpiechu tuż przed 23 sprzątamy po jedzeniu i lecimy do wyrek. Są jeszcze wolne miejsca - nie było tu takiej tragedii.
7 sierpnia, niedziela
dzień 43
Rano jeden oglądał się na drugiego, ja rzuciłem, że możemy poniedzielować - zaczęliśmy wstawać, jak było jasno. Do tego śniadanko - wyszliśmy 8.30. Horror. Jedyna pociecha, że mgła i wilgotno. Jak tu iść w nocy - ciężko pojąć. Rano przez inny most na tym zalewie i dość pod górę. Większych wzniesień już nie ma być. Choć hopki w tej Galicji nieustające. Prawdziwe góry za nami.
Pierwszy postój w małej wiosce na kamieniach przy kościółku. Ola zainteresowana kamienną architekturą. Dziwny postój bez kawy - do tego z rana przywykliśmy.
Nie bardzo kojarzę dalszy ciąg rana. Razem z Andrzejem ciągniemy pod Palas de Rei. Przed miastem jakby miejsce odpoczynku, ale w słońcu. Andrzej chce leżeć na ładnej trawce przy drodze, ale skoro są wielkie tablice że to privado więc ja wolę nieco dalej po lewej w dużym cieniu. Ranna mgła dawno poszła. Grzeje całkiem ładnie, pranie suche, także moje spodnie - ubrałem na II postoju. Aha, postój był na podwórku przy małym albergu po prawej stronie. Ślady trawki wychodziły spomiędzy betonków - siedzieć się dało, obok śliczny wielki kogut, co chwila hałasował, a kot wyglądał, jakby pilnował kur.
Na obiad poczwórna zupa z makaronem - nie wiem co i z czego Ola w końcu tam powrzucała. Dobre i ciepłe. Potem chlebek z czymś i magdalenki na deser - babeczki jakby drożdżowe tutejsze. Ciężko się wstawało, ale nocleg daleko - leniwy ranek trzeba nadrobić. W Palas de Rei szukamy sklepu - oczywiście nie ma szans. Szlak wężykiem przez miasto, jak zwykle żeby całym miastem przeprowadzić. Popołudnie jakoś bez historii. Nie, było!!! Na szlaku spotkałem Czeszki. Wypatrzyły Andrzeja, ale przeleciał, mnie zagadnęły. Targają potężne plecaki, studentki z Brna. Gadka i o polityce i o Czechach. W miarę miło, sporo da się zrozumieć. Idę swoim tempem, one się trochę zdyszały. Droga sporo w dół, coś w rodzaju lasu, trochę cienia. Przy niewielkim albergu Andrzej na betonowych stołkach przy okrągłym stoliku. Przysiadam, one też. Wyciągają coś do palenia - Andrzej mówił, że to strasznie śmierdziało, Benia potem przypuszczała, że to może marycha.
Ola się opóźnia - pomyliła trasę. Zarządzamy, że ja i Andrzej lecimy przodem nocleg klepać. Kawałek jest spory, nie wiadomo co tam na końcu nas czeka. Ciągną się jakieś dziwne wioseczki, Melide jakoś nie widać. Z dala widać grupę firm - tutejsza zona industriale, przy niej park dla pielgrzymów z ławkami i wodą - jak drzewa urosną, to będzie tu ładnie. A miasto daleko. W końcu jest jakieś miasteczko - czas najwyższy - i tu niespodzianka - to Furelos. Z mapki wychodzi, że do Melide jeszcze kawał. Ja prawie padam, ale wyjścia nie ma. Na szczęście od ostatnich domów widać już wjazd do Melide. Na podejściu stajemy - sms do dziewczyn, że mogą podjechać stopem. Smsy się mijają - laski już to zrobiły i są w mieście pod kościołem. Na drodze piekarnia - jest ostatni kawałek chleba. Bierzemy.
Są dziewczyny - sprawdziły alberg - zapchane, zaś kościoły zamknięte. Benia idzie pytać policjanta - wie gdzie szkoła i gdzie sklep. Lecimy. W szkole sala gimnastyczna na betonie - życzliwy podpowiada, że w rogu są kartony. Z Benią na zakupy - jest chleb i wino. Zarządzam Mszę - Maciek też idzie. Msza we wnęce za szkołą. Przeżycie mocne, ale niedziela jest niedziela.
Kolacja na środku sali, ściemnia się szybko. Prowizorka kąpiel - łazienka dość obskurna i woda zimna, ale się żyje.
Układamy się na kartonach. Twardo.
8 sierpnia, poniedziałek
dzień 44
Noc oczywiście do niczego. Zupełnie spanie nie szło. Przewracałem się miliony razy. Coś tam zasypiałem, ale męczarnia w sumie okropna. Gdyby tak spanie na tej pielgrzymce mi wychodziło - byłoby o wiele łatwiej. Ledwo parę nocy tak naprawdę dobrze przespałem.
O 4 wstawałem do łazienki i podłożyć sobie polar. Wszyscy spali. 4.30 zaczął się ruch - harcerki ze środka sali zrobiły pobudkę. Najgorsze te kije walące o beton. Przewrażliwiony jestem na ich punkcie. One poszły, inni zaczęli się ruszać. Podobno strasznie chrapałem z buzią rozpłaszczoną na brewiarzu. Andrzeja budziłem parę razy - też zasnął nad ranem.
W sumie wyjście koło 7 - nie tak źle, jeszcze szaro. Mgła siedzi, zapowiada się chłodny ranek. Spodziewamy się, że jak zwykle tak będzie pod 11tą, potem upał. Plan na dziś - w miarę szybko na nocleg ok. 20 km od SdC. Pierwszy postój na ławeczkach pod drzewami. Kapie z drzew tylko odrobinę. Wiara mija nas pozawijana w pałatki. My dzielnie bez niczego. Prawie nic zresztą nie mamy. Na razie to najwyżej mżawka.
Na śniadaniu kręci się czarny kundel. Miły, ale chory i stary. Głodny, bo chleb wcina, bardzo towarzyski.
Lecimy dalej, widać tłum dookoła, harcerki spotykamy nieustająco. Wszystko wchodzi do Arzua, tłok taki, że w mieście uciekam na drugą stronę ulicy. Jest market, w nim ławka - czeka akurat na nas. Zakupy takie, żeby starczyło do końca.
Przed albergiem kolejka plecaków, wiem dokąd gonił ten poranny wyścig. Pieczątka samemu w sali parafialnej i dalej. Na szlaku momentalnie pusto. Paru rowerzystów i kilku pieszych do wieczora.
Na obiad musi być fuenta bo ma być makaron - jak na zawołanie po 6 km skwerek z kranem. Ola gotuje makaron z sosem, potem poprawka chlebem - dziś bez ciastek, ale kawa jest.
Nie rozsypiamy się, bo dalej chłodno, choć już nie pada, ale sjesta niekonieczna. Wciąż boimy się o nocleg. Z Andrzejem ciągniemy do przodu, dziewczyny wyraźnie z tyłu. Benia ma problem z plecami.
Obiad to był chyba w Cotorbe, potem od Salcede rozglądamy się za noclegiem. Na rozpisce jest Sta Irene. Są 2 albergi, ale pełne. Za 2 km ma być coś dalej i grande casa. Lecimy. Jak coś będzie wiadomo, to powiemy dziewczynom. Nazwy wiosek się mieszają, nie wiem w końcu czy to Arca czy O Pino. Alberg w bok od szlaku, oczywiście komplet. Jak chcemy podłogę, to w casa de cultura. Chcemy, bo Monte do Gozo za 14 km - stanowczo nie dziś.
Jest 17ta. Sms do dziewczyn - one dały smsa, że szukają nas w Sta Irene. Wychodzę naprzeciw - zeszło koło godziny. Siadamy i radzimy - zaczepia Iwona z Poznania z rodziną.
Gadatliwa babka, ale miła. Pożyczamy pierwsze karimaty, podłoga kamienna. Kąpiel na zimno, pranie dało się zrobić - zasadniczo alles mam czyste. Święto.
Obok market więc dodatkowe zakupy. Andrzej leczy u Oli nogi - dziś dzień służby zdrowia, więc coś koniecznie musiało wyskoczyć. Teraz wraz z Maćkiem - też się tu znalazł - zabieramy się za kolację.
Kolacja w piątkę z Maćkiem, nawet miło i przyjemnie, trochę może że piwo było, więc lekko rozmownie. Do stołu dosiadło się towarzycho Włochów z cudownymi dzieciakami. Oczywiście Benia kwiczy i mówi, że chce piątkę. Lucia ma kapitalne, ogromne czarne oczy. Oczywiście foto.
Moje nogi wygłupiają się aż do końca i Ola nawet w ostatni wieczór ma robotę. Śmiesznie.
Późno przychodzą nasze Czeszki, gramolą się długo, światło się pali. Szybko w miarę zasypiamy.
9 sierpnia, wtorek
dzień 45
Noc nie najgorsza, choć trochę mnie po tej pożyczonej macie nosiło. Właściwie nie mata, ale materac podobny do mojego, tyle że oddmuchać nie umiałem.
Pobudka coś koło 6, chyba 6.30 na drodze. W tej strefie czasowej całkiem ciemno. Idziemy drogą, żeby się nie cofać do szlaku. I tak gdzieś na Camino wyjdziemy. Aut parę jedzie, ale jest szeroko i prawie cały czas latarnie. Gdzieś po 2 km jest szlak w bok - i tak chyba z 1 km oszczędziliśmy.
Droga mocno w górę - wygląda, że też tak na pożegnanie. Sporo eukaliptusów. Ciekawie, bo inaczej.
Dziwny hałas gdzieś z lasu - okazuje się, że idziemy obok lotniska. Foto dla kołujących i startujących samolotów.
Śniadanie na betonowych rurach na poboczu - schodkami dało się siedzieć. Benia wzięła z albergu chleb - mamy aż nadmiar. Wsuwamy do oporu. Do Monte do Gozo powinno być ze 4 km, chciałoby się to mieć jak najszybciej. A tu trochę się ciągnie, choć myślę, że to sprawa subiektywna. Droga w górę, koło telewizji Galicja, potem TVE. Z dala pomnik na Monte do Gozo. Ostatnia pieczątka. Ubieram koszulę i koloratkę. Zazdroszczą mi czystego ciucha i nawet nie tak bardzo mocno pogniecionego. Koszula rozmiar 45, w domu na siłę i na wcisk zapinana, teraz wchodzi z dużym luzem.
Lecimy w dół. Nie tak daleko początek Santiago - foto przy tablicy i skok do miasta. Wież katedry nie widać, chyba dało się zobaczyć z Monte, ale trochę w bok a tam nie byliśmy.
Nużący marsz przez miasto, spore nawet i rozciągnięte. Ostatecznie to nie wioska. Jak jest stare miasto, to pewno niedaleko. Gdzie ta katedra? W końcu w perspektywie uliczki jest. Robimy przeprośną uliczkę. Krótko. Marsz do Katedry - tłum okropny kłębi się w każdą stronę. Najpierw od frontu, okazuje się, że na Mszę to od boku. Ja prosto do zakrystii. Jest znajomy ksiądz - Włoch z Ponferrada. Dają szaty i notują grupę, odprawia nas chyba 14tu.
W kościele szmer i gwar, skupienie nie takie proste. Wierzyć się nie chce, że to już koniec. Doszliśmy i reszta to już tylko powrót.
Idziemy po Compostelkę - biuro obsługi pielgrzymów niedaleko. Kolejka spora, ale obsługa na 6 okienek, więc szybko. Beni nie chcieli uwierzyć, że tak szybko i tak daleko. Ja trafiłem na Niemca, może ze względu na koloratkę nie dyskutował. Bardzo miły i życzliwy.
Szukać auta. Problem, jak wydostać się z miasta - idziemy razem, żeby potem autem do miasta się nie pchać. Na Plaza Galizia Benia dopytuje się o miejski autobus - w tym kierunku będzie za 5 min. Jedziemy wszyscy za 3 euro. Facet pokazuje, gdzie wysiadać, dziewczyny nie bardzo poznają wioskę, ale auto jest.
Ja za kółko i na koniec świata. Na początek zły kierunek, ale jest rondo więc nawrotka. Potem w miarę spoko za miasto. Ludkowie pospali nieco. Przed Finistre zakupy w mercado - już na wieczór, a oni i na jutro.
Ciągnie się ta droga i nie popędzi się, ale w końcu jesteśmy na Cabo Finisterre. Rzeczywiście wrażenie niesamowite. Skała skierowana w morze, prawdziwy koniec świata. Parę fotek i w tył. Obiecana była kąpiel - niedaleko jest plaża i nawet parking ze stolikami. Andrzej chce coś zjeść - dziewczyny trochę złe, że one pizzy szukają, a my jemy.
Woda na początek przeraźliwie zimna, ale parę metrów da się popływać. Ola nie wchodzi, tylko brodzi. Zabieram parę muszelek - nie takie wielkie, ale prawdziwe z Końca Świata.
Jedziemy z powrotem - jakoś szybciej mija. Andrzej śpi - dobrze ma, że tak potrafi.
2 razy stajemy przy pizzerii, w końcu jest jakaś otwarta. Długo czekamy, pani podaje dla 3 osób, dla mnie nie. Zapomniała. Kończę po Andrzeju i Beni i jedziemy. I tak godzina w plecy.
Santiago oznakowane okropnie. Drogowskazów na lotnisko co kot napłakał. Kto miasta i okolic nie zna - nie wiem jak tu sobie poradzi. Lecimy za miasto, do San Marcos - drogo. Wioska dalej jest hostal, ale jeden zajęty, w drugim równie drogo. Wracamy. Pani szuka stałego klienta - nie może nam dać tego pokoju. Namiar na kolejny hotel, nawet zadzwoniła - jest ostatni pokój za 50 euro. Bierzemy. 1 km do miasta, w sumie to jesteśmy w mieście. Zaczął padać deszcz. I tak wiedział kiedy, bo przecież cały czas pogoda pomyślna. Małe przepakowanie, ładowarka gdzieś głęboko - Benia daje swoją.
Padamy w pokoju, oni pojechali. Plan na jutro - jak nie znajdziemy wyraźnie taniej to siedzimy. Tak na koniec odrobina luksusu. Mama dzwoniła, teraz oddzwaniam - już wie, że weszliśmy. Ciekawe jak to idzie. Chyba padniemy do rana. Nogi wyleczyły się same.
10 sierpnia, środa
dzień po
Obudziłem się prawie 9.30, spałem kamieniem. Chyba czas na odreagowanie. Ola wstała koło 9, też nie narzekała.
Spokojne śniadanie - zapasów mamy że hoho. Koło 11 idziemy - deszcz ustał koło 10, chyba padał całą noc. Autobusem do centrum, w sam raz na Mszę - uczestniczę bez koncelebrowania. Tłum i gwar nie do wytrzymania.
Rundka po sklepach - szukamy pamiątek; ja fifolka dla Małego, Ola coś dla siostrzeńca. W biurze turystycznym informujemy się o dojazd na lotnisko - nie będzie źle.
Z powrotem do katedry - tłum nieco mniejszy, ale gwar nadal. Jakub ma akurat sjestę, więc go nie ściskamy. Chwila w krypcie przy grobie, chwila przed Portykiem Chwały.
Powoli z miasta, po drodze małe jedzonko i zakupy. Autobus - najpierw poczekać, potem nie ten kierunek, o 17.30 w końcu w hotelu. Teraz chwila drzemki, potem ma być jedzonko.
Od młodych nie ma sygnału - nie powiem, trochę się niepokoję.
Ewa w smsie pytała czy się cieszę czy smucę, że skończyło się. Na dziś to mi jakoś bardziej smutno.